Tydzień w Lubelskiem (cz. 1)

PODRÓŻ DO FRAMPOLA

Przed wyjazdem Wanda i ja piłyśmy herbatę. Była burza. Za oknem, w cieniach wieczoru pełno błyskawic i deszczu. Wacek dał mi notes i ołówek, a Marjan trzy srebrne złote.

Miałyśmy jechać z plecakami, gdyż Wanda utrzymuje, że tylko w ten sposób jest się niezależnym od rzeczy. – Słyszałam o człowieku, który ożenił się z „babą”, żeby się od niej odczepić, więc mogę się pogodzić z tem, że aby się uniezależnić od rzeczy, trzeba je dźwigać na sobie. Posiedziałyśmy nieco w tych plecakach, ale były o wiele za duże. Po chwili przepakowałyśmy rzeczy do walizek. – Następnie wyjechaliśmy na dworzec Wschodni dwoma dorożkami, gdyż nasi panowie nas odprowadzali – Wanda przewidywała wiele trudności z powodu braku plecaków, które, jak wiadomo, torują każdemu drogę – i z którymi można się było „byle gdzie przespać”. Lecz trudno – stało się – jedziemy z walizkami! Około mostu Kierbedzia deszcz przestał padać. -Na moście było ponuro, czerwonawe światełka ledwo go oświetlały – wszyscy się wlekli noga za nogą – z obu stron czuć było wielki obszar ciszy i wody.

Za mostem dorożki lazły przez mokre, przestronne ulice Pragi.

Na dworcu okazało się, że tym samym pociągiem jedzie parę wagonów z żydami, emigrującymi do Palestyny. Wrzask, tłok – i śpiew. W naszym przedziale było pusto. Pociąg odszedł o jedenastej. – Prawie cały czas spałyśmy pół leżąc, albo nawet zupełnie leżąc, o ile krótkodystansowi pasażerowie znikali na małych stacjach. Gdy pociąg stawał – najpierw było słychać stłumione śpiewy żydów, a potem śpiew słowika. Słowiki śpiewały przy każdej stacji tak mocno, że dawały się słyszeć jeszcze wtedy, kiedy pociąg ruszył. O świcie młodzi żydzi w skautowskich ubraniach wyskakiwali z palestyńskiego wagonu i mężnie czerpali wodę ze studni. W Topolczy okazało się, że jeden z emigrantów uciekł, czy zginął. O dziewiątej przyjechałyśmy do Zwierzyńca. Czekały na nas konie z Frampola. Nasz woźnica, nazwiskiem Świszcz, jest mieszkańcem Frampola i, jak wszyscy mieszkańcy tej osady jest rolnikiem, oraz tkaczem. Wszystko tu zna i wszystko nam pokazuje. Po tej stronie Zwierzyńca stoją naokoło domki zarządu ordynacji. Są pozbawione wszelkiego stylu, czyste, eleganckie, otoczone kwiatami i zielenią, chciałoby się powiedzieć upasione i tchnące dobrobytem. Olbrzymi staw, na nim kępa – na kępie kościołek, do którego prowadzi mostek – bardzo ładnie. Tu znów szkoła i stowarzyszenie spożywców, dwie rzeczy, które widzi się już po drodze tak często jak, dawniej karczmy.

Za obrębem „zarządu” droga robi się coraz gorsza – właściwie są to nieokreślone duchty i rozjazdy, taczające się po rzadkim lesie. Las jest wysoki i smutny. Sosny są szarobure, na ziemi rośnie krótki, szary porost czegoś, co ledwie jest zielenią – ziemia bardzo piasczysta – wóz pomalutku snuje się przez jej miękość. Podróż odbywa się tu w ten sposób, że idzie się piechotą koło swojego zmęczonego konia.

Pytałyśmy się pana Świszcza o nazwę, każdej mijanej wsi i o Frampol.

Mówił, że, owszem, miasto jest wesołe.

– Panie przyjadą, to same zobaczą.

– Panie zobaczą, mówił co chwilę.

– To czysta wieś, rzekł nakoniec – by nie rozbudzać zbytniej nadziei.

W „czystej” tej wsi jest szkoła „powszednia” – do której chodzi syn Świszcza.

Syn ten jest dobrym chłopcem i odrazu widać, że chlubą ojca. – Ma jednak dwie wady.
– Już za dużo siedzi nad książkami – a po drugie… putwal.

– Książki i putwal – tylko to ciągle.

Putwal? Bardzo dobrze, bo się przecież w to wali. Ostatecznie jeszcze lepiej byłoby po prostu „butwal”, ale po co wymagać zaraz doskonałości?

Postanowiłyśmy podtrzymać tę rozmowę.

– To chłopcy grają w ten football – zapytujemy, ażeby wiedzieć na pewno.

Świszcz obrócił ku nam spotniałą twarz i powiedział:

– Proszę pani! U mnie w podwórzu to niema takiej rzeczy, żeby on jej nie kopnął – Czy koszyk, czy wiadro, czy co, każdą rzecz weźmie i kopnie.

Nastąpiło nieokreślone milczenie, które mogło wyrażać zarówno aprobatę, jak zgrozę.

Co prawda coraz trudniej było rozmawiać. – Droga zaczęła się robić twarda, jak opoka, twarda i biała. – Piasek zlepiony jakąś wapnistą gliną. Z gruntu tego na deszczu robi się maź, w której koła wypracowują pilnie doły. W pogodę tak poorana ziemia zmienia się w grudę nieustępliwą, jak żelazo.

Po grudzie tej skaczemy to na dół to znów do góry, hałasując piekielnie. Zaczynają się wzgórza. Biedny koń bez hamulca ledwo nadąży uciekać przed wozem, który leci z górki na pazórki.

– Gdzież ten Frampol? – zapytujemy nieśmiało. Jest już coraz bliżej, ale nie można do niego dojechać. Już był tuż tuż – gdy okazało się, że nie – że to jeszcze, aby tylko „ta jedna” wieś.

W „tej jednej” wsi stała między drzewami piękna, drewniana cerkiewka.

Niedaleko Frampola jest rzeczka Łada – przez którą budują most. Przejeżdża się ją napół brodem, napół przez jakieś deski. — Dzięki temu wózek zanurzył się na chwileczkę w przecudną łąkę rosistą i nieprzytomnie kwitnącą wszystkiemi jaskrami oraz firletką.

Za łąką zaczęło się dojeżdżanie do Frampola. – Trwało to jeszcze ze trzy kwadranse. – O pierwszej wjechałyśmy w uliczkę, zakończoną widokiem jarmarku.

– To już Frampol – szepnął Świszcz i uśmiechnął się do nas prosząco.

(c. d. n.)

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close