Zygmunt Borowicz

Fabryka inteligencji

Reportaż z egzaminów uniwersyteckich

WIOSNA

Kiedy w decydujący dzień egzaminu przyszły prawnik wychodzi z domu, przedewszystkiem spogląda z zaciekawieniem na zielone liście drzew. Student prawa – jak mówi przysłowie – uczy się tak, że nawet nie wie kiedy, nadeszła wiosna. Teraz wiosna objawia mu się, droga do Uniwersytetu ma w sobie ukrytą wolność wakacyj, słońce już nie jest tylko sprawcą złego, ciężkiego upału, który nie pozwala intensywnie wykuwać formułek i punktów paragrafu, ale jest także dawcą światła, promieni, blasku ożywczego ciepła. Pierwszy lepszy chłodny powiew wiatru jest wiatrem znad rzeki, przypomina wodę, jej chłodną otchłań swobody, jej kolor niebieski, odbicie obłoków, niebo, ciszę, spokój.

Wszystko przesuwa się, jak miraże. Wiadomo, że coś takiego istnieje, lecz ma pozór bajki, a nie rzeczywistości. Nawet samo miasto, przez które idzie się na Uniwersytet, jest nierzeczywiste. Tramwaje są obce, ludzie chodzą zbyt dziwnie, zbyt normalnie, nic się nie dzieje, panuje udany spokój. Gwar i hałas miasta oszałamiają. Jest wprost nie do pojęcia, ażeby tulu ludzi żyło w innym kręgu spraw, żeby nie uczyli się napamięć całych foljałów definicyj, dat, aneksów, żeby ich nic, a nic nie obchodził ten fantastyczny egzamin, zdawany w najwyższem napięciu nerwów, składaniy przez podświadomość zmęczonego, opętanego abstrakcją studenta.

JAK Z WODOCIĄGU

Człowiek, który został sfotografowany i opisany w indeksie nie zjawia się na egzaminie. Tamten już dawno zginął przy wbijaniu w zastraszoną pamięć dwustu stron jednego podręcznika, trzystu drugiego, czterystu trzeciego, pięciuset czwartego. Odpowiedzi daje manekin, pozytywka, która potrafi wyrecytować dwanaście kategoryj zwolnień od podatku X, potrafi wymienić państwa, które podpisały konwencję o ochronie jaskółek, potrafi opowiedzieć rozwój umów o polowaniu na foki, potrafi zasypać profesora łacińskiemi cytatami z prawa kanonicznego.

Egzamin studenta prawa jest loterją z własną podświadomością, z zakrytemi drogami pamięci. Pytanie, słowo, zaczątek słowa musi natychmiast przekręcać w głowie studenckiej jakiś taki kran, żeby strumień wiedzy wytrysnął, jak z wodociągu.

Po pierwszym egzaminie jest już lżej, po wyjściu od następnego profesora jest przedsmak tej szczęśliwości, gdy już nic nie trzeba będzie wiedzieć, kiedy 3 miljony jaskółek, zabijanych corocznie wskutek braku ochrony międzynarodowej wyfrunie z głowy, kiedy wpływ Heraklita na filozofję prawa będzie nędznym odpadkiem myśli, śmieciem, który czem prędzej trzeba usunąć z pamięci. Ta potworna pamięć, rozdęta jak balon, ta cyrkowa tresura mózgu – za dwie godziny, za godzinę stanie się niepotrzebną. Mózg człowieka wyzwoli się, będzie mógł coś tworzyć. Za chwilę spełni się cud wypompowania tego wszystkiego, co na tę jedną chwilę wpompowywało się przez kilka ostatnich miesięcy.

Jeżeli szczęście sprzyja, po czterokrotnym zabiegu ładowania wyładowywania wiadomości, osiąga się stopień magistra. Oczywiście tych, którzy są dostatecznie zaciekli, żeby to przebyć i mają dostateczną łaskę losu, jest niewielu. Cały tłum liznąwszy tego rodzaju dyscypliny naukowej, idzie w świat bez magisterjum, bez ukończonych studjów, ze świstkiem maturalnym w kieszeni. Ci zaś, którzy wydrukują sobie bilety wizytowe „magister iuris”, dopiero wtedy zaczynają prawdziwą naukę, gdy pójdą do sądu, albo do kancelarji adwokata.

Tymczasem cztery lata młodości trzeba oddać wymaganiom systemu. Zamieniać się w kopje podręczników. Niejednokrotnie uczyć się całych ustępów na pamięć, tak, jak wierszyków w pierwszej klasie.

