Jaskinie występku w Berlinie

Pamiętamy z jakiem niedawno oburzeniem prokurator trybunału lipskiego przytaczał wyjątki z powieści J. I. Kraszewskiego p. t. „Bez serca”, w których była mowa o dużych rękach i nogach niemek, i nieco o niezbyt wzorowych obyczajach niemieckiej stolicy. Z tych etnograficzno-powieściowych opisów zrobiono zarzut kryminalny naszemu pisarzowi, tymczasem niemieccy autorowie nie obwijają w bawełnę demoralizacyi berlińskiej, która coś więcej znaczy w pochodzie ludzkości niż ręce i nogi elegantek. W niedawno napisanym artykule przez Pawła Lindau’a, w „Nord und Süd” znajdujemy ciekawy opis jaskiń występku w Berlinie; powtarzamy go, usuwając zbyt wstrętne widoki.

Paweł Lindau zanim osobiście poznał jaskinie berlińskie, badał moralność państwa pruskiego na zasadzie statystyki Starka, obejmującej zbrodnie i zbrodniarzy w Prusach od r. 1854 do 1878, i przyszedł do wniosku, że w przeciągu 24-ro letnim, na 27 mieszkańców monarchii przypadał jeden przestępca, który był przedmiotem pościgu policyi lub sądu. Właściwe jednak zbrodnie i przestępstwa kryminalne ograniczają się do 15%; prawie połowa procesów kryminalnych była o kradzież leśną drzewa. Statystyka wykazuje jednę kradzież z rozbojem na 15,000, jedno zabójstwo na 110,000 – a jednę kradzież drzewa na 50 mieszkańców.

Fakt charakterystyczny a dowodzący wielkiej nędzy pomiędzy klasą fabryczną i rolniczą, która nie ma sobie zaco ogrzać izby i zgotować posiłku.

Sumienny pisarz chciał osobiście sprawdzić statystykę Starka i wybrał się do Berlina; tam towarzysząc ajentom policyjnym, zwiedził najwstrętniejsze a uprzywilejowane jaskinie występku i zbrodni.

Złoczyńcy berlińscy zbierają się tylko sami między sobą, a każda ich specyalność ma schadzkę osobną. Dziwna rzecz: w chwilach wolności, między wyjściem z więzienia a nowem aresztowaniem, które prawie nigdy nie chybia, wyrzutki te żyją na poufałej stopie z komisarzami pruskiej policyi, którzy z obowiązku zachodzą do ich szynków. Złoczyńcy niezmierną wartość przywiązują do względów i grzeczności, jaką im raczą okazywać ludzie uczciwi; jeżeli komisarz zdoła sobie wytworzyć stosunki w takim przybytku niecnoty i pozyskać w czuwaniu nad nim pomoc jego mieszkańców, zawdzięcza to więcej grzecznemu obejściu i dobremu słowu, niż obietnicom nagrody.

W Berlinie wyrzutki społeczeństwa pozakładali rozmaite stowarzyszenia; mają oni swój klub atletów (gimnastyków), a nawet towarzystwo muzyczne, zaszczytnie odznaczające się pod względem muzykalnym; aby zostać przyjętym do niego na członka, potrzeba być przynajmniej raz skazanym, lub mieć sławę recydywisty – ludzie niewinni w balotowaniu przepadają. Te stowarzyszenia czasami, na cześć naprzykład nowożeńców, dają bale, na które otrzymują zaproszenia komisarze najbardziej lubiani.

