Jan Korolec

Dawny Gdańsk w pamiętnikach Joanny Schopenhauer

Gdy się obserwuje powojenną politykę Gdańska, politykę tak konsekwentnie niemiecką, a tak nieliczącą się z bezpośredniemi interesami gospodarczymi miasta, zapomina się niemal o tem, że jeszcze w wieku 18-ym, przed rozbiorami dawnej Rzeczypospolitej, sytuacja przedstawiała się zupełnie odmiennie. Celem przypomnienia tych dawnych czasów chcemy zapoznać czytelników z wyjątkami z pamiętnika Joanny Schopenhauer, matki znanego filozofa niemieckiego, obejmującemi okres upadku Rzeczypospolitej, a malującemi przywiązanie gdańszczan do dawnej Polski *).

Gdańsk w drugiej połowie XVIII wieku na rycinie Wojciecha Gersona (domena publiczna)

Gdańsk w drugiej połowie XVIII wieku na rycinie Wojciecha Gersona (domena publiczna)

POLSKA PIASTUNKA

„Kasia była moją pierwszą, nauczycielką, od niej nauczyłam się jeszcze wcześniej, niż mego ojczystego języka, mówić po polsku; tak chciał mój ojciec, w przeświadczeniu, że przez bardzo trudną wymowę tego języka nauczenie się później każdego innego będzie ułatwione. Wynik potwierdził tę zasadę. Natomiast po polsku nie nauczyłam się czytać, gdyż Kasia sama czytać nie umiała. Wieczorem przy udaniu się na spoczynek, gdy jeszcze prawie nie umiałam mówić, stawiała mnie ze złożonemi rękami przed stołem i uczyła modlitwy. „Niech nad tem czuwa Bóg Ojciec, Bóg Syn, Bóg Duch Św, Amen!”. Kiedy zasypiałam, śpiewała Kasia czystym, drżącym głosem: „Teraz śpią wszystkie lasy, na zmianę „Teraz się dzień zakończył”. Ja uważnie słuchałam dopóki mnie sen nie przemógł, i ani spoczywające: „zwierzęta, ludzie, miasta i pola” z pierwszej, ani „czarne nocne duchy” z drugiej piosenki nie wywarły nigdy najmniejszego złego wpływu ną moją fantazję”.

FLISACY

„W przezroczystej mgle pięknej północnej nocy letniej przedstawiają widziane zdala liczne małe ogniska prawdziwie romantyczny widok. Słychać stamtad czarodziejsko brzmiące tony, co do których trudno zgadnąć, z jakiego pochodzą instrumentu. Z urodzenia są Szymkowie mistrzami w rodzaju Paganiniego, kiedy weźmie się pod uwago, jakie trudności napotkałby ten wielki człowiek, aby na takim instrumencie o jednej strunie tak zaczarowane wydawał tony. Instrument Paganiniego jest tymczasem prawdziwym instrumentem, a jego struna jest rzeczywistą, nadającą się do użytku struną, ale wydobyć coś podobnego do melodji na zwykłych, żółtych skrzypkach, pomalowanych w kwiaty, które na Wielkim Moście sprzedają, po parę groszy, to byłoby trudnemu zadaniem dla tego wielkiego mistrza. Taki jednak samacki Orfeusz nie da się zmylić brakom takiego narzędzia, gra z uczuciem melodje posłyszane, albo wynalezione, w takcie prawdziwego poloneza, bo że o nutach nie może być mowy, rozumie się samo przez się. Zwyczajnie udaje mu się swych słuchaczów poruszyć do zapalonych tanów. Wziąwszy się parami za ręce, wodzą najwytworniejszego narodowego poloneza, albo się zabawiają wesołemi skokami również narodowego mazurka”.

SZLACHCIC POLSKI

„Równie bogaty, jak malowniczy narodowy ubiór polski obecnie widuje się rzadko, albo wcale nie; w czasach, o których mówię spotykało się go na wszystkich ulicach. Z wyjątkiem golonej głowy, którą jednak w osiemdziesiątych latach miewali tylko jeszcze starsi panowi, niema chyba żadnego innego, któryby piękną postać mógł przedstawiać więcej dodatnio, a zarazem przyswoicie. Taki starosta. Wysoka czworoboczna czapka z aksamitu lub jedwabiu, nieco nabok przekrzywiona, ręka na bogatej rękojeści błyszczącej szabli, druga muskająca ozdobny wąsik, bogaty jedwabny żupan, przepasany kilkakroć przetykanym złotem pasem, a na wierzchu kontusz, podnoszący wzrost, z rękawami, zwieszającemi się na plecach. Występował on tak dumnie, jakby Boża ziemia była za mała, by całować mogła jego buty z żółtego safjanu”.

