Andrzej Mikułowski

Czy Anglicy są ludźmi?

Czy Anglicy są ludźmi? A przynajmniej, czy są jak inni ludzie? Takie sensacyjne pytanie rzuca p. G. J. Renier w swojej zabawnej książce p. t. „The English: Are They Human?” (Tauchnitz 1932). P. Renier spędził w Anglji kilkanaście lat i usiłował udawać Anglika. To mu się nie udało, pomimo usilnych starań i na odjezdnem zostawił swym niegościnnym gospodarzom pamiątkę w postaci książki, w której mówi im, co o nich myśli „prosto w oczy”. Postawa tego poczciwego Holendra, który grożąc paluszkiem prawi morały kolosowi angielskiemu, jest tak zabawna, że książkę czyta się ze szczerem zainteresowaniem.

Cudzoziemiec, przyjeżdżający do Anglji, gubi się odrazu w olbrzymim labiryncie Londynu – pisze p. Renier. – Na straży kolosalnego chaosu domów i ulic stoi niewzruszony, dobroduszny angielski policjant, jak przyjazna wysepka na bezkresnym oceanie. Ale nawet jego obecność nie może uspokoić człowieka, który nie rozumie całego chaosu otaczającego go. „Za nic na świecie nie zamieszkałbym w tym kotle niepokoju” – mówi sobie cudzoziemiec. I oto przekorny los umieszcza go w nim na stałe, już nie jako zwiedzającego, tylko jako „alieu resident” – obcego mieszkańca Anglji.

I zaczyna się przyzwyczajać. Po pewnym czasie Londyn przestaje być dlań labiryntem , – odnajduje w nim londyńczyków, z którymi nawiązuje stosunki. Autobusy przestają być tylko czerwonemi potworami o niezliczonych numerach, płynącemi lawiną przez ulice, a stają się posłusznymi pośrednikami do przebywania przestrzeni. Cudzoziemiec przyzwyczaja się fizycznie, zewnętrznie. Nie może natomiast zasymilować się psychicznie. Początkowo język jest dlań nieprzebytą barjerą ze swojemi -„niepokonanemi trudnościami wymowy” i brakiem gramatycznych określonych prawideł. A kiedy się go wreszcie opanuje, okazuje się, że to jeszcze gorzej, bo umie się go zbyt dobrze. Anglik poznaje cudzoziemca po tem, że zbyt gramatycznie mówi. P. Renier dziwi się temu zjawisku – dla nas nie jest ono dziwne. „Zbyt dobrą” polszczyznę słyszymy bardzo często na ulicy i znamy z Naszego Przeglądu.

Przyzwyczajenie się do angielskiego jedzenia, do angielskiego humoru, angielskich form towarzyskich zajmuje cudzoziemcowi wiele czasu i trudu. I wreszcie po latach zdaje mu się, że już niesposób odróżnić go od rodowitego Anglika. Bierze udział w życiu swego otoczenia, bywa u Anglików i żyje sam, jak jeden z nich. Aż wreszcie, kiedy siedząc u jednego ze swoich nowych znajomych przy kominku po obiedzie ośmiela się poruszyć tematy osobiste, będące tabu rozmowy towarzyskiej oficjalnej, ku jego radości gospodarz ożywia się i odrzucając całą swą narodową rezerwę, otwiera swą duszę, zaczynając mówić o sobie. Rozmowa ciągnie się w atmosferze zbliżenia i zażyłości, aż wreszcie czas iść do domu. Anglik skrzętnie zbiera porozkładane strzępki swej indywidualności i zauważa ze zmieszaniem w głosie: „Wy, cudzoziemcy macie taki dar rozwiązywania ludziom języków”. Czar pryska. Anglik otworzył swa duszę, ale tylko przed cudzoziemcem, tak jak nikt nie krępuje się zdjąć ubrania w obecności papugi. I to właśnie jest punkt wyjścia rozgoryczenia p. Renier. Następne rozdziały są już otwartym atakiem na Anglję, która nie przyjęła jego asymilacji i nie uznała go za równego swym rodzonym synom.