Kawiarnie i miejsca zabawy w ogólności są punktami, w których ten złowrogi świat zbrodniarzy styka się ze społeczeństwem uczciwem. Tak zwane „Cukiernie nocne” (Nacht-konditoreien), otwarte całą noc, stanowiące niegdyś jednę ze specyalności Berlina, zostały zamknięte, ale zastąpiły je niebawem „kawiarnie wiedeńskie.” Do tych miejsc uczęszczają podejrzane indywidua płci obojej, stanowiące niejako łącznik między społeczeństwem zagrożonem a zbrodniarzami. Gospodarze takich zakładów mają zwykle między służbą siłacza, który pilnuje porządku w salach i zapobiega bójkom, wyrzucając za drzwi zbyt buńczuczne osobniki. Arystokracya tego świata niezdrowego zbiera się w Cafe national, gdzie uczęszcza także młodzież goniąca za awanturami, cudzoziemcy i parafianie, nieraz drogo przypłacając swoję ciekawość.

Klasa najgorsza i zbrodniarze najniebezpieczniejsi miewają schadzki w tak zwanych Klappe, to jest izbach powiększej części podziemnych. Policya zna wszystkie te kryjówki. Nie zamyka ich, bo najprzód na nic by się to nie zdało, a potem sama pozbawiłaby się możności łatwiejszego schwytania w chwili krytycznej poszukiwanych złoczyńców.

„W towarzystwie sławnego komisarza Weien’a – mówi Paweł Lindau – którego złodzieje najbardziej się boją i najbardziej kochają z pomiędzy wszystkich urzędników policyjnych, zwiedziłem kilka takich najniebezpieczniejszych gniazd zbrodni, w dniu w którym miała się odbyć wielka obława. Przybytki te są wstrętnie biedne; obicia na ścianach poobdzierane; sufit poczerniały od dymu lamp naftowych i fajek, odznacza się szczególnemi ozdobami, bo skórami śledziowemi, które goście mają zwyczaj rzucać w górę. W jednej z tych nor zastaliśmy całe towarzystwo obdartusów, zajęte naprawianiem swoich łachmanów, grające w karty i czytające „Gazetę sądową.” Podawano sobie dziennik, mrugając znacząco okiem: chodziło tam o jednego z towarzyszy, którego policya świeżo pochwyciła. Ton rozmowy był hałaśliwy, a jednak raczej serdeczny niż grubiański.

Na ścianie wisiał arkusz papieru otoczony obwódką laurową, pośród której wypisane były życzenia złożone w dzień urodzin jednemu z gości stałych, zbrodniarzowi, który już kilka wysłużył szewronów. W innym lokalu dawano kolacyą, po 30 centów na osobę; gospodarz zachwalał nam jedzenie, jako wyborne. Na ścianach spostrzegłem kilka szkiców węglem lekko rzuconych, a w głębi zawiadomienie o podróży do Ameryki na warunkach więcej niż umiarkowanych.

Usiedliśmy obok jednego z gości, dość dobrze ubranego, który przyzwoitą postawą odznaczał się od innych. Komisarz rozmawiał z nim prawie po przyjacielsku. Później dopiero powiedział mi, że ten miły gawędziarz trzy razy już odsiadywał karę za kradzież z włamaniem.

Tego wieczoru ajenci którzy nam towarzyszyli nie byli uzbrojeni; ci odważni ludzie liczą jedynie na swoję zręczność i siłę. Do prowadzenia więźniów używają krótkiego sznura, z kawałkami drewna na obu końcach; ajent okręca sznur około prawej pięści aresztowanego i chwyta drewienka lewą ręką, podczas gdy prawa pozostaje swobodną na wszelki wypadek.

Zaszliśmy do jednej z kawiarń podziemnych przy ulicy Frankfurckiej. Podczas gdyśmy schodzili, dzwon alarmowy hałasował bezustanku. Wstąpiliśmy na schód, który stali goście omijają starannie, żeby nie narobić hałasu ostrzegającego o zbliżaniu się niepożądanego gościa. Stół otoczony był przez młodych nicponiów, po większej części w łachmanach. – „Wstawać i pokazać mi papiery!” – rzekł komisarz. Wszyscy powstali i powyjmowali z kieszeni brudne papiery albo też zażądali ich od karczmarza, u którego były w zastawie. Niektórzy z nich nie mieli się czem wylegitymować, więc zaczęto ich rewidować. Nie czekając na rozkaz, powyciągali oni ręce i pochylili się naprzód; widocznie przyzwyczajeni byli do tej operacyi. W końcu pozdejmowali buty, wytrząsając je demonstracyjnie, na dowód zupełnej swojej niewinności.

