• Bluszcz
  • / 16.03.1929
  • / Warszawa
  • / Rok 62, Nr 11

200.000 dzieci bez szkoły

„W latach 1929-30 około 200.000 dzieci nie będzie mogło korzystać z nauki z powodu niedostatecznej liczby szkół. „Na papierze” – 200.000. W rzeczywistości – conajmniej 300.000″.

Trzysta tysięcy główek dziecięcych bez światła. Gdyby całą tę dzieciarnię zebrać razem, powstałaby armja małych analfabetów, przyszłych rycerzy ciemnoty – groźniejsza dla państwa od wojny gazowej i wymyślnych pocisków wroga. Trzysta tysięcy małych mózgów, pozostawionych samym sobie, albo domorosłemu sylabizowaniu, które, jak wiadomo, utrudnia i paczy właściwy system nauczania. Trzysta tysięcy! To cały gród uczniów bezdomnych, dla których zabrakło miejsca w szkole powszechnej. Miejmy nadzieję, że za rok, za dwa – stan rzeczy radykalnie się poprawi, że gmachy szkolne po miastach wyrosną, jak grzyby po deszczu, a w każdej wsi znajdzie się choćby schludna chałupa na przytulenie skromnego, jak kaganek, ogniska oświaty. Miejmy nadzieję! Ale sama nadzieją żyć nie można, gdy setki tysięcy dzieci rośnie, jak dziczki w polu, po wsiach wałkoniąc się, latem przy pasionce, zimą przy skrobaniu kartofli i podkładaniu na ogień, a w mieście trawiąc dnie całe na graniu w guziki, lub karty, sprzedawaniu gazet i płataniu psich figlów przekupkom, a noce na pokątnej sprzedaży papierosów, potajemnym wyszynku alkoholu, lub, co najohydniejsze, na usługach prostytucji.

Musimy sobie zdać sprawę z grozy położenia, jakie stwarza pozostawienie dzieci proletarjatu bez należytego kierunku. Powie ktoś może, że szkoła wszechstronnie nie zaradzi złemu, że daje ona najczęściej tylko pewną sumę wiadomości, z których drobna zaledwie część zostanie przez ucznia przyswojona, że szkoła nie zastąpi wychowania domowego; że złego dziecka nie poprawi, a dobre może zepsuć się przez towarzystwo kolegów; że wreszcie wobec przepełnienia oddziałów z konieczności posługuje się szablonem w nauczaniu – to wszystko jest prawda, ale te zastrzeżenia mają wartość tylko wobec dzieci inteligencji, natomiast upadają stanowczo i nieodwołalnie, skoro chodzi o dzieci proletarjatu.

Dziecko ze sfer inteligentnych, materjalnie choćby najbardziej upośledzonych, otrzymuje prymitywne wiadomości zwykle w domu, zresztą kształci się moralnie, umysłowo i duchowo przez samo obcowanie z rodzicami, którzy samorzutnie nadają kierunek jego ogólemu rozwojowi. Szkoła ze swym programem, systemem, karnością, życiem koleżeńskiem – przychodzi jako uzupełnienie tego, co dał dom i rodzina, rzuca zasiew na rolę w kulturze, zastaje materjał juz obrobiony, tło, na którem można snuć swobodnie przędziwo metody pedagogicznej.

Dla dziecka inteligencji szkoła powszechna ma znaczenie raczej uspołeczniające, przez zetknięcie i współżycie z kolegami innych sfer, niż ściśle wychowawcze. Pod względem zaś umysłowym może dziś jeszcze być doskonale zastąpiona przez nauczanie domowe, umiejętnie i fachowo poprowadzone. Pójście do szkoły dla dziecka z inteligencji nie jest momentem, decydującym o całem jego życiu. Brak jej w anormalnych warunkach głodu mieszkaniowego, albo coraz częstszej konieczności pracowaniu obojga rodziców poza domem, może się dać dotkliwie uczuć rodzinie powojennej, ale nie przybiera charakteru katastrofalnego.

