• ABC
  • / 03.07.1933
  • / Warszawa
  • / Rok 8, Nr 188

Listy z prowincji
Lud na Kresach Wschodnich

Dwie opinje

Ziemianin, zapytany o lud, pośród którego mieszka, prawie z reguły odpowiada, że to lud zły, przewrotny, głupi, oszukańczy, chytry, nieuczciwy itd., że jedynym sposobem utrzymania ładu jest surowość: „bić w pysk i trzymać za mordę”. Opinję tę podzielają urzędnicy od posterunkowego zacząwszy. Dawniejsi działacze żalą się, na jego nieszczerość i unikanie prawdy.

Zaledwie tu i ówdzie obszarnik bierze w obronę opinję tego ludu. Ale to już bywa zazwyczaj człowiek, mówiący tylko po polsku i uważający się za obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, nigdy zaś za Polaka tout court. Są to ci najprawdziwsi „tutejsi”, marzyciele białoruscy, sentymentalni chłopomani, którzy uważają naukę polszczyzny w szkołach za zaborczość nadwiślańskich przybyszów, za gwałtowną polonizację, a nawet poprostu za szowinistyczny hakatyzm. Ci widzą w swoim ludzie wszystkie cnoty, a raczej to, co sami za cnotę u ludu uważają – zupełnie tak samo jak liberalni Rosjanie z roku 1917 wiedzieli ekstrakt wszystkich doskonałości w swoim mużyku.

Obie te sprzeczne opinje są przesadne, jak wogóle wszystkie skrajności.

Komu mają ufać?

Lud jest istotnie nieszczery względem obcych, a zwłaszcza surdutowych ludzi. Ale zapytajmy, kiedy ten lud mógł nabrać ufności do kogokolwiek? Przez 3 wieki zgórą zaprzężony do pańszczyzny, musiał przywyknąć do tego, że jego pan nie uważał go za człowieka, tylko za bydlę robocze, i nie miał dla niego żadnych ludzkich względów. Pańscy oficjaliści chłostali go i wymuszali na nim ciągłe daniny. O ludzkiem współczuciu mowy być nie mogło u pańskich „nastawników”. Nie wolno mu było zdradzić się ze swojem człowieczeństwem. Mickiewicz cudownie zanotował ten rys przeszłości niesławnej w scenie, która się rozgrywa w karczmie soplicowskiej. Skarżą się tam zaściankowcy na zdzierstwo moskiewskie, a że i chłopi byli na nie narażeni, jeden z nich bardzo pokornie wtrącił, że chłopów najeźdźcy drą jak na łyka. Odrazu jeden z szaraczków wrzasnął: „Milcz chamie! Tyś chłopie przywyknął, jak piskorz do odarcia”.

Nie wypadało więc chłopu poskarżyć się na ucisk najeźdźcy, ani okazać, że czuje jak człowiek. Bo przesąd odmawiał mu prawa do człowieczeństwa. Za każde wyjawienie ludzkiego uczucia czekała go conajmniej obelga.

Od pańszczyzny uwolnił ten lud rząd rosyjski – a więc stał się jego dobroczyńcą. Niemniej wyniosłość i pomiatanie godnością ludzką przeszło w spadku na różnych urzędników rosyjskich, którzy tuczyli się wymuszaniem podarków i danin.

Komuż więc w przeciągu tylu setek lat miał zaufać i zwierzać się chłop poleski? Pop kazał mu cierpieć i dawać ofiary, a ponadto nakręcał go tak, jak to było w górze dobrze widziane. Każdy niechłop, który się zbliżał do tego ludu, przychodził po to, aby go okłamać, obedrzeć i nakoniec wydrwić czy sponiewierać. Nic dziwnego, że spadkobierca kilkunastu pokoleń, wychowywanych w poniewierce, zamyka się, jak ślimak w skorupie przed każdym obcym. A surdutowi ludowcy czy ludolubcy dziwią się, czemu poleszuk nie otwiera przed nimi swej duszy na oścież.

Przychodzą i za polskich czasów rozmaici dobrodzieje do tego nieufnego chłopa. Ale przed przewrotem majowym przychodzili po to, żeby na niedoli tego chłopa zdobyć mandat poselski lub jaki urząd partyjny, a teraz przychodzą inni pocichu, ażeby go pozyskiwać dla bolszewizmu. Jeżeli zaś dzisiaj przyjdzie kto otwarcie, to sekwestrator, komornik, urzędnik sejmikowy, jednem słowem ludzie, nakładający opłaty i ściągający należytości.

Jak w tych warunkach może ta ludność nabrać zaufania do kogokolwiek? Działacz oświatowy czy reporter, który się dziwi skrytości tego ludu, jest podobny do owego chłopca, który się dąsa, czemu ptaszek nie chce dać się schwycić: wszak powinien wiedzieć, że ten chłopczyna jest grzeczny i nie wyrządzi żadnej krzywdy ptaszynie. Tak! ale ptaki od chwili pojawienia się człowieka na ziemi doznały od niego tyle krzywd, że teraz instynktownie unikają przedstawiciela gatunku homo sapiens. I lud ten przez pokolenia doznawał tylu przykrości i poniewierek od wszystkich przybyszów, że instynktwnie zamyka się w sobie na widok przedstawiciela gatunku: surdutowiec czy obcy. To jest, nie milczy, bo wie, że trzeba odpowiadać, że uparte milczenie może być uznane za krnąbrność – dlatego mówi, ale mówi cobądź, wszystko, byle nie samą prawdę. Każde wypytywanie uważa za podrywkę i broni się przeciw możliwym szkodom – nieprawdą.

