• Bluszcz
  • / 29.10.1921
  • / Warszawa
  • / Rok 54, Nr 3

ZOFJA SOKOŁOWSKA

Miłość Norwida (cz.2)

Maria Kalergis (źródło: http://norwidiana.blogspot.com)

Maria Kalergis (źródło: http://norwidiana.blogspot.com)

Norwid mógł zaiste zawołać, jak Słowacki:

„I powiedz, czy ja duszę mam powszednią,
Ja, po przeszedłszy świat, kochałem jedną!”

W r. 1845 podążył za nią do Berlina i pomimo smutnej pory zimowej, spędził w tem nudnem i posępnem mieście najpiękniejsze chwile życia. Pisze o Maryi, że „ma taką siłę humoru, że wszędzie może jej być wesoło, a musi być przyjemnie.” On zaś pod jej czarem ożywił się, jak student na wakacjach, i dostał od niej przydomek le Gamin.

Krótko trwało jego szczęście: Marya przez wzgląd na córkę nie chciała rozwieść się z mężem, do czego namawiał ją Norwid. Po jej wyjeździe jedyną jego pociechą była korespondencja z panną Trembicką, powiernicą jego miłości i szczerą przyjaciółką. Listy jej przynosiły mu „blask innej duszy”, z nich dowiadywał się o swoim ideale, Marja bowiem musiała mało dbać o stęsknionego i rozkochanego poetę i nie odpisywała mu wcale. Czuł, że w jej życiu jest tylko jednym i to przelotnym epizodem i zaczął kosztować piołunowej czary cierpienia.

W jednym liście do panny Trembickiej pisze, że „na niebiosach swojej umysłowości ma gwiazdę, która wszystkie uczucia w jedno łączy ognisko; ta mu świecić będzie nawet na grobie, jak teraz świeci, gdy on dla obecności kona”. Ta gwiazda to sztuka, a jednym z jej promieni miłość do Marji, która „choćby spaliła się tęskliwie, choćby złamał ją wiatr północny, przemienności nie dozna i nie rozemgleje się jak kwiat jednodzienny.” Uczucia jego „nie są rzeczą przywidzenia i szału, Pan Bóg jeden może je zniszczyć.” Czasem przychodzi mu na myśl, że w ten sposób wyczerpie się, ale dodaje „na to jest życie, by je wyżyć, nie na to, by użyć”.

– O Boże! – woła – jakże pragnę tę głąb serca mego tym właściwie dać poznać, którzy, o ile sądzić mogę…

Nie kończy frazesu, ale łatwo się domyśleć, że chodzi mu o tę, która zdaje się to serce rozumieć i być mu wzajemną.

Następne listy odsłaniają całą głębię smutku. Okazuje się, że panna Trembicka miała rozmowę z panią Kalergis o Norwidzie, musiała jej przedstawić uczucia jego i nadzieje. „Ta rozmowa – pisze poeta – powróciła mi cień nadziei, a jest to wiele, bardzo wiele, bo wierzę temu, co Pani tylko zrobić mogłaś”.

Ten cień wkrótce musiał się rozwiać, gdyż poeta wspomina, że siedząc w Berlinie chory, zniechęcony, przechodzi tam „chwile okropnie gorzkie, niektóre łaską Boską oświecone, pocieszające, bez nadziei.” Narzeka przytem, że obiecanego portretu jeszcze nie ma. „Żalów nie chcę rozwodzić, pierwszy raz o tem wspominam, jestem rozsądny i cierpliwy”.

Nastał rok 1846. Pani Kalergis, bawiąca w Warszawie, u ojca szefa żandarmów, przez wzgląd na matkę Polkę ocaliła od śmierci Dąbrowskiego, przywódcę ruchu narodowego. Paskiewicz kazał jej za to wyjechać zagranicę. Norwid za obrazę ambasady rosyjskiej uwięziony w Berlinie, zdołał uciec i zamieszkał w Brukseli. Skutkiem tego, w korespondencji z p. Trembicką nastąpiła kilkomiesięczna przerwa, która doprowadzała do rozpaczy zakochanego poetę; przestał już wierzyć w szczeście i szukał ulgi w pracy.

W r. 1847 spotykają się w Rzymie. W liście do panny Trembickiej Norwid nadmienia, że „miał szczęście” widzieć Marję, ale nie chce pisać o niej. Ta wspaniała kobieta, przed którą z uwielbieniem pochylały się najdumniejsze czoła, musiała zranić głęboko serce jego i dumę, gdyż poeta oświadcza, że odtąd dla całej płci pięknej ma tylko „czułą pogardę”.

