• Bluszcz
  • / 09.02.1929
  • / Warszawa
  • / Rok 62, Nr 6

Nasza Mównica

Tytułomanja*

(Listy od czytelników)

Powracam raz jeszcze na łamach „Naszej Mównicy” do kwestji, poruszanej już w „Polsce Zbrojnej” i – nawet niedawno – w „Bluszczu” – do kwestji „tytułomanji”.

Jako żona oficera, obracam się przeważnie w sferach wojskowych. I tu, tu właśnie, w tej atmosferze hierarchji, choroba tytułomanji występuje w formie najbardziej ostrej, i epidemicznej, i zaraźliwej, a często – bolesnej.

Cała Polska wie już, co to jest „Rodzina Wojskowa”. Wie, czego już dokonała, co zamierza i do czego dąży. Sama zaś nazwa wskazuje, że celem Tego, kto ją zakładał, jest, by członkinie – poszczególnych Kół w każdym razie – zżyły się, zlały w swej wspólnej, prześlicznej pracy naprawdę w „rodzinę”.

Pamiętam, z jakim radosnym zapałem zapisywałam się do „Rodziny Wojskowej”!

I oto jestem na X-tem zebraniu. Mamy omawiać różne sprawy – ważne, mniej ważne i prawie błahe, ale konieczne. Jak piłki tennisowe, przelatują i krzyżują się nad głowami tytuły: „Pani generałowa! Pani porucznikowa! Pani kapitanowa! Pani pułkownikowa! Pani majorowa!” – Wszystkie sprawy – od najważniejszych do tych błahych, – oplątane są gęsto, jak siecią, tytułami, gubią się w tej niepotrzebnej błyskotliwości, rozdrabniają się i – maleją. Tak, maleją – powtarzam to słowo wcale nie jako zwrot retoryczny. Bo ze ślepego, śmiesznego uwielbienia dla tytułów, konsekwentnie wynikają fakty, że to, czem np. „Pani pułkownikowa jest tak łaskawą i ofiarowuje się zająć”, a co wywołuje zazwyczaj entuzjastyczne pochwały – nigdy nie jest tem, co „pani porucznikowa będzie tak dobrą i zrobi”; jak również i to, że chociażby „pani majorowa” doradzała coś, co praktycznie „na rozum” jest lepsze, niż to, czego „sobie życzy pani pułkownikowa” – to wniosek tej pierwszej napewno upadnie.

Jako przykład, jak bardzo te stosunki ciążą (może czasem nawet nieświadomie) niektórym, pozwolę sobie przytoczyć parę zdań z listu mojej znajomej, która była delegatką na walnym zjeździe „Rodziny Wojskowej” w maju.

„Nie masz pojęcia, jak dobrze się czułam w gronie tych wszystkich niewiast, które mimowoli ogarnęłam w myśli – jak uściskiem – słowem „siostry”! Jak miło było słuchać referatów, brać udział w dysputach, zachwycać się inteligencją, energją i inicjatywą tych różnych nieznanych mi, a tak bliskich kobiet – i nie wiedzieć nawet, która jest żoną generała, a która – porucznika!

Widzisz – nazwę „Rodzina Wojskowa” wtedy nietylko rozumiałam, ale czułam – choć sama byłam obca, zagubiona i nikomu nieznana…”

A oto, jak się ta sprawa przedstawia w życiu towarzyskiem. Gdzieś spotykają się dwie nieznajome sobie panie – przedstawiają je sobie. Pani X jest żoną pułkownika, pani Y – kapitana. Rozpoczynają rozmowę. Pani Y nie omyli się, tytułując panią X, bo od męża słyszała niejednokrotnie nazwisko i rangę jej męża. Pani X zaś nie słyszała o mężu pani Y. I zwraca się do pani Y z zapytaniem, brzmiącem chociażby tak: „Jakże się pani bawiła na ostatniej herbatce, pani… pani… przepraszam, zdaje się – majorowo?” Pani „kapitanowa”, nieco zażenowana, tłumaczy, że „jeszcze nie”. Na twarzy pani X wykwita uprzejmy uśmiech, a usta wypowiadają łaskawie zdanie, które stało się już takim szablonem, jak np. „wszystkiego najlepszego – zdrowia, szczęścia, pomyślności” – przy wszelakich życzeniach i podobnie jak one, w miarę ochoty i fantazji przyozdabiane „warjacjami” na tenże temat: „Nie szkodzi, nie szkodzi – wszak prędzej czy później będzie się pani kapitanowej ten tytuł należał!”

Jeśli zaś pani X, myląc się, zdegraduje panią Y -to uprzejmy uśmiech i słowa: „nie szkodzi…” przyozdobią panią Y – zaś pani X będzie przygnębiona tą omyłką, usprawiedliwi się: „tysiąckrotnie” i „najmocniej” przepraszać będzie.

A sedno obrazy tkwi właśnie w samem przepraszaniu, bo dlaczego p. Y „porucznikowa” ma być czemś tak bardzo gorszem od pani Y „kapitanowej”?

A taki fakt, który się chyba bardzo wiele razy powtarzał: dwie koleżanki szkolne, dawniej przyjaciółki – spotykają się naraz w jednym garnizonie jedna, jako żona wyższego, druga – niższego oficera. Pierwszy serdeczny odruch rzuci je sobie w objęcia.

Jeśli są obydwie dobre i mądre, to stosunki ich pozostaną takiemi, jak były przed laty. Niestety! -w tych paru wypadkach, o których słyszałam, różnica rang ich mężów, często śmiesznie mała, rozdzieliła je, jak przepaść, na której dnie z czasem zagnieździła się niechęć – a ponad którą one przerzucały sobie grzecznie, a wyniośle, piłeczki tytułów – nieswoich.

Najgorętszem mojem pragnieniem jest, ażeby te słowa moje nie przebrzmiały bez echa.

Są pisane tak z głębi serca, że chciałabym, ażeby do serc trafiły. Może która z pań zechce mi odpowiedzieć? Proszę o to bardzo i niecierpliwie przeglądać będę „Naszą Mównicę”.

Marzę o tem, ażeby mój „głos z puszczy poleskiej” dotarł gdzieś wysoko – aż do jednej z tych mądrych i energicznych niewiast z Zarządu Głównego – ażeby pomówiły o tem, odczuły i zrozumiały, że ta napozór błahostka jest czemś, co niesłychanie szpeci, upokarza i ośmiesza nasze życie. I ażeby wydały odezwę lub wezwanie – coś, co ukazałoby całą niewłaściwość i szpetotę naszej tytułomanji – i co dopomogłoby kobietom „dobrej woli” do walki z nią.

A wtedy – będzie się musiało zmienić!

Poleszanka

—————-
* – tytuł: RetroPRESS.pl

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close