Gehenna inteligenta na Kresach Wschodnich
„Nie trzeba nawuki”

Co odsłaniają reportaże z życia szkoły powszechnej

Pisaliśmy już o sensacyjnym wyniku konkursu literackiego, jaki zorganizowało wśród nauczycieli szkół powszechnych na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie jedno z czasopism wileńskich, sanacyjne „Słowo”.

Konkurs nie przyniósł rewelacyj literackich, ale zato we wszystkich nowelach, reportażach powiedziano prawdę w żywe oczy. Niemal wszystkie utwory nadesłane na konkurs, pisane przez nauczycieli i nauczycielki wiejskich szkół powszechnych pełne są pesymizmu, nieufności do przełożonych, nienawiści do inspektorów, nienawiści do samego życia, obrzydzonego pracą żmudną, nieraz bezcelową, a nigdy nie mogącą liczyć na nagrodę, czy uznanie. Cóż bowiem znaczy dla ginącej na gruźlicę nauczycielki w błotach poleskich, że na trybunie sejmowej minister będzie nazywał nauczycielstwo przednią strażą Rzeczypospolitej, jeżeli równocześnie nie można dostać urlopu zdrowotnego, jeżeli z głodowej pensji zabierają pieniądze na coraz to nowe składki, jeżeli cały wolny czas zabierają jej biurokratyczne kwestjonarjusze i jeżeli biurokracja traktuje uczciwie pracującego człowieka, jak żebraka, któremu chleb daje się z łaski.

SANACYJNA FIKCJA.

Konkurs literacki wśród nauczycieli demaskuje jedną więcej fikcję sanacyjną. Biorąc rzecz powierzchownie, nauczyciel prowincjonalny jest gorliwym wyznawcą służbowych przepisów i służbowej wiary politycznej, należy do odpowiednich prawomyślnych organizacyj, podpisuje, gdy trzeba, radosne odezwy o triumfach pracy społecznej, słowem – jest posłusznym i zadowolonym ze swej roli pionkiem.

MAŃKA DO WSZYSTKIEGO.

Z nauczyciela, którego obarcza się nadprogramową robotą, bez wynagrodzenia, któremu nie daje etatów i którego zwalnia się na lato, ustanawiając t. zw. martwy sezon w szkolnictwie (byle nie dać płatnego urlopu) – zrobiono „Mańkę do wszystkiego”.

Dlaczego tak o tem głucho? Dlaczego nauczyciele nie skarżą się? Ktoś naiwny dodałby jeszcze: dlaczego nie wnoszą zażaleń drogą służbową przez właściwego zwierzchnika?

Nauczyciel poprostu boi się. Poprostu jest steroryzowany groźbą utracenia posady. Gdy zaś zapewnić dyskrecję, gdy doprowadzić do szczerych wyznań, wówczas wychodzą najaw takie rzeczy, jak te, o których piszą autorowie prac wileńskiego konkursu literackiego.

W obszernym artykule scharakteryzowaliśmy już przed paru tygodniami życie kresowego nauczyciela w służbie państwowej, dziś, podajemy fragmenty nadesłanych na konkurs utworów, które tworzą jakby autoreportaż z życia nauczyciela. „Słowo” wileńskie ogłosiło fragmenty z 33 nowel konkursowych, spośród nich wybraliśmy urywki, które razem tworzą ponury obraz proletaryzacji naszej inteligencji rzucony chyba na jeszcze bardziej grozą przejmujące tło nędzy polskiego chłopa.

JAK ŻYJĄ DZIECI CHŁOPSKIE.

Oto fragment noweli „Na progu”, opisujący przeciętną klasę kresowej szkoły powszechnej:

„Oto siedzi przede mną jedna zmiana dzieci: 38 twarzyczek. Mali Ihnatowicze, osadnicy, dzieci sołtysa i kilkoro innych – to dzieci mniej więcej „wiejskiego poziomu”. Czyściej ubrani, weselsze twarze, mimika ruchliwsza tak, że i w czasie lekcyj kręcą się, szturchając jak wszystkie dzieci zdrowe, nakarmione i dopatrzone. Na pauzie przeważnie tylko oni tworzą gromadkę do zabaw w odwieczną „pałkę – stukałkę” i „agarysz”. Reszta – to wymęczone niedosypianiem spowodu ciasnoty, chłodu w chacie, braku pościeli i nadmiaru pluskiew. Te ostatnie i pchły, a w głowie wszy i gnidy – to wogóle klęska każdej chaty! Szyje, pachwiny i delikatniejsze miejsce, aż strach patrzeć, tak posiatkowane przez te pasorzyty! Walka z niemi prawie bezskuteczna. Dziecko w tem chodzi, w tem śpi, w tem idzie do szkoły. Raz na tydzień idzie do „cieplicy” pozatem rzadko kto je dogląda, czy rano się myje. Bo i kiedy – skoro już czas bydło, owieczki i parsiuki pędzić na pastwisko. Stąd niedosypianie, brud i wymęczenie. Twarze u tej partji dzieci -przeważnie blado – sinawe, a dużo wśród nich – nalanych, brzuchy rozdęte od kartofli, nogi cienkie jak patyki lub naodwrót – grube, oczy patrzące bez wyrazu i mętne, obojętno na wszystko, niemrawe ruchy – to wygląd dziecka z Pohrobków. Cera dziwnie licowała z otoczeniem: z szarą ziemią, kolorytem budowli, lasów, wrzosowisk i odzienia z szarego samodziału. W czasie zimniejszych poranków kilku przynosi łapcie na nogach, kilkoro wogóle boso, a reszta w „klumpiach” nabitych gwoździami, że i podłoga od nich w drzazgi leci, a przy najlichszej okazji powstaje niemożliwy stukot drewnianych podeszew, że i słowa nie usłyszysz. W czasie lekcyj dziwna biernota fizyczna i umysłowa. Pytać wstaje – odpowiada, śpiewać – burczy coś pod nosem, bawić się: biega, skacze, śpiewa, ale robi to niemrawie, bez temperamentu, bez ochoty, bez życia niczem drewniany manekin”.