Nie można potępić za to pani Kalergis. Ważniejszemi zajęta sprawami, nie mogła i nie chciała zachęcać nieszczęśliwej miłości, która skutkiem drażliwego charakteru Norwida stała się nie dźwignią, lecz klęską dla jego talentu i życia. Upokorzony, rozczarowany, zalewie znoszony w tłumie dostojniejszych wielbicieli, odsunął się, nie mogąc jednak zwyciężyć beznadziejnego uczucia. Z tego powodu Rzym ze swojemi wspomnieniami i arcydziełami sztuki, nie oddziałał na twórczość człowieka, który na usługi swego natchnienia miał pióro, pędzel, dłuto i ołówek.

W Rzymie bawili wtedy wielcy poeci polscy: Mickiewicz, Krasiński, Zaleski, ale nawet obcowanie z temi wzniosłemi duchami nie przyniosło pociechy zbolałemu sercu. Wygórowana miłość własna sprawiła, że nie mógł zbliżyć się z Adamem, za to z Zygmuntem ściślejsze nawiązał stosunki i zaprzyjaźnił się z Bohdanem, jedynym, który nie szczędził zachęty i do pracy namawiał. Stopniowo pisanie staje się potrzebą dla Norwida, przerywa nawet korespondencję z p. Trembicką i tworzy poemat „Wanda”, który zaginął.

Nadchodzi rok 1848, przy nosząc cały szereg ważnych zdarzeń dziejowych: rewolucja lutowa w Paryżu, krwawe wypadki krakowskie, tworzenie legionu polskiego przez Mickiewicza wstrząsnęły sercami Polaków i rozbudziły w nich nadzieje. Mniej silnie odczuwa to Norwid, zajęty jedynie myślą o Marji, która zbiera tryumfy w Paryżu.

I pod tym względem zgubnie oddziałała na niego. W jej duszy był rozdźwięk: rozkochana w ideale Polski, ofiarna dla jej sprawy, wrażliwa na jej cierpienia, – powstanie r. 1863 przypłaciła długą melancholią, – przekładała jednak nad Polskę wszystko co obce i znaczniejszą część życia na międzynarodowych spędziła gościńcach. Wpływ jej ostudził, patrjotyzm Norwida, bezwiednie zrodził krytycyzm względem własnego społeczeństwa.

W listach do p. Trembickiej zawsze przebija ból i gorycz zawodu. O niczem nie może pisać, tylko o ubóstwianej kobiecie, chociaż zarzuca jej zalotność i obojętność. „Widziałem skrzydła z pawich piór szatańskich do najpiękniejszych wpięte ramion” – „Pani Marja ma dar szacowny najzupełniejszego zapominania, czy też odpominania”.

Potępia ją, skarży się, a jednak o kilka wierszy dalej wyrywa mu się okrzyk kochającego serca: „Bezczelnie tęsknię!”… Na jesieni odbył wycieczkę morską, ale wśród czarownych wysp greckich wciąż pamięta o swojem bóstwie. Wiersz z tej epoki „Marmur biały”, pisany był z myślą o „błękitnej pani, która miała ramiona i serce z marmuru i równy profil Minerwy”. Bohaterka późniejszego poematu „Quidam”, Zofja z Knidos, poetessa, przypomina także białą postać Marji Kalergis, jest pastelowem odbiciem ideału Norwida.

W czerwcu r. 1849, w czarownem mieście dożów, rozegrał się ostatni akt miłosnej tragedji poety. Razem wyjechali gondolą na przejażdżkę; co zaszło między niemi, niewiadomo, ale Norwid na pół oszalały, we fraku i w białym krawacie podążył na dworzec. Był zdruzgotany. Nie miał nawet komu się zwierzyć, gdyż jedyny przyjaciel, Włodzimierz Łubieński, już nie żył. Rana zadana sercu krwawiła się wciąż, dowodem wzmianka w liście do Zaleskiego o miłości kobiety „która nie była w stanie go pojąć”, oraz wiersz „Czemu mi smutno”.

Życie nie szczędziło mu piołunu. Poemat jego Promethidion przyjęty został przez krytykę zjadliwem szyderstwem; nie było wydawcy na utwory, a kłopoty materjalne tak mu dokuczały, że został robotnikiem w fabryce i rąbał drzewo w lesie Fontainebleau. Jest mu „mętno i smętno”, umysł i serce ma chore, opuszcza go energja, a nad jego głową melancholia czarne rozpościera skrzydła. Przyjaciele i życzliwi, jak Zaleski, Klaczko, Koźmian, piszą o nim z żalem, że marnuje zdolności, niepokoją się o niego, chcieliby go wydźwignąć, ale on jest krnąbrny i do zbytku drażliwy, dobrych rad nie słucha i odtrąca dłonie, wyciągające się do niego.

W Paryżu, gdzie pani Kalergis pierwszorzędną odgrywała rolę w świecie politycznym, często słyszał o niej, może spotykał ją czasem, ale zbliżyć się już nie śmiał. Czując, że ginie, pragnął się ratować i oświadczył się pannie Trembickiej w nadziei, że związek z tą dobrą siostrą i powiernicą przyniesie ukojenie zbolałemu sercu. Odmowna odpowiedź nie wywołała w nim żalu do p. Trembickiej, owszem, po dawnemu utrzymywał z nią listowne stosunki.