I ślepo, jak na stracenie, iść na próbę inkwizycji.

Profesor? Kim jest profesor dla studenta prawa? Nauczycielem, kierownikiem pracy, doradcą? 90 procent studentów widzi profesora w momencie brania podpisu w indeksie i w momencie składania egzaminu. Student uczy się, nie zna profesora i decydująca chwila egzaminu jest właściwie eksperymentem: czego profesor wymaga, o co się spyta?

Coprawda wśród studentów są tradycje. Woźni uniwersyteccy są bogami opiekuńczymi. Udzielają informacyj o naturze pytań, znają na wylot psychologję każdego członka Senatu Uczelni. Tak więc, jedna z takich zasad głosi, że ten oto profesor zaczyna pytać od pierwszego siedzącego z lewej strony, a następnym każe poprawiać i uzupełniać odpowiedź pierwszego. I teraz dopiero dysputa! Są dwie szkoły; szkoła pierwsza utrzymuje, że należy zająć miejsce z lewej, gdyż nie będzie się miało trudnych uzupełnień, litanji szczegółów, szkoła druga twierdzi, że miejsce z prawej jest jedyne, gdyż będąc ostatnim, można się namyślić.

Zamknięte drzwi. Tam – za białemi drzwiami, staje się! Kolekcja nerwowców stłoczyła się pod listą z nazwiskami. Nasłuchują , przykładają ucha do framugi, zaglądają w dziurkę od klucza. Równocześnie kilku przygotowuje łokieć, przepycha się pod sam próg, każdy przysięga sobie, że wejdzie pierwszy, pierwszy usiądzie, że odrazu schwyta pierwsze krzesło i nie ruszy się stamtąd żeby nie wiem co.

I drzwi się otwierają. Ci wszyscy odważni, twardzi nagle stają bladzi i przerażeni. Oczami zawiśli na ustach wychodzących.

– O co pytał? O co pytał?

Już! Następni!

TRZY ELEMENTY

Stojący na początku, wepchnięty, przeznaczony przez fatum na ostatnie krzesło, zatrzymuje się, robi zwrot i sugestywnym gestem wskazuje kolegom przejście. Przepuszcza ich pierwszych w wytwornej grzeczności. Przeszli, jak zahipnotyzowani. Zanim się zorjentowali, minęli go, już tamten zajął pierwsze miejsce.

Ostrowski ma pierwsze miejsce i pierwsze pytanie. Twarz profesora marszczy się, brwi ściągają się, znów czoło się wygładza, powieki mrugają, usta wykrzywiają się sarkastycznie.

Pada wyrok: Państwo u Arystotelesa.

Ostrowski zaczyna mówić, zahacza się w ostatniem słowie definicji. Profesor przymyka oczy, po twarzy przebiega mu wyraz beznadziejnego znudzenia, wolno unosi rękę, wolno ją opuszcza i po tem machnięciu ręką zamierającym, zduszonym głosem mówi:

– Mniejsza o definicję…

Student wrócił do życia. Owo „mniejsza” natchnęło go wspaniałemi nadziejami. Państwo Arystotelesa stało się cudownym tematem. Migają mu przed oczyma stronice książki. Opowiada, recytuje, niemal zacinają mu się szczęki w pośpiechu mowy, w gorączce zatarcia wrażenia nieszczęsnej definicji.

Nagle jakby uciął nożem: Trzy elementy ?

Jakie trzy elementy? Czego? Gdzie? Nie rozumiem! Ratunku! To jest obcięcie się. To strata roku. Początek złego. Wysiłek. Przełamać nieśmiałość. – Panie… panie profesorze, nie rozumiem pytania…

Zamierający głos nabiera tonu ironicznego i z wysokości katedry spada zdanie: – Chyba powiedziałem wyraźnie: trzy elementy.

Milczenie. Ta cisza ściska serca wszystkich. Nikt nie wie, z czem są związane trzy elementy. Apokaliptyczna bestja trzech elementów wisi nad ich głowami. Usta ich modlą się gwałtownie: Oby Ostrowski odpowiedział! Oby odpowiedział! Bo jeśli nie on, to ja, to ja, a ja – nie wiem.

A PAN? PAN?… PAN NIE WIE?

Toną wszyscy. Jak grad sypie się: A pan? A pan? Pan też nie wie? Powrót do Ostrowskiego.

– Sofiści!

