• Bluszcz
  • / 21.05.1910
  • / Warszawa
  • / Rok 46, Nr 21

TADEUSZ KONCZYŃSKI

Polska a Syon (I)

Są bolesne przejawy w życiu naszem narodowem, o których niechętnie się mówi i jeszcze bardziej niechętnie porusza publicznie. Nie porusza się ich nie dlatego, aby sam przedmiot nie był dość ważny, ale dlatego, że nasz sposób patrzenia na dane zjawisko przed szeregiem lat był już ustalony, nagle zaś w ostatnich czasach musiał ulec zmianie w skutek wystąpienia całego szeregu pobocznych zjawisk, które skompromitowały rzecz całą i wprowadziły dezorjentacyę w dotychczasowe nasze poglądy.

Do takich kwestyi należy kwestya żydowska.

Jeżeli chodzi o stosunek dawniejszy narodu polskiego do kwestyi żydowskiej, o nasze poglądy, które nawet dziś jeszcze plątają się wśród nas i gmatwają jasno wyobrażenie, które powinniśmy w nas wykształcić i w nowych, zmienionych warunkach, to możemy powiedzieć krótko i otwarcie: kwestya żydowska w dawniejszej Polsce niezależnej, jak również później, na ziemiach Królestwa Polskiego, rozwijała się samorzutnie, wśród warunków zupełnie przyjaznych dla niej. Pojęcie narodowości nie wyspecyalizowało się wówczas tak, jak to dziś widzimy. Można było być doskonałym Polakiem-Żydem, Polakiem-Rusinem, Polakiem-Litwinem. Pojęcie państwowości wchłaniało w siebie pojęcie narodowości. W sferze narodowościowej, to jest językowej i religijnej, nie stosowano u nas żadnego przymusu ani względem kolonistów-Niemców, ani względem Żydów, nie mogło też być mowy o kwestyi żydowskiej w tem znaczeniu, w jakiem ona dziś występuje.

Prześladowani w całej Zachodniej Europie, przepędzani z kraju do kraju, rabowani, wyzyskiwani, oplwani, weszli Żydzi-tułacze w ziemie polskie za króla Kazimierza Wielkiego, z całym swoim straszliwym spadkiem kilkowiekowego koczowania na ziemiach niemieckich, pozbawieni własnego języka, mówiący haniebnie zepsutą gwarą niemiecko-hebrajską, pozbawieni narodowego stroju, w chałatach i pejsach, które możnowładcy zagraniczni narzucili im jako stygmat ich niewoli i piętno wyróżnienia, weszli z żywiołowem łaknieniem uzyskania rzeczywistych praw do bytu i praw do kultywowania religji i obyczajów.

Jedno i drugie otrzymali z hojnej dłoni króla polskiego. Żaden z następców na stolicy polskiej nie cofnął przyznanych im praw i przywilejów. Nie wybuchnęła nigdy rasowa nienawiść Lechitów do obcych przybyszów, nie było na ziemiach polskich nigdy pogromów – przeciwnie z biegiem lat pozwolono im rozrodzić się swobodnie na ziemiach polskich, otwarto im dostęp do chaty chłopa, do domu mieszczanina, do dworu szlachcica, do zamku magnata i króla.

Przez cały szereg wieków tu, na tej ziemi, na której dziś się znajdują, był ich dach najbezpieczniejszy w Europie, jak ich majątki, ich zwyczaje i religie. Byliśmy gościnni bez zarzutu. W postronnych krajach, w Rosyi i Niemczech szalały nieraz krucyaty przeciw nacyi żydowskiej, nie przekroczyły jednak nigdy granic dawnej Rzeczypospolitej.

Proces asymilacyjny nie był przez nikogo narzucany u nas. Jeżeli język polski przyswajano sobie w inteligentnych domach żydowskich, to działo się to samo przez się, przez najprostszą elementarną siłę asymilacyjną otoczenia polskiego, które w drugiem pokoleniu wykształcało nieraz z dzieci Niemców, Francuzów, Włochów i Rosyan najzagorzalszych polskich patryotów. Nie mus, ale wolna wola, nie bicz, ale płomienie ideałów polskich ogarniały te nowe organizmy duchowe i rzucały je w nasze objęcia.

W takim kontakcie, z umową niemą w duszach, z umową dyktowaną ze strony polskiej przez współczucie dla żydowskiej niedoli i przez poczucie swej własnej męzkiej siły, która może dać osłonę nieszczęśliwemu, ze strony zaś żydowskiej przez wdzięczność i przywiązanie do ziemi, która ofiarowała wygnańcom spokojne bytowanie w swych granicach, weszliśmy w wiek dziewiętnasty, w wiek klęsk i rozdarcia na strzępy naszej państwowej samoistności i narodowej jednolitości.

Pieśni żydowskich poetów, śpiewających na murach Babilonu o pięknościach ziemi judzkiej, ich tęsknoty i modły stały się nam bliskie. Rozumieliśmy je głębiej i rzewniej, niż ktokolwiek inny z silnych w Europie. I mieliśmy też dowody wśród walk toczonych o wolność, że potomkowie krwi Machabeuszów umieją być również bohaterami, kiedy serca w nich gorącą miłością zabiją… W szeregach polskich od Berka Joselowicza począwszy, aż do powstańca Żyda w r. 1863, było wielu Żydów, dowodzących przez to, że ta niema umowa z wieków poprzedniej zażyłości nie była illuzyą, że wżarła się głęboko w dusze przybyszów i budziła w nich to samo bohaterskie poświęcenie, które ogarnęło tylokrotnie pożarem dusze polskie.