Jego wady

Nie szanuje chłop tutejszy cudzej własności, to prawda; pracuje tylko wtedy, kiedy musi, i nie umie czynić zapasów ani kalkulować na przyszłość. Tylko, że prócz hochstaplerów i spekulantów, kto w powojennych czasach umie kalkulować, ażeby sobie czy swoim w sposób uczciwy zabezpieczyć przyszłość?

Nie jest też ten lud schludny, ale kto zna inne części Polski, nie powinien z tego powodu poniżać tego ludu, bo równe niechlujstwo może znaleźć i w dzielnicach, uchodzących za postępowe.

Lud to jeszcze nie obudzony. Budzi go pop, wmawiając, że jest Rosjaninem, budzi go przedstawiciel władzy, wyciągając opłaty i nakładając grzywny, budzi nauczyciel, każąc dziecku śpiewać legjonowe pieśni, ale chłop nie ufa żadnemu z tych budzicieli.

Chłop i żyd

Jeżeli ufa, to jednemu żydowi. Na Polesiu wytworzył się osobliwy stosunek, gdzie żyd i chłop mówią do siebie wzajemnie: „ty”.

Żyd chłopa oszuka, wyzyska, ale w razie potrzeby, o ile to się nie sprzeciwia jego interesom, udzieli życzliwej porady. A chociaż za pomoc każe sobie płacić, pomaga w kłopocie jak umie najlepiej. Jeżeli zaś i nie uszanuje godności człowieczej u chłopa, to chłop wzajemnie może również sponiewierać. Poleszuk mówi: „ty” do żydówki, która skończyła gimnazjum i z dyplomem maturalnym sprzedaje w sklepie rodziców, ale równocześnie ta żydóweczka mówi „ty” białowłosemu staruszkowi, o ile chodzi w łapciach i siermiędze.

Cóż dziwnego, że za pośrednictwem żydów komunizm szerzy się po wsiach ruskich jak epidemja? Komunistyczny agitator budzi w poleszuku uczucie godności ludzkiej, prostuje schylony kark i ukazuje mu nadzieję równości, a że jest żydem t. j. jedynym rodzajem człowieka, z którym chłop rozmawiał jak z człowiekiem, zyskuje odrazu zaufanie.

Stosunek do religji

Od komunizmu nie powstrzyma go religja, bo Rusin kresowy prawie nie ma religji. Prawosławna cerkiew zaleca i zachęca, ale nie nakazuje pod grzechem uczestniczenia we mszy i słuchania kazań co niedzieli i święta, to też nietrudno między ludem prawosławnym spotkać osoby, które nie umieją określić Boga, a Chrystusa uważają za męża Marji. Przez tradycyjne posłuszeństwo wobec nakazów władzy świeckiej żenią się, chrzczą, grzebią w obrządku cerkiewnym, ale zresztą cerkwi nie potrzebują, a w święta urządzają targi. Nieznajomość zasad wiary i obojętność religijna czyni ich adeptami bezbożnictwa -kto zaś odczuwa potrzebę religji, znajduje zaspokojenie w niezliczonych sektach, zwłaszcza protestanckich, jak metodyści, babtyści i t. p. Właściwie misjonarstwo powinno się odbywać po wsiach prawosławnych. Katolicy nie śmieją go wykonywać, to też amerykańscy misjonarze protestanccy znajdują tutaj niezmierne pole działania. Tylko nawyczka z czasów carskich, nawyczka posłuszeństwa wobec absolutnej władzy trzyma jeszcze tych ludzi w pozornej uległości wobec cerkwi. Ale to może się wnet urwać.

Ze zdumieniem można zaobserwować fakt znamienny. Ludość prawosławna, która z cerkwią nie zrywa, nie zna najmniejszego szacunku dla swojego duchowieństwa. W okolicach etnograficznie polskich bywają wypadki niereligijności, kłótni z księdzem itd., ale tam nawet przy zupełnej oporności jest jeszcze jakiś respekt, a choćby strach przed księdzem. Tutaj ludność, należąca oficjalnie do cerkwi, ma dla duchownego tylko bezbrzeżne lekceważenie. I na takiem podłożu nawet przy najlepszej woli trudno wywołać wiarę żywą albo zapał religijny. Wywołują go metodyści i baptyści, nigdy duchowni prawosławni.

Provincialis.

Wydawany w latach 1926 – 1939 w Warszawie dziennik związany z ruchem narodowym; programowo antysemicki. Od 1934 roku związany z Obozem Narodowo-Radykalnym. Po delegalizacji ONR-u pismo stało się jego nieformalnym organem prasowym. Od roku 1935 wychodziło pod nazwą „ABC – Nowiny Codzienne” – było to wynikiem połączenia się tych dwóch dzienników. Pismo wielokrotnie cenzurowano i konfiskowano. Z jego niedzielnego, cotygodniowego dodatku kulturalnego powstał w 1935 roku tygodnik „Prosto z Mostu”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close