A więc Anglicy wszystko, co angielskie, uważają za najlepsze – nawet swój fatalny klimat. Anglicy mają niezrozumiały kult dla zwierząt i hodują z dużym nakładem kosztów i trudu najszlachetniejsze gatunki psów we wspaniale urządzonych psiarniach, podczas gdy dzieci bezrobotnych giną z głodu. Mało tego. Ci sami Anglicy, którzy uważają za zbrodniarza człowieka, który kopnął psa, kochają się w krwawych polowaniach.

W kwestjach seksualnych Anglicy wyznają jaknajdalej idącą pruderję i powściągliwość i instynkty, które nie mogą znaleźć normalnego zaspokojenia, zbaczają na złe drogi. Anglicy nie lubią ludzi inteligentnych i pogardzają wiedzą, a do wielkiej sztuki mają niechęć. Prawo angielskie jest najokrutniojsze na świecie, zbyt często stosuje karę śmierci i zbyt szybko wvmierza sprawiedliwość. Kościół jest tylko instytucją, – religijność prawdziwa natomiast nie istnieje.

Największą jednak zbrodnią Anglików jest ich rytualistyczna koncepcja życia i tem różnią się najbardziej od normalnych istot ludzkich. Nietylko w Anglji inteligencja jest w niełasce i nietylko tam jest upadek religijności, ale tylko w Anglji forma panuje nad wszystkim i ogarnia wszystko, każdy przejaw życia społecznego ma swoją właściwą i jedyną formę. Całe życie jest skrępowane niezliczoną ilością przepisów. Kryterjum postępowania Anglika streszcza się w słowach „tak się nie robi” i ,,tak się robi” i jest to kryterjum jedyne i wystarczające bez względu na indywidualny stosunek człowieka do indywidualnego przedmiotu.

Anglja nie była dawniej taka nienormalna – mówi p. Renier. Dawni Anglicy czcili wiedzę i sztukę, dręczyli zwierzęta, jak przystało normalnemu człowiekowi, byli nawet swego czasu najbardziej rozwiązłym narodem w Europie. I nawet teraz wszystko jest w porządku w niższych klasach społecznych, w ludzie. Również stosunek do zwierząt i do spraw seksualnych jest godny człowieka, a chłopi angielscy, których życie p. Renier „przeniknął -jak mówi – do głębi”, bardzo chętnie czytali „Na zachodzie bez zmian” Remarque’a i „Historję świata” Wells’a i zadawali potem inteligentne pytania.

Dlaczego Anglja tak się zmieniła i to w ciągu ostatnich stu lat dopiero? Dokonała tego t. zw. rewolucja przemysłowa, kiedy na arystokratycznie rządzoną Anglje zaczęły napierać od dołu sfery niższe, dochodzące do głosu. Zaszła potrzeba wzniesienia chińskiego muru między klasami i wybudowały go arystokratyczne szkoły średnie, wychowując t. zw. typ gentlemana. Obecnie też Anglicy dzielą się na gentlemanów i nie-gentlemanów. W ten sposób Anglja arystokratyczna została uratowana.

Jaka jest przyszłość Anglji? – pyta w ostatnim rozdziale p. Renier. I z radością stwierdza, że wszystko idzie ku lepszemu. Przedewszystkiem cudzoziemców zaczyna się traktować jak ludzi – konstatuje z ulgą. Toteż w niedługim czasie zaroi się od obcych na wyspie brytyjskiej i oni zrobią z Anglików ludzi, a dopomoże im do tego duch czasu, który polega na buncie przeciwko ustalonym świętościom, rewizji moralności, swobodzie seksualnej, postępie technicznym itd. itd.

I tu ośmielę się sprzeciwić konkluzji szanownego autora i wystąpić z wnioskiem przeciwnym: jeżeli Anglja zaroi się od cudzoziemców i zatraci swą rytualistyczną koncepcję życia, to będzie to koniec Anglji. Wszystkie inne tezy mogą być słuszne, lub nie, choć zdaniem mojem np. stosunek do zwierząt jest jednym z najlepszych wskaźników kultury człowieka, a wielki rozwój sztuki, i to wielkiej sztuki i wielkiej myśli w epoce wiktorjańskiej, nie dowodziłby upadku intelektu i zmysłu artystycznego u Anglików. Także religijność wzrasta z dniem każdym i katolicyzm głęboki rozwija się z duża szybkością; wszystko to jednak są sprawy szczegółowe – do dyskusji. Jedna natomiast rzecz jest niewątpliwa: naród może istnieć tak długo, dopóki nie zatraci swego charakteru narodowego, swej odrębności narodowej.

