• Bluszcz
  • / 26.01.1929
  • / Warszawa
  • / Rok 62, Nr 4

Przystań desperatów

„W zeszłym miesiącu targnęły się na życie 102 osoby, w tej liczbie 13 z wynikiem śmiertelnym.”

Sucha dziennikarska notatka w rubryce wypadków. Sto dwu samobójców i samobójczyń; z tych, na szczęście, tylko trzynastu nie udało się odratować. A co się stało z pozostałymi? Dokąd poszło tych osiemdziesiąt dziewięć istnień, które na przełęcz śmierci doprowadziła rozpacz? Kto się niemi zajął, kto nieszczęsnym podał dłoń przyjazną, kto dopomógł im się dźwignąć z otchłani, w którą zepchnął je głód lub miłość zawiedziona? Ciała wrócono wprawdzie do życia, ale co się stało z ich osamotnionemi duszami?

Oto pytania, nad któremi każdy z nas powinien się zastanowić i rozstrzygnąć je w imię uczucia ludzkości i dobrze zrozumianego interesu społeczeństwa.

Najróżnorodniejsze bywają przyczyny samobójstw. Czasem chwilowe rozdrażnienie, kryzys nerwowy, sprzeczka rodzinna lub małżeńska, nietakt osoby ukochanej, nadużycie alkoholu lub narkotyków – powoduje chorobliwy gest histeryczny, z istotnym tragizmem życia nie mający nic wspólnego. Gwałtowny wstrząs, jeżeli tylko nie skończy się śmiercią, na przypadkowego desperata oddziaływa raczej trzeźwiąco. Wyładowując nadmiar nagromadzonej goryczy, odbiera raz na zawsze ochotę do niebezpiecznych eksperymentów z rewolwerem, trucizną lub postronkiem. Nauczka drogo kosztuje, ale opłaca się z nawiązką. Takich samobójców nikt nie bierze na serjo. Inna sprawa, że to są ludzie albo niepoczytalni, albo duchowo nieopanowani, i że w pierwszym przypadku należy ich leczyć, w drugim – wychować.

Nas obchodzą przedewszystkiem ludzie normalni, których do samobójstwa doprowadza nieszczęście. Przez jaką gehennę klęsk, upokorzeń, zwątpienia, bezsilnego szamotania się w próżni, potępieńczych skoków od nadziei do rozpaczy – przejść musi człowiek, aby nad instynktem samozachowawczym, nad wrodzoną wolą do życia zapanowała decyzja śmiertelnego rozrachunku! I choć w założeniu swojem samobójstwo jest ucieczką przed życiem, dezercją ze straconej placówki, a więc aktem tchórzostwa, – to jednak w wykonaniu jest prawie zawsze aktem odwagi, wywołanym przez wielką, choćby dla otoczenia niezrozumiałą, namiętność. Natury, zdolne do wielkich namiętności, są to natury bogate i nieobliczalne, przerzucające się łatwo z jednego bieguna krańcowości na drugi. Musimy to wziąć pod uwagę, aby nie lekceważyć niedoszłych samobójców, jako materjału społecznego, lub zbyt pochopnie go nie przeceniać.

A teraz przypatrzmy się, co się dzieje z tym materjałem. Weźmy pierwszy z brzegu klasyczny przykład:

„Weronika Z. – pracownica igły, lat 18, truła się esencją octową. Przewiezioną do szpitala Dzieciątka Jezus młodą desperatkę udało się uratować”.

Historja jasna, jak dzień. Młodziutką, niedoświadczoną dziewczynę ktoś rozkochał i porzucił. Czy uwiódł? Może tak, może nie. Prędzej – tak. Została sama ze swym bólem, wstydem, zawodem serdecznym. Nie mogła znieść ironicznych uśmieszków, złośliwych przytyków, tego okrucieństwa ludzkiego, które z taką skwapliwoscią pastwi się nad istotą bezbronną i sponiewieraną. Ale silniej, niż nagonka obcych, dopiekała tortura samoudręki. Poczucie niezasłużonej krzywdy i duchowego osamotnienia. Zaco? dlaczego? Niewątpliwie, nim doszła do kresu rozpaczy, szukała oparcia, pomocy, opieki, rady, dłoni przyjaznej. Kogoś, któryby łzy dziecka, mającego zostać macką, utulił. Szukała – nie znalazła. Wypiła truciznę. Alarm, pogotowie, szpital, skandal. Zwykła procedura. Epilog z wariantem: „uratowana”.

Uratowana! Ileż ironji jest w tem słowie! Od czego ją uratowano? Od śmierci? która nieszczęsnej zdawała się wyzwoleniem. A któż ją uleczy od życia, które stało się torturą? Pytanie bez odpowiedzi. Pani Dulska wymówiła mieszkanie lokatorce, która się truła…

Weźmy przykład drugi.

„Wczoraj wystrzałem z rewolweru usiłował się pozbawić życia Bronisław S., zredukowany urzędnik, lat 50. Wezwany lekarz pogotowia stwierdził ranę postrzałową płuc. Przyczyna zamachu samobójczego -brak środków do życia”.