Jak pocierz, jak pacierz! Ostrowski poprawia się na krześle, sadowi pewnie, rzec można -rozgaszcza – i z jasnym wzrokiem, z poczuciem swej tresury, deklamuje:

– Sofistyka w tradycyjnem znaczeniu konkretnej zbiorowości jednostek jest niehistorycznem rzutowaniem objawów masowych symptomatycznych na skromną i fikcyjną arenę działania pewnej liczby osobników, jest oglądanem przez pryzmat polemiki platońskiej odblaskiem społeczeństwa, które…

Odeszła czerń zatonięcia. Chwila oddechu. Pytanie: volonté générale?

Znów deklamacja. Katedra przerywa: – Kiedy powstaje?

Co kiedy powstaje? Jak? Nie rozumiem! O co idzie?

– A pan? A pan? Pan? Pan również nie? Dziękuję panom.

Ostrowski zbladł. – Panie profesorze, czy mógłbym się spytać, co dostałem?

Milczenie. Niebywała śmiałość studenta. Ale odpowiedź przychodzi łagodna, uśmiechnięta: – Pan profesor M… będzie jutro ogłaszał wyniki egzaminów. Skinienie głową. Ukłony. Ukłony śmieszne, wrogie, groteskowe.

JOWISZ NA OLIMPIE

Inne drzwi. Pokój w kłębach dymu. Na katedrze, jak na ołtarzu, otoczonym kadzielnicami, jak Jowisz, siedzi profesor niewzruszony, nie wymawiający ani jednego zbytecznego słowa, bez jednego gestu, z głową, jak z kamienia, z oczami wpatrzonemi w jeden punkt. Jedyny znak życia -to wybuchy dymu. Nie widać ruchu warg, a słychać:

– Nazwisko? Nazwisko? Nazwisko…

Krzesła ustawione są w półkole. Maleńki zwrot głowy. Szkoła historyczna? Ostrowski opuścił w książce tych parę wierszy. Nic nie wie o szkole historycznej. Milczy. Mijają sekundy. Profesor zapalił nowego papierosa. Mijają dwie minuty. Na profesorze nie robi to wrażenia. Ostrowski nie może dłużej znieść tej ciszy i jąka: – Nie wiem, panie profesorze…

Głowa profesorska zwraca się do innych, potem maleńki ruch znaczy: powrót do Ostrowskiego. Ostrowski przeczuł, że jest to ostatnie pytanie. Wobec złego wyniku poprzedniego egzaminu, sprawa Ostrowskiego teraz się rozstrzygnie. – Co to jest struktura rolna?

Znów minuta, druga. Profesor pyta następnego, ten mówi mętnie, pytanie dochodzi do piątego. I w tym momencie Ostrowski wybucha, jak fajerwerk, triumfuje syntezą, błyszczy szczegółami, a profesor gasi papierosa, bierze świeżego, puszcza kłąb dymu, zwraca głowę i zapytuje zimnym głosem:

– I czemuż pan tego odrazu nie powiedział?

A CONTRARIO…

Pytania spadają na piątego. Ostrowski uszczęśliwiony, uratowany powtórnie, słyszy, jak tamten opowiada coś o akcji, którą można podjąć tylko w ciągu roku i t. d. Głos z chmur formułuje nową trudność.

– A co to znaczyć będzie a contrario ?

A contrario. To słówko zgubi piątego. Piąty nie wie. Nie rozumie. Prosi o wyjaśnienie.

– I cóż ja panu poradzę, że pan nie wie co znaczy a contrario… Może pan? (do czwartego).

Czwarty staje przed otchłanią. Chwyta się rozpaczliwego środka: to znaczy, że po roku już tej akcji nie można…

– Więc pan mógł powiedzieć, a pan nie mógł?

I cisza znowu. Słychaćby było muchę. Lato. Za oknami drzewa. Profesor wypala papierosa do końca, gasi, bierze nowego. Bierze ołówek i wolno, na oczach egzaminowanych stawia niewiadome stopnie.

I JESZCZE, I JESZCZE, I JESZCZE…

Stąd przechodzi się na jeszcze jedną próbę. Na podwójny egzamin, zdawany przed jednym profesorem. Drzwi otwierały się tylko, dla dwóch. Wchodząc stawali przed długim stołem, na którego końcu siedział egzaminator. Ten wyróżniał się powitaniem -„dzień dobry”. Wskazywał ręką miejsca. Nazwisko? – Szaja Silberberg, Kamil Ostrowski.

– Panie Szaja Silberberg, niech pan mi powie…

Szaja Silberberg maleje, niknie, z jego pewności siebie nie zostaje nic. Przekonanie o własnej wiedzy, tupet, swoboda, uczony ten, wszystko to topi się w strugach potu, jaki płynie po czole.

