Karol Irzykowski

Tajemnica Bogumiła *

W czasie challenge’u lotniczego, gdy lotnicy polscy większą część swego trudu mieli już poza sobą, jakież wzruszenie ogarniało nas wszystkich, jakież pragnienie, żeby i etap ostatni wygrali, żeby się Bajanowi udało. Czy wzlotom literackim towarzyszy takie samo zainteresowanie? Wcale nie. Jednak gdy Marja Dąbrowska ukończyła trzy tomy swojej powieści „Noce i dnie”, wszyscy jej czytelnicy i zwolennicy jakże gorąco pragnęli, żeby jej się udał i tom ostatni, żeby stanął na tym samym choćby poziomie co poprzednie. Tak nam się ta powieść jakoś spodobała, tak nam przypadła do serca, tak zżyliśmy się z jej bohaterami.

I mamy teraz tę radość, że tom czwarty się udał, że wielkie dzieło zostało w sposób godny zakończone i przechodzi teraz do „skarbca literatury ojczystej”. „Skarbiec” – to jest szumna nazwa, jednak w tym wypadku użyć jej się godzi.

Co niejednego uderza w „Nocach i dniach”, – to, że autorka potrafiła nie kobietę, lecz właśnie mężczyznę uczynić swoim głównym bohaterem. Zwykle tak jest, że kobiety piszące najwięcej pisać lubią o swojej płci, zwłaszcza o sobie samych. U autorów mężczyzn jest inaczej; można przytoczyć wiele arcydzieł, napisanych przez mężczyzn, właśnie z kobietą jako główną postacią. Panie autorki rzadko się za to rewanżują. Dąbrowska jest wśród autorek pod tym względem wyjątkiem, tak jak Orzeszkowa. Takie przerzucanie się w psychikę drugiej płci wymaga wielkiej siły twórczej; a kto wie, – może i jakiegoś wyrzeczenia się siebie, objektywizmu, do jakiego nie każdy autor czy autorka są zdolni. A może bodźcem twórczym jest tutaj tylko miłość, miłość w najwyższej formie, miłość rzeźbiąca sobie w wyobraźni posąg do ukochania go? Dość, że są to sprawy tak niedocieczone choć proste, jak tajemnica rodzenia się ludzi rzeczywistych.

Drugą jeszcze zaznaczamy niezwykłość w tych „Nocach i Dniach”. Pani Dąbrowska ma zapał do tworzenia i opisywania ludzi dobrych. Nie sentymentalnie dobrych, nie mazgajów, lecz dobrych z wszelkiemi przywarami ludzkiemi. Taka jest już widać jej filozofja życiowa. Zaskakuje nas coraz to innym kształtem dobroci. I tak w tym czwartym tomie, w drugiej jego części, wprowadza nieznanego nam dotąd Owruckiego, wysokiego „niebotycznego” młodzieńca, oryginała, który, będąc bogatym, sam sobie czyści ubranie i buty, aby nikogo nie fatygować; wszystkich naokoło uszczęśliwia swem szczodrem sercem; dotychczas promykami bywały tylko kobiety. Nasz pesymizm, nasz sceptycyzm wzdraga się; mówimy; nieprawdopodobne! skąd się wziął, gdzie się wychowywał taki ananas? A jednak autorka przedstawia go bardzo plastycznie i wiarogodnie,

Niestety każe temu Owruckiemu rychło umrzeć, naprzekór nam, jakby za karę za nasz sceptycyzm. Doprawdy, nie porównuję pani Dąbrowskiej z Szekspirem, ale tylko u Szekspira znalazłem taką pasję wyłaniania ludzi dobrych.

Lecz wróćmy do naszego pana Bogumiła Niechcica, z którym przebyliśmy dobrych dwadzieścia lat. Przeżyliśmy – a jednak nie znaliśmy go tak zupełnie. Dopiero w czwartym tomie odsłania się tajemnica Bogumiła; jego dusza nie była tak prosta.

Najpierw widzimy coś, co się często zdarza, ale co niekażdy w życiu rzeczywistym spostrzega; jak człowiek zacny, dobry, przez swą dzielną pracowitość i sumienność właśnie, może się uwikłać w tragedję. Nad Bogumiłem zbierają się oddawna chmury, gdyż ma on swoją namiętność, swoją przesadę. Chce za dobrze. Już raz, w poprzednich tomach, złapaliśmy go na tym gorącym uczynku, że w Serbinowie budował czworaki dla czeladzi, choć właściciel wsi wcale go o to nie prosił. Panie Bogumile, pozwalasz sobie zanadto. Dla ciebie to jest przyjemność, ale dla właściciela wydatek. Masz sumienie zbyt nerwowe, litujesz się na cudzy koszt. Ale ostatecznie właściciel p. Daleniecki ten wydatek jakoś zatwierdził, cudem ci się upiekło, panie Bogumile. A teraz oto masz nowego bzika: chcesz drenować Serbinów. Drenować – to przecież inwestycja ogromna, Bóg wie, kiedy się to wróci, a tu takie czasy niepewne, wojna za pasem, rola może poczekać. Ale się uparłeś; ponieważ kontrakt dzierżawny zabrania ci robić inwestycyj ponad trzy tysięce, pakujesz własnych 9,000 rubli w cudzy interes. Własnych? Nie bardzo własnych, bo jako mąż i ojciec powinieneś zabezpieczyć przyszłość żonie i dzieciom. No, panie Bogumile, więc jakaż różnica między tobą a graczem w Monte Carlo, który przegrywa cudze pieniądze? Namiętność cię ponosi, namiętność do ziemi.