PRUSAK NA POMORZU

„Siedźcie cicho, przygotujcie śniadanie dla lalek i ubierzcie je porządnie, ale zachowajcie się cicho, żeby was nikt nie słyszał – napominała nas Kasia, gdy mnie i moja siostrę Lottę w róg między oknem i szafą poprowadziła, gdzie mieliśmy miejsce do zabawy, które urządziłam, jako pokój mieszkalny dla lalek.

Kasiu! Kochana Kasiu! – prosiłam – będziemy cicho, jak myszy, ale tylko mi powiedz, co się stało! Ach, powiedz mi, bo ja tak się boję!

– Tak, naprawdę nieszczęście, i to wielkie – odpowiedziała, Kasia – ale wy, dzieci, tego nie rozumiecie. Prusak przyszedł w nocy, dlatego bądźcie grzeczne – dodała i odeszła.

Gdyby powiedziała: lew, tygrys, niedźwiedź, mogłabym z tem powiązać jakąś myśl, ale Prusak! Nie pojmowałam zupełnie, co ona przez to rozumie, a właśnie to niezrozumiałe pomnażało moją trwogę.

Tego poranka ogarnęło nieszczęście, jak wampir, moje miasto, przeznaczone na zgubę, i wysysało je przez całe lata, aż do całkowitego wyczerpania szpiku życia”.

NIENAWIŚĆ DO PRUSAKÓW

„Przez wiele dni wisała, jakby ciężka burza w powietrzu; my, dzieci, nie słyszeliśmy przyjaznego słowa, wszyscy ludzie w domu przechodzili milczący około siebie. Tylko na parę godzin w ciągu dnia przychodził ojciec z Ratusza, i to z tak zasępionem obliczem, że ja z siostrą Lottą uciekałam do moich lalek, kiedy go tylko zdaleka ujrzałam. Gniew obywateli, potęgowany do rozpaczliwej wściekłości przez uczucie bezsilności, kiedy ustało pierwsze przerażenie, w zaciętej, coraz większej nienawiści do Prusaków i wszystkiego, co było pruskie, niebawem przerodził się w silne postanowienie bronienia ostatniej nędznej złudy dawnej wolności, która jeszcze pozostała i do oddania wszystkiego, ciała i życia, mienia i dostatku”.

SZYKANY PRUSKICH CELNIKÓW

„Oburzający sposób obchodzenia się, na który narażeni byli mieszkańcy Gdańska, bez różnicy płci, skoro tylko chcieli przekroczyć granice, tak ciasno im zakreślone, musi wydawać się w naszych, daleko humanitarniejszych czasach, zgoła nie do wiary. Każdego pieszego akcyza zatrzymywała i musiał to uważać za wielkie ustępstwo, gdy dla przekonania się, że nie posiada nic nadającego się do oclenia poprzestano na przeszukaniu kieszeni. Najemne pojazdy, jak i powozy przeszukiwano, jak zwykle wozy chłopskie, z największa dokładnością. Kobiety i dzieci musiały nieraz na największym deszczu wysiadać ze swych wozów i czekać cierpliwie wśród szyderczych śmiechów swych prześladowców pod gołem niebem, dopóki im się nie spodobało dokończyć powoli przeglądu nawet najtajniejszych zakątków w powozie. Potem zaczynała się rewizja osób. Nawet w swych wiejskich domkach, zarówno we Wrzeszczu, jak i dalej, na Oliwie położonych, mieszczanie gdańscy wystawienij byli na szykany tych obcych celników. Rewizje domowe w poszukiwaniu kontrabandy, którym nikt nie mógł się oprzeć pod groźbą ciężkiej kary, codziennie się zdarzały, a wąchacze kawy, tak nazwani od swego zaszczytnego urzędu, myszkowali w podwórzach, domach i kuchniach, szukając zapachu świeżo palonej kawy, gdyż w granicach państwa pruskiego wolno było sprzedawać tylko kawę paloną”.

PRZYSIĘGA

Wuj autorki pamiętników krzyczał w gniewie na Prusaków: „Hamilkar nakazał swemu synowi Hannibalowi zaprzysiąc przy ołtarzu nieprzejednaną nienawiść do Rzymian – każdy gdański obywatel musi uważać za swój obowiązek iść za tym wielkim przykładem i nakazać dzieciom, bez różnicy płci, złożyć takie ślubowanie przeciw Prusakom”.

——————————–
*) „Sprawy morskie i kolonjalne” Zeszyt I: Ks. dr. Tadeusz Pomian-Kruszyński „Gdańsk i zachowanie się gdańszczan wobec Prus w oświetleniu pamiętników Joanny Schopenhauer”.

Cotygodniowy dodatek literacki do dziennika ABC. Redagowany przez Stanisława Piaseckiego, wychodził w latach 1932-1935 przekształcając się w tygodnik społeczno-kulturalny „Prosto z Mostu”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close