Silberberg wykazał się znajomością statutu Ligi Narodów, prawa wojennego, umów celnych, aż areszcie musiał dźwignąć ciężar komisji Odry. – Niech mi pan powie o Komisji Odry…
Wymienia państwa, należące do tej instytucji. Ręka profesorska rozstawiła palce. – I jeszcze i jeszcze, i jeszcze…

Silberberg ma już błędne oczy, powtarza od początku: Polska, Prusy, Czechosłowacja, Danja, Anglja i… i… Norwegia. W oczach pytanie, czy aby tak. Profesor beznamiętnie prostuje: – Szóstem państwem jest Szwecja. I nowe pytanie. I znów palce czekają na wymienienie siedmiu państw, a potem pięciu państw, a potem dziewięciu przypadków, trzech działów, czterech możliwości – nakoniec ręka zwija się i zwraca ku drugiemu.

– Panie Kamilu Ostrowski…

PROF. R… I PROF. M…

Są tacy, którzy nie przerażają postawą, oczami, głosem. Jeżeli np. profesor cały czas poprawia sobie podwiązkę i właściwie tkwi raczej za katedrą, niż na katedrze, to jednak dodaje ducha pytanym. Tu, wszyscy wiedzą, trzeba umieć, ale u R… niema inkwizycji. Tak samo u M… Tu trzeba oczekiwać tradycyjnych pytań, które stanowią pierwszy ogień, przygotowawcze ostrzelanie.

Każdy stara się siąść pierwszy, gdyż wie, że otrzyma pytanie: co to jest przestępstwo kradzieży? A drugi będzie spytany: co to jest przestępstwo oszustwa?

Studenci dumni, uradowani, recytują konwencjonalne odpowiedzi, profesor grzebie w papierach, okulary jeżdżą na czoło a z czoła na nos, i potem spowrotem, aż w pewnej chwili wędrówka ustaje i profesor zadaje pierwsze pytanie ważne. Pytanie szczegółowe.

Nawet tu, nawet wśród tych pytań rzeczowych, jasnych gaśnie świat. Nawet tu jest tortura. Bo jest zmęczenie. Resztka napięcia. Pragnienie końca.

Na korytarzu, gdzie opowiada się wrażenia z egzaminu, gdzie koledzy wychudli, zdenerwowani, o mokrych rękach, chwytają za ubranie, ciągną – co pytał? – i notują – tu na korytarzu, w ciżbie, huczy głos zza ściany. Głos profesora.

Pierwszoroczniak wybiega pędem z drzwi gabinetu. – No i co?

– Nic mi nie wierzył, – jąka się, rozdygotany, zrozpaczony – ciągle się pytał: A czy tak naprawdę? – powiedział, że nie mam zielonego pojęcia, że słup telegraficzny inteligentniejby się nauczył, że niema miejsca dla półinteligentów… Kazał się wynosić!

No tak, znamy, wiemy. Koniec z tobą bratku. Już chyba leżysz. Może poprawka tylko. Może. Ale to nas właściwie nic nie obchodzi. Myśmy zdali. Wszystko jest nam obojętne. Spać. Spać. Niema radości. Jedyne, jedyne co jest -znużenie. Przeszło coś złego, minęło. Już niema. Sen. Aby pójść prędzej. Odejść stąd.

HURTOWNIA INTELIGENTÓW

I oto przez tego już przeszło żarno egzaminacyjne. Jeszcze musi zetrzeć innych. Około tysiąca z pierwszego roku studjów (44 proc. nie zda), ponad pięciuset z drugiego roku (26 proc. nie zda), tyleż mniej więcej na trzecim (13 proc. nie zda), ponad czterystu na czwartym (13 proc. nie zda). Co roku z egzaminacyjnej mordęgi, próby i loterji (bo są to te trzy rzeczy naraz) wyjdzie w świat 390 dyplomowanych prawników. Tylko na jednej uczelni. Z dyplomem, a bez żadnego przygotowania praktycznego… Z obkuciem paragrafów, formuł, ze szczyptą prawniczego myślenia i z pozorami jakiegoś wyższego wykształcenia, jakiegoś rozszerzenia horyzontów.

Cotygodniowy dodatek literacki do dziennika ABC. Redagowany przez Stanisława Piaseckiego, wychodził w latach 1932-1935 przekształcając się w tygodnik społeczno-kulturalny „Prosto z Mostu”.

Close