• ABC
  • / 02.07.1933
  • / Warszawa
  • / Rok 8, Nr 187

Nieznane miasto

Niedawno postanowiłem zwiedzić Warszawę, a właściwie samo śródmieście Warszawy. Ponieważ niema dnia, żebym przez ulice śródmieścia nie przechodził, więc zwiedzenie ich wydało mi się koniecznością. Szanowni Państwo niewątpliwie też bywają wszyscy w śródmieściu, ale czy ktoś z was je zwiedzał? Myślę, że nie i dlatego narzucam się na przewodnika.

Zacząłem od Krakowskiego Przedmieścia, w jego najbardziej reprezentacyjnej części zwrócił moją uwagę od wielu miesięcy istniejący kantor wymiany. Założyło go trzech byłych dyrektorów banków. Jest w tem coś symbolicznego. Banki bankrutują. Właściwie w Polsce teraz mamy tylko dwa prywatne banki polskie i to oba spółdzielcze. Pozatem są tylko banki publiczne (państwowe, komunalne, lub niemal – państwowe) i zagraniczne.

Tutaj pozostał kantor wymiany. Jeszcze jeden? Tyle jest w Warszawie kantorów bezimiennych lub będących własnością narodowościowych zwolenników obecnego rządu? Na co ci trzej panowie liczyli? Niewątpliwie na zaufanie. Na firmę. Na swoje trzy nazwiska. Może nawet nie myśląc o tem stają się prekursorami, pionierami nowego kierunku gospodarki. Ten kantor to powrót do prywatnej własności od własności anonimowej, to mały warsztat, forma gospodarcza przyszłości, to powrót do firmy. Kto wie, czy w przyszłości nie pozostaną tylko banki państwowe i kantory wymiany.

„Tak rozmyślając” (jak się mówi w starych powieściach) skręciłem w Królewską. Oto nowa kawiarnia. Dziwne! Z jednej strony nowe kawiarnie, z drugiej dwie wielkie, starsze, jedna pod nadzorem, druga bokami robi. Przecież uczyli nas zawsze, że w wielkiem przedsiębiorstwie wszystko się bardziej opłaca, a tymczasem wielkie przedsiębiorstwa upadają, małe powstają. Bo coprawda małem opiekuje się rodzina właściciela, personel niekosztowny, a w wielkiem trzeba urzędników. Urzędnicy! To jest problem naszych czasów. Wszystkich nas wychowywano na urzędników, na biurowców, państwowych czy prywatnych, wszystko jedno, ale zawsze biurko i godziny urzędowania. A tymczasem miejsc niema. Co mają robić młodzi ludzie, którzy nie mogą być urzędnikami? Dwuch moich znajomych przerwało studja, jeden założył przedsiębiorstwo reklamowe, drugi drukarskie. Znam młodego inżyniera, który jest stróżem nocnym, mówił, że jeden z jego kolegów, doktór dwuch fakultetów jest robotnikiem przy budowie jakiegoś toru kolejowego. Ale co robią wobec tego kupcy i robotnicy, niewiem.

Zatrzymałem się przed afiszem o morzu. Ktoś pociągnął mnie za rękaw. Był to mój kolega, młody architekt.

– Chciałbym, żeby była wojna – powiedział.

– Wojna, z kim?

– Wszystko jedno, byle była. Jestem bezrobotny i to beznadziejnie. A z podchorążówki wyszedłem jako sierżant. Jakby była wojna, miałbym co robić.

Pożegnałem się czemprędzej i poszedłem w stronę ogrodu Saskiego.

Po drodze zatrzymałem się przed automatem do papierosów. Bardzo mądry pomysł. Sam wydaje papierosy i resztę, tylko cóż z tego: Obok automatu stoi typ: pilnuje, żeby nie popsuli, nie rozbili. Do nowoczesnych automatów jak się okazuje potrzeba pewnej kultury i pewnego dobrobytu. A u nas wystawia się kosztowny automat, którego teoretycznem uzasadnieniem jest, że nie potrzebuje obsługi, jakby w okresie niesłychanego nadmiaru rąk do pracy troską miało być – ograniczenie ilości pracujących. Jabym proponował nie robić konkurencji inwalidom, a co się tyczy nocy pozwolić, by i w nocy część budek była otwarta. Automaty i godziny pracy zakładów to trochę anachronizm.

Ze znalezieniem miejsca w ogrodzie Saskim, to tak jak ze znalezieniem pracy w Polsce: wszystko zajęte przez żydów.

W końcu jednak przysiadłem się gdzieś i postanowiłem odpocząć. Dosyć tego zwiedzania Warszawy, to jednak dosyć męczące zajęcie. Otworzyłem teczkę, żeby znaleźć coś pocieszającego do czytania. Wyjąłem gazetę i odrazu zobaczyłem ogłoszenie syndyka masy upadłości fabryki sukna. A jednak znam w śródmieściu sklep z suknem, który się ostatniemi czasy bardzo rozwija. Ale to jest sklep z suknem samodziałowem. Samodział kosztuje dwa razy taniej, wełna jest autentyczna. Taki fabrykant sukna, jak ten upadły, sprowadzał wełnę australijską do Polski, robił sukno i wysyłał do Anglji. Na wsi z własnej wełny robi się w wolnych chwilach samodział. Czyż można się dziwić, że jest tańszy? Ale ja miałem się przecież rozerwać, a nie myśleć o rzeczach poważnych. Więc schowałem gazetę i zacząłem szukać rzeczy wesołych i lekkich, niezwiązanych z życiem. I znalazłem sprawozdanie z prac Komisji Konstytucyjnej Sejmu Rzeczypospolitej.

Pan Bogdani z B. B. zastanawia się, czy rewizja konstytucji powinna, czy nie powinna następować co 25 lat. Bo, proszę państwa, w Grecji i w Finlandji… Pan Fichna z B. B. martwi się, te prawa obywatelskie są w konstytucji ułożone w nieprawidłowym porządku, Bo, proszę państwa, w deklaracji Stanu Wirginja…

Czy warto myśleć o bezrobotnych robotnikach: o inżynierze co jest stróżem nocnym i o architekcie co chce wojny, i o kantorach wymiany i o samodziale i o pracy ręcznej i maszynowej i o wielkich i małych przedsiębiorstwach, gdy można słodko i wygodnie rozważać, kiedy się mają obie izby schodzić razem, a kiedy obradować osobno…

Wydawany w latach 1926 – 1939 w Warszawie dziennik związany z ruchem narodowym; programowo antysemicki. Od 1934 roku związany z Obozem Narodowo-Radykalnym. Po delegalizacji ONR-u pismo stało się jego nieformalnym organem prasowym. Od roku 1935 wychodziło pod nazwą „ABC – Nowiny Codzienne” – było to wynikiem połączenia się tych dwóch dzienników. Pismo wielokrotnie cenzurowano i konfiskowano. Z jego niedzielnego, cotygodniowego dodatku kulturalnego powstał w 1935 roku tygodnik „Prosto z Mostu”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close