Tydzień w Lubelskiem (cz. 2)

POPOŁUDNIE WE FRAMPOLU.

Wszystkie domki Frampola są niebieskie, oprócz tego, przed który zajechałyśmy. Ten jest bronzowy – rosną koło niego włoskie orzechy i piwonje w małym szczytowym ogródeczku. Oczekiwano nas przy furtce tego ogródeczka, i zaraz zaczęliśmy jeść obiad. Na obiad było kwaśne mleko i kura. Mieszkamy w dwóch izbach belkowanych – ja mam swoją izbę, Wanda swoją. W mojej izbie jest piec taki, jaki znamy z rosyjskiej literatury, taki, na którym można spać Teraz leżą na nim od brzega książki i stoją nasze przybory toaletowe – co się dzieje dalej, nie wiadomo.

Po obiedzie poszłyśmy się przespać „po podróży” – obudziły nas muchy i deszcz, który szeleścił spokojnie za otwartemi oknami. Zaczęłyśmy wyglądać.

Gont na dachach lśnił płową gładkością, jak tafta. Przed oknem widać było krzepki płot z poprzecznych desek, bardzo wysoki i również okryty daszkiem. Płot oddziela sąsiednią „posesję”. Tuż za nim stoją czereśnie i włoskie orzechy. Nieco dalej widać siwe dachy, przyciemnione od deszczu, o ładnych wygięciach i spadach. Wszystko w pienistej zieleni.

– To wygląda, jak zagroda ze Starej Baśni – mówię.

Brat Wandy poinformował nas, że Frampol istnieje dopiero dwieście lat.

To nic nie szkodzi. Dwieście lat temu wsie budowały się jeszcze tak prawie, jak za Piastów.

Około piątej deszcz przestał padać. Wyszliśmy, żeby zobaczyć, jak jest wszędzie.

Ulica, na której mieszkamy, nazywa się Butlerowska od Franciszka Butlera, założyciela tej osady.

Wszystkie ulice są do siebie podobne: są piasczyste, niewybrukowane i wygrodzone płotami.

Za płotem domki, barwione lakmusem – od blado sinych do szafirowych, stoją do ulicy to szczytem, to znów frontem. Ogródki wszystkie bez wyjątku zarośnięte piwonją i cesarską koroną. Oprócz tego przed każdym domem czereśnie i orzechy. Orzechy są bogactwem Frampola.

– Jak kto ma ze trzy drzewa – a jeszcze, żeby urodziły – to się niema o co trapić – mówią tutejsi ludzie.

Orzechy i płótno. Kiedy deszcz przestał kołatać, słychać dalej, jak pukają tkackie czółenka.

W domach pukają czółenka, a na ulicy skrzypią żórawie.

Każda ulica ma swoją studnię z niebotycznym żórawiem, który ziewa i stęka. Nasza studnia ma dziesięć metrów głębokości i konew pięknego kształtu, obitą żelazem. Wanda nabrała nią wody – ja nie mogłam objąć drąga ale jak jeszcze raz tam kiedy pojadę, to nabiorę – choćby to miało nieprędko nastąpić. Spodziewam się, że studnia ta jeszcze będzie – gdyż cywilizacja prędzej, sądzę, dojdzie do Sachary, niż do Frampola.

Studnie są tu – jak w czasach Pisma Świętego, miejscem spotkania ludzi, wymiany zdań, wypowiedzenia się opinji, tudzież zawierania znajomości – są jednem słowem rodzajem klubów społeczno towarzyskich. Gdy ludzie składają przy nich nosidła i stawiają naczynia, gdy konie parskają u koryta – głosy te wzmacnia rezonans głębi, nadając mu brzmienie, pełne obrzędowego dostojeństwa. Przy studni też poinformowano się, kto my jesteśmy, poco przyjechałyśmy, jak długo tu będziemy.

Podczas kiedy Wanda nabierała wodę, co trwało około dziesięciu minut – ja siedziałam na ławeczce pod orzechem i patrzyłam.

Na mnie zaś patrzył (przypatrywanie się odgrywa wielką rolę w życiu Frampola) mały chłopiec, cokolwiek usmarkany.

Dałam mu cukierek.

– „Co się mówi? spytałam.

– Dowidzenia – odparł grubym głosem.

– Teraz poszliśmy zobaczyć cmentarz.

Szliśmy ulicą, gdzie po jednej stronie stoją domy w ogrodach, a po drugiej stodoły. Stodoły są kryte strzechą, a strzecha jest kryta mchem.

Nad wotami wszędzie ciekawe staroświeckie daszki, ładnie wybiegające naprzód i wsparte na kroksztynach prostowatej roboty. Takich „stodolnych” ulic jest tu dużo. – Stąd wychodzimy na pola mocno faliste. Na prawo cmentarz żydowski wygląda bardzo pięknie, jako żałobny fragment krajobrazu. Wysokie, zupełnie czarne sosny o wyjątkowo malowniczych koronach, objęte ciasno murem z kamienia. Żadnej innej zieleni.

Cmentarz katolicki jest na prawo. W drzewach, siejących kroplami deszczu, gwiżdżą wilgi. Groby zagajone soczystą zielenią, pełną dzikiego kwiatu. Pomniki z tutejszego kamienia, takiego jakiegoś wapnistego piaskowca.

Frampolski rzeźbiarz ma o wiele więcej gustu, niż kamieniarze, którzy się rozsiedli koło Powązek w Warszawie. Pomniki są proste w guście najstarszych kamiennych krzyżów powązkowskich.

Napisy na pomnikach odznaczają się bardzo zato swoistą ortografją.

Na jednym z nich znajduje się następujące epitafium:

Katarzyna Miazgowa z Oszustowi
czów zmarł
a dnia 3 cze
rwca.

Życzliwy mąsz te pamiątkę
postawił wras z dziećmi.

Przed odejściem odczytujemu napis na grobie pewnego księdza:

Ciało grób twe gdy kryje
a duch hen tam dalej mknie
Przechodzień dziś co żyje
nie pyta szczątków, ah nie
Gdzie wy – Gdzie?
o tej porze
sługo Boży
Wiktorze!

Deszcz zaczął znowu padać – ale pomimo to koło cmentarza tętniła piłka nożna. Jest to prawie jedyna postać „współczesności”, która tu żwawo dociera.

(c. d. n.)

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Close