Lecz z drugiej strony powiemy ci też, panie Bogumile, że to się nam właśnie podoba. Mieliśmy cię za filistra, za pospolitego hreczkosieja, co to tylko ciuła grosze, aby sobie i swoim dogodzić, aby kiedyś kawałek roli własnej kupić. A ty jesteś ryzykantem, ty w swoim hreczkosiejskim spokojnym stanie masz swoje przygody, swoje marzenia, swoje szaleństwa. Drenować cudzy grunt za swoje pieniądze – to prawdziwie szlachecka fantazja, pozytywizm w kontuszu. Nie sobie służysz, ziemi służysz. A cóż ci ziemia! Do grobu jej z sobą nie zabierzesz, ona ciebie grobem okryje.

Nagle przyjeżdża na to dziedzic Serbinowa, Daleniecki, i sprzedaje Serbinów – tę ziemię drenowaną przez Bogumiła wydziera mu z pod nóg. I nie dosyć na tem, – bo nie wiedząc, że Bogumił własne pieniądze wyłożył na tę poprawę roli, wpada chciwy Daleniecki w pasję, robi swemu dzierżawcy wyrzuty, robi zeń niemal złodzieja. To jest bardzo dramatyczna scena, ta rozmowa między bezwstydnym pasorzytem a człowiekiem pracy i inicjatywy.

– Co panu strzeliło do głowy z tem drenowaniem? – pyta Daleniecki. – Do czego to było potrzebne?

– Do czego to było potrzebne? – krzyknął Niechcic. – Ja się paryskiemi perfumami nie perfumuję, tylko gnojem śmierdzę, bo się w gnoju grzebię. Ja tu jeden wiem, co tej ziemi potrzebne.

Własność i praca skaczą sobie do oczu. Nie po raz pierwszy czytamy o konflikcie między pracą a własnością, ale mało gdzie uwydatniony on jest tak przeraźliwie jasno, tak jaskrawo, tak mocno i wśród takich właśnie stosunków.

To nie jest przeciwstawienie robotnika kapitaliście, Bogumił nie występuje tu w obronie swych zarobków, tylko w obronie praw warsztatu. Ta rozmowa zakończona jest ze strony Niechcica wyrżnięciem księgą rachunkową o stół i trzaśnięciem drzwiami. Jedyny to raz uniósł się gniewem ten zacny człowiek, Grozi mu katastrofa, nie gospodarska, nie od pożaru lub gradu, lecz z rąk niesprawiedliwego prawa. Jest wstrząśnięty. I jak ci ludzie, którzy w niebezpieczeństwie życia błyskawicznie przebiegają pamięcią całą swą przeszłość, tak on w tej chwili rozważa całe swoje życie. Wychodzi wtedy najaw jedna z rezerw jego duszy, o której nikt dotąd nie wiedział, nawet Barbara. Obelga z ust Dalenieckiego odnawia w nim stary uraz. Niegdyś w powstaniu, kiedy został schwytany, uciekł spod sądu wojennego, wrogowie schwytali go jednak znowu i biii… bili… „Potem już na wolności – tak spowiada się żonie schrypniętym głosem – długo byłem taki jakiś zdziwiony, że mnie nikt nie bije. Z tego, wiesz, zostaje coś jakby znak na duszy”.

Już wiemy i rozumiemy. To w języku dzisiejszej nauki nazywa się „kompleksem gorszości”. Taki był sekret życia pana Bogumiła, dopiero teraz wyjawiony Barbarze, sekret jego pokory i skromności. I ta dawna rana duszy jakby otworzyła się, gdy Daleniecki dotknął go słowem, jak to mówią do żywego.

W tej chwili jednak pani Barbara, tak skora kiedyindziej do krytykowania męża, staje na wysokości zadania swego jako żona i towarzyszka życia. „Wzięła rękę Bogumiła, przyciągnęła ją do swej piersi, a potem pocałowała”. „Takich rzeczy nie trzeba rozpamiętywać. To do niczego nie prowadzi – rzekła twardo”. I potem chwali Bogumiła, że Dalenieckiemu świetnie na wszystko odpowiedział. „Właściwie ty byłeś górą” – powiada – „bo przecież twoja sprawa jest czysta”. Barbara więc solidaryzuje się z nim i scena ta kończy się obopólnem wyznaniem miłości, rzecz doprawdy wzruszająca u tak starego małżeństwa.