Wręcz przeciwnie, gdy mamy do czynieniu z dzieckiem proletarjatu. Luka, jaką w jego rozwoju stwarza brak szkoły, jest wyłomem w murze cywilizacji, wyłomem, przez który do wnętrza organizmu społecznego sączy się jad barbarzyństwa. Klęska podwójna, bo indywidualna i zbiorowa. Dziecko proletarjatu bardzo wcześnie wyzwala się z pod opieki rodzicielskiej. Wartki potok życia porywa małego człowieka, pojąc go dosyta wszystkiemi mętami zepsucia, które na dnie młodocianej duszyczki zostawiają zawsze niechlujny osad, jeżeli nie zatopią jej bezpowrotnie. Dziecko ulicy dorośleje zbyt szybko. Okres jego dzieciństwa skraca się niemal do niemowlęctwa. Z chwilą, gdy przestaje pełzać, a zaczyna mówić, gorliwie zbiera brukowe pokłosie skandalu. Na rezultat nie trzeba długo czekać: sześcioletni sceptyk z ulicy lepiej nieraz orjentuje się w tajemnicach życiowych od sześćdziesięcioletniej matrony, zapiętej pod szyję w aksamity tradycji.

Dla takiego dziecka szkoła jest naprawdę etapem rozwojowym, punktem zwrotnym na linji jego życia, czasem wprost błogosławioną rewelacją. Posłannictwo szkoły powszechnej polega bowiem nietyle na tem, żeby rozwichrzonej łepetynie zastrzyknąć dobroczynną szczepionkę abecadła, ale żeby z małego anarchisty, nie uznającego innych nakazów, prócz własnej samowoli, zrobić młodego obywatela, świadomego swych praw i obowiązków, przygotowanego do dalszej nauki, lub pracy zawodowej, jednem słowem oddać społeczeństwu gotowy materjał na człowieka.

Jest to maksimum tego, co szkoła powszechna może osiągnąć. Ideał jej celów i zamierzeń. Ale nie wymagajmy cudów. Bądźmy realni i w marzeniach skromniejsi.

Sam fakt, że młodociany kandydat na „kawalera księżyca”, przyszły, albo już aktualny adept sztuki „pajęczarskiej”, że dziewczątko, które ulica zawczasu już doskonale urabia na łup dla handlarza żywym towarem – że ta zgraja małoletnich dzikusów i barbarzyńców w ciągu kilku godzin przebywa w atmosferze pracy, karności, kultury, w otoczeniu schludnem i estetycznem, w poczuciu obowiązku, konieczności podporządkowania swojego „ja” interesom gromady – ten sam fakt wystarczy, aby zdać sobie sprawę z doniosłości roli, jaką w życiu małego proletarjusza odgrywa szkoła powszechna.

A potem dodajmy jeszcze jeden ważny moment psychologiczny: świadomość, że o nas ktoś dba, o nas się troszczy, że komuś zależy na tem. żebyśmy byli lepsi, mądrzejsi, sprawniejsi w pracy, milsi sobie i ludziom. Czynnik duchowego współżycia z nauczycielem promieniuje nieraz na całe dalsze życie jednostki, odkrywając w jej sercu nieprzebrane skarby uczuć, z których czerpać będzie kiedyś rodzina i społeczeństwo.
Trzysta tysięcy dzieci tych dobrodziejstw w ciągu najbliższych dwóch lat będzie pozbawione. Co na tem traci kraj, niech nas pouczą rubryki codziennych wypadków zbrodniczości, okrucieństwa, zwyrodnienia małoletnich wyrostków. Niech nas pouczą statystyczne cyfry przestępczości, alkoholizmu, prostytucji młodocianych.