Wistocie bardzo mało znaleziono przy nich. Najbogatsi nie posiadali nawet dwóch franków; inni mieli małe notatniki, szczoteczki, łańcuszki pozłacane bez zegarków. Jeden z nich miał w kieszeni rękopism swoich własnych, oryginalnych, piosnek bezecnych. Nikt z nich nie miał żadnego uczciwego zajęcia, większa część była bez stałego schronienia, wszyscy prawie należeli do recydywistów. Kilku z nich aresztowano, a w następnej piwnicy wzięto ich dwudziestu czterech. Było między nimi kilku poszukiwanych dowódców. Tym razem policyi chodziło o złodziei, którzy okradają śpiących pod gołem niebem. W żargonie berlińskim specyalność ta nazywa się das Leichenfledern (wietrzeniem trupów), a specyaliści zwą się die Flederer. Gdy noc zapadnie włóczą oni się po parkach, gdzie znajdują prawie zawsze śpiących próżniaków, i obierają ich bardzo zręcznie, nieraz do koszuli.

Widząc nędzę tych nieszczęśliwych, łatwo zrozumieć, że wielu z nich wzdycha do więzienia, gdzie przynajmniej dostają pożywienie i ubranie; zwykle trwonią oni zaraz owoc kradzieży, odświeżywszy przedewszystkiem swoję garderobę. Dlatego to złodzieje ubrani porządnie najbardziej są podejrzani dla policyi. Najczęściej po kilku dniach nowe suknie idą do lombardu i nędza zaczyna się na nowo.

Pozostaje nam jeszcze – kończy Lindau – wspomnieć o złodziejach kradnących towary, nazywających się w żargonie Kollisjungen. Do tego używani są zwykle chłopcy kilkunastoletni, którzy zakradają się do wozów towarowych, czyhając na sposobność wyrzucenia jakiej paczki lub skrzynki swoim wspólnikom. Mimo czujności policyi i ostrzeżeń udzielanych furmanom, tego rodzaju kradzieże zdarzają się codziennie w Berlinie.

Ale gdzież ci wszyscy ludzie noc przepędzają? – Gdy pora pozwala na to, to pod gołem niebem, na ławce, pod krzakiem, w stajni jakiej, pod mostem albo w łodzi. W zimie, jeśli który ma parę groszy, szuka w najgorszych dzielnicach miasta jednej z tych wielkich sal, zwanych Pennen, gdzie najwstrętniejsza nędza panuje. Jeżeli nie ma ani grosza, jako jedyne schronienie pozostają dlań przytuliska, brudne baraki, będące własnością miasta. Setki nędzarzy tłoczą się tam i śpią gdzie się zdarzy: na ławkach, na ziemi, w atmosferze zepsutej, w nieznośnem gorącu i zaduchu, którego żadna wentylacya nie odświeża. Zwiedzałem te przytuliska o dziesiątej wieczorem, ale po upływie minuty słabo mi się robiło. Nigdy nie wyobrażałem sobie nędzy ludzkiej pod tak wstrętną postacią. Przeszłej zimy, na 117,000 osób które spędziły noc w tych jaskiniach, policya aresztowała przeszło 4,000. Dixi.”

Warszawski, konserwatywny tygodnik literacki i polityczny wychodzący w latach 1876 – 1917. Początkowo ukazywał się jako dwutygodnik. Nazwa pisma zmieniała się kilkakrotnie, między innymi na „Biesiada Polska” czy „Lechita”, po czym wracano do nazwy pierwotnej. W tygodniku zamieszczano utwory m.in. Sienkiewicza, Prusa, Kraszewskiego oraz liczne reprodukcje malarzy polskich.

Close