Sięgając wstecz do pierwszego tomu powieści, przypomnimy sobie, że Bogumił już raz po ślubie chciał się z tego swojego wewnętrznego zmartwienia żonie wyspowiadać, lecz nigdy nie śmiał, – aż dopiero teraz.

Już wiemy o nim wszystko; katastrofa, chmury, Daleniecki spełnili swoje zadanie; więc autorka odwraca los, wpuszcza słońce napowrót. Dobrobyt Niechciców zostaje uratowany, dzięki wdaniu się wspomnianego już oryginała Owruckiego, człowieka – anioła; Bogumił idzie w górę, nawet sam staje się teraz właścicielem folwarku. Niby jest u początku nowego życia, ziściły się jego pragnienia, ma nareszcie własną ziemię, ale to mu jakoś nie wystarcza; jak nieraz nie wystarczają nam rzeczy, które przychodzą za późno, gdy człowiek już dojrzał i przejrzał – przejrzał w podwójnem znaczeniu. I oto widzimy pana Bogumiła, jak po obejściu granic swej nowej posiadłości, na której chce się zagospodarować, – zmęczony, siada na kamieniu i rozmyśla. On, Bogumił, on, człowiek nieco powolny i niezaradny w myśleniu, coś przeczuwa – filozofuje!

„Coś wzbierało w nim i nabrzmiewało niby pieśń, już już mająca się rozlec melodją i słowami. Dobywał ją z mozołem, aż sformowała się w myśl jasną, niby kryształ.

– Z tym samym pługiem idąc, widzisz Boga, lub – tylko grudę ziemi. Na to samo drzewo patrząc, widzisz cud stworzenia, lub – widzisz tylko cień od skwaru, liście, owoce i budulec…

Ta myśl dźwiga się dalej ku górze i miało z niej wyniknąć, jeszcze doskonalsze odsłonięcie się tajemicy życia i świata – gdy nagle urwała się i zapadła w pustkę”.

Bogumił jakoby od wysiłku tej myśli oszołomiony, na ziemi nieobecny, po chwili spostrzega, że klęczy na rudej trawie i odmawia Ojczenasz. Przełom się w nim stał, jakieś niedoszłe objawienie, lecz to objawienie jest jego szczytem i końcem. Równocześnie bowiem nawiedza go przełom fizjologiczny: lewe płuco, przebite bagnetem w czasie powstania styczniowego, daje znać o sobie i Bogumił w osiem dni potem umiera na zapalenie płuc. Poprostu zaziębił się na ziemi, na której klęczał. To jest naturalnie a jednak jakoś także nadnaturalne, taksamo, jak drzewo jest równocześnie budulcem i „cudem stworzenia” – zależnie od tego, jak na to patrzymy. Ziemia sięgnęła po Bogumiła,..

Myśl której nie mógł już ponownie uchwycić, w chwili gdy klęczał, – tę myśl możnaby wyrazić także, parafrazując ostatnie zdanie z „Puszczy jodłowej” Żeromskiego:

Ziemia jest niczyja, ziemia jest Boża.

Za tego Bogumiła od rolników, ale od prawdziwych rolników, należą się pani Dąbrowskiej wieńce i koniecznie jakaś ferma z dworkiem, a we dworku niech będzie też obraz przedstawiający Bogumiła, jak klęczy i rozmawia z ziemią.

* * *

W odczycie radjowym nie można się posługiwać subtelniejszemi odcieniami krytyki literackiej. Ocena powyższa powieść pani Dąbrowskiej jest naogół słuszna, jeżeli się przyjmie – wyznawaną także i przez nią – schopenhauerowską zasadę, że należy dzieło oceniać według jego szczytów. Oczywiście, „Noce i dnie” mają też błędy, i niedociągnięcia i ułatwienia, – widzę je taksamo dobrze jak inni. Ale rzecz charakterystyczna, te błędy same przez się nie są interesujące, tak jak u innych pisarzy bywają; są tylko osłabieniami, ale nie wypaczeniami siły twórczej. Niejedne też zarzuty stawiane „Nocom i dniom” wynikają ze zbyt szablonowego pojmowania form literackich. Np., że zakończenie powieści, o ile dotyczy Barbary, jest nijakie, rozpływa się w jakiemś „i tak dalej”. Ale to jest właśnie t. zw. forma otwarta, używana i w malarstwie. Przytem, Barbara wprawdzie nie umiera heroicznie, ale umierają najdroższe wątki jej życia, umierają w ten sposób, cichną w zgiełku wojennym. Pod tym względem doskonała w swej rozmyślnej szarości jest likwidacja tajnych nadziei Barbary co do Toliboskiego, dziecinnych nadziei żywionych przez cale życie. Kończy się ona nawet bez rozczarowanja, bez spotkania, połknięta zostaje przez pośpiech nowej fali życia – rzeczywistość wymiata ją, poprostu jak niepotrzebny już śmieć.

——–
*) Odczyt radjowy

Cotygodniowy dodatek literacki do dziennika ABC. Redagowany przez Stanisława Piaseckiego, wychodził w latach 1932-1935 przekształcając się w tygodnik społeczno-kulturalny „Prosto z Mostu”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close