I znów stajemy u wylotu czyjejś drogi krzyżowej. Tym razem desperat – to człowiek starszy, poważny, zrównoważony. Najpiękniejsze lata życia strawił przy biurku. Zatracił zdolność inicjatywy, samodzielnego myślenia, twórczej energji. Ale był wykonawcą dobrym, pracownikiem sumiennym. Przyszła redukcja. Kilka miesięcy zeszło na wydeptywaniu schodów, na wysiadywaniu stołków w poczekalniach, na pisaniu ofert, które pozostawały bez odpowiedzi. Pierwszeństwo miały siły młodsze, lepiej wykwalifikowane. Powoli wyprzedali z żoną drobne klejnociki, pamiątki rodzinne, lepszą garderobę. A posady nie było. Człowiek zdrowy, jeszcze niestary, zdolny do pracy, zaczął duchowo próchnieć. Ciążył i sobie i rodzinie. Czuł się niepotrzebnym. Jeszcze jedna, ostatnia nieudana próba i następuje tragiczne załamanie. Śmiercionośna kula omija serce. Rani, ale nie zabija. Znów jeden desperat „uratowany”. Do czego wróci? Do nędzy bezrobocia? Bo przecież takiemu, co się „strzelał”, któż da posadę?…

Niedawno w jednem z naszych pism codziennych ukazał się artykuł p. t. „List, pisany krwią”. List do redakcji pisał młodzieniec, którego jeszcze niemal w czasach szkolnych brak rodzicielskiej opieki i złe towarzystwo pchnęło na fałszywą drogę. Zaczął kraść. W więzieniu dopiero zdał sobie sprawę z ohydy swych postępków. Wypuszczony na wolność, chciał wrócić do życia uczciwego. Zapisał się na kursy handlowe, zaczął się starać o posadę. Ale wszystkie jego zabiegi trafiały na martwy punkt. Nikt nie chciał przyjąć osobnika, który odsiedział w więzieniu karę za kradzież.

Fatalna przeszłość zamknęła go w potrzask bez wyjścia. Znalazł się znów na krawędzi przepaści. I wówczas błysnęła mu myśl napisania listu do redakcji. Z tonu tego listu czuć, że to ostatnia próba. Nie chce pieniędzy: – „te przeklęte pieniądze doprowadziły mnie do upadku!” – błaga o pracę.

Nie wiem, czy ten list, „pisany krwią”, osiągnął właściwy rezultat; przypuszczam, że tak, i w takim razie jeden niedoszły samobójca naprawdę został uratowany, nietylko w znaczeniu fizycznem, ale i moralnem.

O tę doraźną pomoc, o ten ratunek istnień, zagrożonych śmiercią duchową lub cywilną, przedewszystkiem nam chodzi. Istnieje Pogotowie Ratunkowe od nagłych wypadków. Stwórzmy przystań dla niedoszłych lub „uratowanych” samobójców, poradnię dla wykolejeńców, którzy mają za mało siły woli, aby samodzielnie zawrócić na drogę prawą; dla katorżników życia, którym trzeba z bark ująć nieco ciężaru; dla niewinnych ofiar zawodów serdecznych, które napróżno wokół siebie szukają cienia nadziei. W porę podana dłoń siostrzana, słowo życzliwe, atmosfera ciepła i przyjazna, możność wywnętrzenia się przed powolnym słuchaczem ze swoich najskrytszych trosk i udręczeń – to już bardzo wiele. Dodajmy do tego zdrową inicjatywę, szybkość orjentacji i tę intuicję kobiecą, która umie znaleźć wyjście tam, gdzie go pozornie niema, a będziemy mieli w ogólnych zarysach tło psychologiczne, na którem pogodnie rozwiązywać się będą konflikty, ginące dotychczas w mroku statystyki samobójczej.

Padło powyżej słowo: „intuicja kobieca”. Samo przez się zrozumiałą jest rzeczą, że kierowniczkami „Przystani” musiałyby być kobiety. Nietylko dlatego, że mają najwięcej czasu, dobrej woli i że najchętniej słuchają zwierzeń. Ale także dlatego, że nikt tak, jak kobieta, nie umie chodzić za cudzemi sprawami, wykopać z pod ziemi posadę, wyciągnąć tonącego za uszy z topieli, tchnąć w manekina duszę, a w dobrowolnym skazańcu na śmierć obudzić wolę do życia.

Ten moralny, krzepiący wpływ powinien być głównem zadaniem „Przystani”. Charakter jałmużniczo-filantropijny musi być zgóry wyłączony. Dosyć mamy instytucyj, dających bony, wsparcia, zapomogi.

Trzymajmy się jaknajdalej od pieniędzy, jeżeli chcemy uniknąć procesji sprytnych symulantów, spekulujących na ludzkiem współczuciu i łatwowierności. Uniwersalnym niemal zabiegiem leczniczym „Przystani” powinna być praca. Praca nietylko zarobkowa, ale ideowa w tych wypadkach, gdzie jednostka o pełnej kieszeni choruje na pustkę życia. Praca i dyskrecja. „Przystań” musi być Sezamem, który zatrzaskuje się bezpowrotnie nad tajemnicą ludzkiej niedoli. Wiadomo, że natury skryte łatwiej zwierzą się ze swych bólów i tajonych pragnień przed człowiekiem zupełnie obcym, z którym mogą później nigdy nie spotkać się w życiu, niż przed kimś z rodziny lub najbliższego otoczenia. Ale muszą mieć do tego „obcego” człowieka bezgraniczne zaufanie, muszą wierzyć w to, że on ich nie „zdradzi”. I w jakimkolwiek stanie duszy przekraczaliby próg „Przystani”, wyjść z niej powinni z przekonaniem, że są dla życia potrzebni, że jest na świecie ktoś, który wierzy w ich siły, który się po nich czegoś spodziewa, który im współczuć i współdziałać z nimi potrafi.

Wzajemna wiara musi być fundamentem tej instytucji ratowniczej, którą powołać do życia może tylko dalekowidzący rozum społeczny, skoordynowana wola kilku mocnych, a ofiarnych jednostek, zdolnych wywrzeć sugestję moralną na „pacjentów”, a przedewszystkiem – wielkie ukochanie człowieka, przełamujące mur samotności, jakim desperat odgradza się od życia.

Sfefanja Podhorska-Okołów.

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close