P. Renier patrzy na człowieka z punktu widzenia ogólnoludzkiego, przyrodniczego, abstrakcyjnie logicznego i Bóg wie nie jakiego – prócz narodowego i chce zrozumieć istotę jego życia w najgłębszych i najbardziej normalnych przejawach. Okazuje się jednak, że to niemożliwe. Traktowanie człowieka tylko jako człowieka w oderwaniu od narodu, jest niepodobieństwem. Szczególnie jest to niepodobieństwem w stosunku do Anglji, w której rzędy sprawują nie jednostki, tylko charakter narodowy.

Anglja jest tym krajem, który najmniej stosunkowo został dotknięty liberalizmem, otrzymanym przez Europę w spadku po rewolucji francuskiej. Przy skrajnie demokratycznej formie rządzenia z fikcyjną osobą króla na czele, posiada najsilniejszy rząd spośród wszystkich opartych na większości parlamentarnej. Co więcej, posiada najsilniejszy rząd wogóle możliwy, bo siła jego jest trwała – rząd narodowy. Nie faszystowski, ani nacjonalistyczny, ani neonacjonalistyczny, ani socjalistyczny, ani wogóle „istyczny”. Nawet rząd Labour Party, związanej z międzynarodówkami socjalistycznemi, będzie przy obecnych warunkach zawsze rządem narodowym, bo oparty będzie na charakterze narodowym, który obraca wniwecz każdy program, sprzeczny z interesem narodowym. Gladstone powiedział kiedyś w parlamencie w imieniu opozycji, że okupacja angielska w Egipcie jest plamą na honorze narodowym. Kiedy niedługo potem został premjerem, nie wycofał ani jednego żołnierza z Egiptu. Będąc w opozycji był liberałem, będąc u rządów, był Anglikiem. Programy są teorją, i może ich być wiele, praktyka jest jedna tylko – narodowa.

I wszystkie zarzuty, stawiane przez p. Renier Anglikom są oparte tylko na jego własnej zarozumiałości, na niezrozumieniu ducha kultury narodowej. Zabawna jest irytacja tego człowieka, że nie może nawet w ciągu 15 lat przyswoić sobie bogactw, które Anglja zbierała w ciągu lat półtora tysiąca. Dlatego naiwne jest twierdzenie, że Anglik zmienił się tak gruntownie w ciągu lat stu i że dokonało tego świadome wychowanie w kilku szkołach. Cały rytuał życia codziennego tego kraju jest wynikiem kilkunastowiekowego gromadzenia kultury, nieprzerywanego żadnemi wewnętrznemi wojnami. Forma rytuału życia codziennego jest zewnętrznym przejawem jedności narodowej i jednym z głównych jej czynników. Forma sięga tak głęboko, że przestaje poddawać się świadomej analizie. Wyraźnie przejawia się to w języku. Język p. Renier składa się ze słów angielskich, ale nie jest językiem angielskim. Jest to pierwsza rzecz która rzuca się w oczy z chwilą rozpoczęcia czytania książki. Ale dlaczego tak jest, co właśnie jest nieangielskie -niemożliwe jest wykazać. Powiedzieć można jedynie, że „tak się nie pisze”.

P. Renier nie może się zbliżyć do ludzi, wśród których żył przez kilkanaście lat, tembardziej, że gwałtem chce ich zbliżać do innych ludzi, wśród których sam się wychował. Buntuje się przeciwko wszystkim odrębnościom angielskim, chce je naginać do jakiejś fikcji „człowieka normalnego”. I dlatego ciągle czuje, że znajduje się poza nawiasem życia. Zawsze jest „obcy”.

Słowo „człowiek” nie wystarcza bowiem na określenie Anglika. Anglicy nie są ludźmi. Są Anglikami.

Cotygodniowy dodatek literacki do dziennika ABC. Redagowany przez Stanisława Piaseckiego, wychodził w latach 1932-1935 przekształcając się w tygodnik społeczno-kulturalny „Prosto z Mostu”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close