Paryż stał mu się nieznośny, postanowił więc opuścić Europę, łudząc się, że na drugiej półkuli łatwiej mu przyjdzie zapomnieć. Nie mając pieniędzy, za 200 franków sprzedał hr. Ksaweremu Branickiemu głowę Matki Bolesnej, którą zachwycał się Ary Scheffer i w jesieni r. 1852 wyjechał do Ameryki, żeby nie być tam, kędy pogrzebał miłość gorącego serca i najpiękniejsze aspiracje artystyczne.

Długa dwumiesięczna podróż wyczerpała szczupłe jego zasoby i na progu Nowego Lądu zajrzała mu w oczy – nędza. Musiał jąć się najprostszych robót, żeby nie umrzeć z głodu. Jednocześnie kiedy Norwid mył podłogi, pani Kalergis żyła jak bogini śród dymu kadzideł, roztaczając w stolicach europejskich nieprzeparty urok swojej osoby, piękności, rozumu i talentu. I nie śniło jej się nawet, że tam za oceanem, na drugiej półkuli, marnieje w tęsknocie śród niedostatku niepospolity umysł i szlachetne serce, które dla niej tylko biło.

Dwa lata przeszły mu w Ameryce w zupełnem osamotnieniu i ciągłej walce o kawałek chleba; zarabiał na życie rysunkiem, zapomniany przez rodaków i przyjaciół, z wyjątkiem zacnej p. Trembickiej, krzepiącej go niekiedy słowami otuchy. Rozpacz osiadła na dnie jego duszy mgłą melancholii, której nic już rozproszyć nie zdołało. Poczuł się więcej, niż chorym, więcej niż samotnym i wtedy wyrywa mu się z piersi pierwszy okrzyk tęsknoty do ojczyzny.

„Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów nieba,
Tęskno mi, Panie”!

Wrócił do Europy zupełnym rozbitkiem, chorym nędzarzem, w którym wyschło źródło natchnienia, a została tylko gorycz, ból i szyderstwo. Przez okrutną ironię losu, ten idealny poeta i artysta modeluje – szczęki dla dentystów!.. Nie przeklina jednak ubóstwianej kobiety i ostatnia wzmianka o niej w liście do p. Trembickiej kończy się słowami przebaczenia chrześcijańskiego: „Niech jej Pan nasz Jezus Chrystus da wszystko dobre”!

W r. 1857 zerwał nawet długoletnią przyjaźń z p. Trembicką, która wyszła za poetę Faleńskiego i odtąd żył, jak odludek, staczając się coraz niżej, na samo dno nędzy. Trawiony straszną, nieuleczalną chorobą, niezdolny do pracy, dostał się w r. 1877 do przytułku Ś. Kazimierza, założonego przez ks. Czartoryską i tam dokonał życia w r. 1883. Rodacy zebrali składkę na jego pogrzeb, żeby go nie wrzucono do wspólnego dołu.

Wspomnienie Marji nie opuściło go nigdy i pomimo długoletniego rozłączenia było według jego słów „silniejszem uczuciem, niż miłość, przyjaźń i obecność realna drugich”.

Pani Kalergis w r. 1858 zamieszkała u ojca w Warszawie, zajmowała się gorliwie założeniem konserwatorjum i na wsparcie dla chorego Moniuszki urządziła koncert, który przyniósł 6000 rubli. Na wieczorze wydanym na jej cześć sama improwizowała na fortepianie i akompaniowała Deotymie, improwizującej wiersze na śmierć Chopina.

W r. 1863 wyszła za Muchanowa, dyrektora komisji spraw wewnętrznych, a następnie prezesa teatrów. Ślub z powodu różnicy wyznania odbył się zagranicą. Na nowem swojem stanowisku pani Marja miała sposobność czynienia dobrze w szerokim zakresie: nikt daremnie nie odwoływał się do jej serca. Kiedy umarła aktorka Borawska, pozostawiając w nędzy kilkoro drobnych dzieci, pani Muchanow urządziła na dochód sierot koncert, który przyniósł 10,000 rubli na czysto. Opiekunka artystów, miłośniczka sztuki, gromadziła w swoich salonach najwytworniejsze towarzystwo, którego zawsze była duszą.

Umarła w r. 1874, mając zaledwie lat 51 i pochowana została na Powązkach w grobie ojca hr. Nesselrode przy katakumbach. (Słup n. 6). Życie nauczyłą ją, że wszystko jest marnością: świadczą o tem ostatnie jej rozporządzenia: kazała pochować się w czarnej skromnej sukni o 6-e rano, a trumnę jej, na którą nie pozwoliła składać kwiatów, wiózł na cmentarz jednokonny karawan bez żadnych ozdób.

Norwid przeżył ją o lat dziewięć.

Zofja Sokołowska.

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close