Ogólnie znanem jest powiedzenie, ze wojnę francusko-pruską wygrał niemiecki nauczyciel wiejski i… kiszka grochowa. Dobre odżywianie, dobra szkoła -oto dwa filary zdrowego pokolenia, oto fundamenty przyszłości narodu. Sprawa odżywiania dzieci postawiona jest u nas jako tako. Zabiegają o nią gorliwie rozmaite poradnie i przychodnie, ogniska i komitety rodzicielskie, krople mleka, żłobki i przedszkola. Coraz mniej dzieci wątłych, niedokarmionych, chorowitych widuje się po ulicach. Szkołę naogól mamy dobrą, ale, niestety! nie wszystkie dzieci mogą z niej korzystać. Odbija się to fatalnie na stanie naszej kultury.

200.000 dzieci bez szkoły! Oto nagi fakt. Musimy sobie uświadomić grozę położenia i obmyśleć środki zaradcze, chocby tylko doraźne, dorywcze, tymczasowe, bo kraj musi się zdobyć na załatanie tej luki w naszym systemie oświatowym i to w krótkim przeciągu czasu, nie czekając, aż szpara na dnie okrętu stanie się gardzielą, która okręt pochłonie.

Więc na „tymczasem” trzeba będzie chyba wrócić do dawnej tradycji „białych panienek” ze dworu, które w sekrecie przed strażnikiem gromadziły dziatwę ze wsi i z czworaków na tajemne praktyki z elementarzem i katechizmem. Trzeba będzie wskrzesić pokolenie „siłaczek”, niezmordowanie sączących kropla po kropli żywą wodę oświaty w zmartwiałe duszyczki dzieci z sutereny. Sprawa jest o tyle łatwiejsza, że dzisiaj ukrywać się już nie trzeba, i nikt za „Promyka” nie wsadzi do cytadeli. Odpada wprawdzie urok bohaterstwa, ale pozostaje świadomość spełnionego obowiązku.

Jeszcze jest sporo u nas kobiet, które nie wiedzą, co robić z czasem, a których mężowie uważają sobie za punkt ambicji, żeby ich żony nic nie robiły. Jeszcze jest sporo panienek, rwących się do t. zw. pracy społecznej, a nie wiedzących od czego zacząć. Niech te panie i panienki zajmą się, każda, dziećmi tylko swego podwórka. Niech uskutecznią swego rodzaju inspekcję, niech sprawdzą, czy wszystkie dzieci w wieku szkolnym do szkoły uczęszczają, a jeżeli nie, to z jakiego powodu? czy z braku miejsca w szkole, czy z braku obuwia i ciepłego ubrania, czy z powodu słabego stanu zdrowia, lub okoliczności rodzinnych (obowiązek piastowania młodszego rodzeństwa).

Niech wnikną w potrzeby i niedolę tych dzieci, niech przyjrzą się zbliska, w jakich warunkach odbywa się „odrabianie lekcyj”; niech zachęcą starsze dzieci do pomagania młodszym, lub do uczenia tych, których do szkoły nie przyjęło. Niech wreszcie osobiście zaopiekują się temi kopciuszkami oświaty, którym nikt oczu nie otwiera: niech jedną godzinę w ciągu dnia, urwaną jałowej sieście w „Europie” lub „Ziemiańskiej”, poświęcą europeizowaniu sarmackich główek: niech razem z niemi odkrywają ziemię obiecaną obrazkowego elementarza, wzruszają się nad dobrym zbójcą z „Powrotu Taty”, śmieją z „Dziada i baby” i zgłębią proste nakazy dekalogu…

Po wsiach sprawa tego pozaszkolnego douczania jest o tyle utrudniona, że dzieci z wiosek, dalej położonych, zimą prawie wcale do szkoły nie uczęszczają z powodu mrozów i braku ciepłego przyodziewku. Jeśli dwór jest blisko, a we dworze pani lub panienka, łatwo zaradzić złemu: ale co począć w zapadłych siołach, gdzie zaledwie sam sołtys z trudem sylabizuje „powiestki” urzędowe? Ale i tu może przyjść z pomocą dobra wola i mądra inicjatywa. „Młode Ziemianki” mają tu wdzięczne pole do pracy.

Stefanja Podhorska-Okołów.

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close