Nie był to ruch żywiołowy, ogarniający wszystkie masy żydowskie. Zbyt silnie jeszcze ghetto trzymało w swych kleszczach fanatyczne, zbite masy proletaryuszów żydowskich po miastach, aby owe zdobyć się mogły na gest bohaterski – ale te liczne jednostki żydowskie, powiedzmy, te liczne koła Żydów polskich, które pokochały nową ojczyznę na równi ze swą własną, złożyły dowody, że umieją być braćmi naszymi w doli i niedoli.

Że tak było, na to dowody czerpać możemy nietylko z zapisków historycznych, ale z tego źródła, które nigdy nie zawodzi i które jest zawsze najczystszem żródłem prawdy wcielonej – z poezyi romantycznej i poromantycznej polskiej.

Tak przetrwaliśmy do ostatnich dziesiątek lat w Królestwie Polskiem. Piękne, opromienione miłością ogólną postacie Bersonów i Wohlów w grób zstępujące, to ostatni mohikanowie tej serdecznej, ideanej wspólnoty serc, którą zadzierżgnęły wieki dawniejszego bezpiecznego bytowania, a które pogłębiło i uszlachetniło nieszczęście.

Dziś mąci się już wzrok, przepomina wiele, wiele widzi inaczej i zdarza się, że utraca kontakt z przeszłością, a przerażony brutalnie wdzierającą mu się pod powieki rzeczywistością, ucieka od niej i woli zamknąć zupełnie powieki…

Ale wszystko, co wyżej powiedzieliśmy nie było legendą – to piękna karta naszych dziejów, mówiąca o wdzięczności tułaczów, przyjętych gościnnie do ich drugiej ojczyzny.

Dla trzeźwych, materyalistycznie zapatrujących się na rzeczy umysłów, dalekich od dawnych chwil, niezrośniętych z nimi sercem, ani nie umiejących w nie wczuć się wyobraźnią, są to tylko sentymentalne wspomnienia do niczego nie obowiązujące – które prostem pociągnięciem pióra w dziennikarskim świstku przekreśla się raz na zawsze, aby odwrócić się plecami do nich – twarzą ku innym, możniejszym bogom, – bogom pięści i bagnetu…

W Galicyi daleko wcześniej, niż w Królestwie, popsuły się stosunki między nacyą żydowską a polską. W obliczu absolutyzmu austryackiego zamarły tradycye dawnej wspólnoty – Żydzi dostrzegli nowego pana, mającego bezgraniczną władzę. Wykształcony w nich przez wieki niedoli kult dla wielkiej siły, przed którą gną się z głęboką czcią, której chętnie schlebiają i w której ślady chętnie idą, zamykając na cztery spusty w biednych swych piersiach krzyk zrozpaczonej duszy i serca – powiódł ich łatwo i szybko w objęcia austryackiego germanizmu. Przesiąknięta polonizmami niemiecko-żydowska gwara, nanowo zasiliła się dopływem germańskiego słownictwa i w ciągu lat kilkudziesięciu utraciliśmy zdobycze całych wieków.

Wdzięczność jak łatwo wymiera…

Od czasu wprowadzenia konstytucyi austryackiej widzimy ponowny odpływ germańskiej fali i szybkie postępy polskości wśród Żydów galicyjskich.

W Królestwie Polskiem wzajemny przyjazny stosunek między Polakami a Żydami zmienił się od czasu napływu Żydów rosyjskich, tak zwanych Litwaków. Im bezwzględniej występowały wobec Litwaków władze rządowe i motłoch rosyjski, im cięższe sypały się na nich represye, im gęściej wyrzucano ich z dawniejszych miejscowości osiedlenia, tem liczniej garnęli się do ziem Królestwa Polskiego.

Obcy nam kulturą, zżyci z innymi zwyczajami, wtajemniczeni w psychikę innego narodu, znalazłszy się na terenie odrębnym, z którym nic ich w przeszłości nie łączyło, zwietrzyli natychmiast, że tu znajdują się w warunkach korzystniejszych dla siebie, że znajdują się na ziemi narodu podbitego i gnębionego, którego antypatye można wygrywać przeciw antypatyom władzy… i coś na tem skorzystać. Rząd rosyjski chce rusyfikować Polaków – bardzo dobrze – busines jasny. Trzeba tylko akcentować rusyfikacyjno-żydowskie aspiracye, aby pozyskać względy…

Tak też zaczęli działać Litwacy.

Pozatem wystąpiły na jaw rasowe wady, które zawsze w podobnych sytuacyach biorą górę i grają pierwsze skrzypce; arogancya, tupet i zuchwalstwo. Do niczego, jak sądzą, nie zobowiązani, bezkrytycznie patrzący w przyszłość, nieuświadomieni co do przeszłości kraju, w którym żyją i w którym ich współwyznawcy całe wieki przeżyli – ruszyli ławą zbitą, ufni w pewne… polityczne atuty, z wiarą, że je wygrają w tym polsko-rosyjskim geszefcie, jaki im los nastręczył.

I oto jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Kwestya żydowska gwałtownie wysunęła się na pierwszy plan naszego życia społecznego. Możę przez arogancyę i tupet aranżerów, może dzięki naszej bezwzględnej tolerancyi – dość, że w tej formie, jaką ją narzucili Litwacy, istnieje i musi być brana w rachubę.

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close