CHŁOP NIE MA 5 GROSZY!

I od rodziców tych dzieci zgodnie z poleceniami kuratorjum ściąga się składki – na LOPP, na Ligę Morską i Rzeczną, to znów na urządzenie jakiegoś obchodu, to na t. zw. „pomoce szkolne”. Przyszło polecenie urządzić choinkę, nauczyć dzieci robienia ozdób choinkowych! Trzeba więc kupić małym Poleszukom papieru szarego i glansowanego i kolorowej bibułki. Zatem zebranie rodziców, na którem nauczyciel proponuje roczną składkę 5 groszy… Chłop nieraz nie może nawet i owych pięciu groszy zapłacić. A cóż dopiero mówić o podręcznikach!

Fragment walki o podręcznik dla szkoły znajdujemy w noweli „Ziarenko”:

„Z podręcznikami bieda. Wycisnąć od wieśniaka złotówkę na książkę -to szczyt wytrwałości. Sprowadziłem więc za własne pieniądze książki, rozdałem je dzieciom. Należność pobierałem w najrozmaitszej postaci. Musiałem jeździć nieraz do miasteczka – wieźli mnie tam dłużnicy. Stolarz zrobił mi szafkę na apteczkę szkolną i drewnianą wycieraczkę. W ten sposób dzieci dostały książki, rodzice ich nie dali mi prawie wcale pieniędzy, a ja, ostatecznie, nie zostałem zrujnowany. Fakt ten, że nie wyciskałem groszy z dłużników, miał duże znaczenie. Nie przypomniałem im sekwestratora ściągającego ostatnią koszulę z grzbietu. Ludzie chcieli mnie rozumieć”.

POŻYWIENIE ŚWIATŁODAWCY.

Co ma nauczyciel za swoją ofiarność, za rezygnację z życia w kulturalnem środowisku? Odpowiedz daje fragment noweli „Powrotna droga”:

„A teraz nasza własna dola. Pod czas gdy urzędnik, oficer, kupiec, robotnik nawet, żyją w środowiskach licznych skupień, korzystają względnie mogą korzystać z dobrodziejstw, wynalazków i cywilizacji, to każdy z nas wprost przeciwnie: mieszka gdzieś w miejscowaści zapadłej, nieoznaczonej często najmniejszem kółkiem na mapach tego świata. W trudnych warunkach trzeba walczyć już nie o egzystencję, lecz o prawo do roślinnej wegetacji. Twarde i mozolne jest życie w tych zapadłych kątach. Mieszka się w samotnych, na odludziu stojących chałupinach, wśród rozbrajających nerwy kłopotów o aprowizację, książkę do przeczytania. Kilka dni nieraz nie je się ciepłej strawy, zwłaszcza w okrese robót w polu. Sucha, spleśniała kiełbasa, kawałek ościstego razowca, lub jakaś własnym pomysłem spitraszona potrawa – oto pożywienie światłodawcy”.

Ile wynoszą dochody małżeństwa nauczycielskiego? W noweli „Labirynt: czytamy:

„Pobory nasze, które w roku 1928 razem wynosiły przeszło 450 złotych, spadły obecnie do 240 złotych. Mąż teraz spłaca dwumiesięczną zaliczkę na uposażenie, skutkiem czego, po potrąceniu wszystkich zadłużeń otrzymuje tylko 110 złotych”.

Czy nie mają racji nauczyciele, pisząc, że zrobiono z nich „Mańkę do wszystkiego”? Czy można się dziwić ich goryczy, rozczarowaniu i zniechęceniu, jeżeli do polskiego inteligenta na Kresach władze mają stosunek: ty daj nam wszystko: siły, zdrowie, życie, my tobie może coś damy, może nie.

Wydawany w latach 1926 – 1939 w Warszawie dziennik związany z ruchem narodowym; programowo antysemicki. Od 1934 roku związany z Obozem Narodowo-Radykalnym. Po delegalizacji ONR-u pismo stało się jego nieformalnym organem prasowym. Od roku 1935 wychodziło pod nazwą „ABC – Nowiny Codzienne” – było to wynikiem połączenia się tych dwóch dzienników. Pismo wielokrotnie cenzurowano i konfiskowano. Z jego niedzielnego, cotygodniowego dodatku kulturalnego powstał w 1935 roku tygodnik „Prosto z Mostu”.

Close