Nasza Mównica

Tytułomanja*

(Listy od czytelników)

Powracam raz jeszcze na łamach „Naszej Mównicy” do kwestji, poruszanej już w „Polsce Zbrojnej” i – nawet niedawno – w „Bluszczu” – do kwestji „tytułomanji”.

Jako żona oficera, obracam się przeważnie w sferach wojskowych. I tu, tu właśnie, w tej atmosferze hierarchji, choroba tytułomanji występuje w formie najbardziej ostrej, i epidemicznej, i zaraźliwej, a często – bolesnej.

Cała Polska wie już, co to jest „Rodzina Wojskowa”. Wie, czego już dokonała, co zamierza i do czego dąży. Sama zaś nazwa wskazuje, że celem Tego, kto ją zakładał, jest, by członkinie – poszczególnych Kół w każdym razie – zżyły się, zlały w swej wspólnej, prześlicznej pracy naprawdę w „rodzinę”.

Pamiętam, z jakim radosnym zapałem zapisywałam się do „Rodziny Wojskowej”!

I oto jestem na X-tem zebraniu. Mamy omawiać różne sprawy – ważne, mniej ważne i prawie błahe, ale konieczne. Jak piłki tennisowe, przelatują i krzyżują się nad głowami tytuły: „Pani generałowa! Pani porucznikowa! Pani kapitanowa! Pani pułkownikowa! Pani majorowa!” – Wszystkie sprawy – od najważniejszych do tych błahych, – oplątane są gęsto, jak siecią, tytułami, gubią się w tej niepotrzebnej błyskotliwości, rozdrabniają się i – maleją. Tak, maleją – powtarzam to słowo wcale nie jako zwrot retoryczny. Bo ze ślepego, śmiesznego uwielbienia dla tytułów, konsekwentnie wynikają fakty, że to, czem np. „Pani pułkownikowa jest tak łaskawą i ofiarowuje się zająć”, a co wywołuje zazwyczaj entuzjastyczne pochwały – nigdy nie jest tem, co „pani porucznikowa będzie tak dobrą i zrobi”; jak również i to, że chociażby „pani majorowa” doradzała coś, co praktycznie „na rozum” jest lepsze, niż to, czego „sobie życzy pani pułkownikowa” – to wniosek tej pierwszej napewno upadnie.

Jako przykład, jak bardzo te stosunki ciążą (może czasem nawet nieświadomie) niektórym, pozwolę sobie przytoczyć parę zdań z listu mojej znajomej, która była delegatką na walnym zjeździe „Rodziny Wojskowej” w maju.

„Nie masz pojęcia, jak dobrze się czułam w gronie tych wszystkich niewiast, które mimowoli ogarnęłam w myśli – jak uściskiem – słowem „siostry”! Jak miło było słuchać referatów, brać udział w dysputach, zachwycać się inteligencją, energją i inicjatywą tych różnych nieznanych mi, a tak bliskich kobiet – i nie wiedzieć nawet, która jest żoną generała, a która – porucznika!

Widzisz – nazwę „Rodzina Wojskowa” wtedy nietylko rozumiałam, ale czułam – choć sama byłam obca, zagubiona i nikomu nieznana…”

A oto, jak się ta sprawa przedstawia w życiu towarzyskiem. Gdzieś spotykają się dwie nieznajome sobie panie – przedstawiają je sobie. Pani X jest żoną pułkownika, pani Y – kapitana. Rozpoczynają rozmowę. Pani Y nie omyli się, tytułując panią X, bo od męża słyszała niejednokrotnie nazwisko i rangę jej męża. Pani X zaś nie słyszała o mężu pani Y. I zwraca się do pani Y z zapytaniem, brzmiącem chociażby tak: „Jakże się pani bawiła na ostatniej herbatce, pani… pani… przepraszam, zdaje się – majorowo?” Pani „kapitanowa”, nieco zażenowana, tłumaczy, że „jeszcze nie”. Na twarzy pani X wykwita uprzejmy uśmiech, a usta wypowiadają łaskawie zdanie, które stało się już takim szablonem, jak np. „wszystkiego najlepszego – zdrowia, szczęścia, pomyślności” – przy wszelakich życzeniach i podobnie jak one, w miarę ochoty i fantazji przyozdabiane „warjacjami” na tenże temat: „Nie szkodzi, nie szkodzi – wszak prędzej czy później będzie się pani kapitanowej ten tytuł należał!”

Jeśli zaś pani X, myląc się, zdegraduje panią Y -to uprzejmy uśmiech i słowa: „nie szkodzi…” przyozdobią panią Y – zaś pani X będzie przygnębiona tą omyłką, usprawiedliwi się: „tysiąckrotnie” i „najmocniej” przepraszać będzie.

A sedno obrazy tkwi właśnie w samem przepraszaniu, bo dlaczego p. Y „porucznikowa” ma być czemś tak bardzo gorszem od pani Y „kapitanowej”?

A taki fakt, który się chyba bardzo wiele razy powtarzał: dwie koleżanki szkolne, dawniej przyjaciółki – spotykają się naraz w jednym garnizonie jedna, jako żona wyższego, druga – niższego oficera. Pierwszy serdeczny odruch rzuci je sobie w objęcia.

Jeśli są obydwie dobre i mądre, to stosunki ich pozostaną takiemi, jak były przed laty. Niestety! -w tych paru wypadkach, o których słyszałam, różnica rang ich mężów, często śmiesznie mała, rozdzieliła je, jak przepaść, na której dnie z czasem zagnieździła się niechęć – a ponad którą one przerzucały sobie grzecznie, a wyniośle, piłeczki tytułów – nieswoich.

Najgorętszem mojem pragnieniem jest, ażeby te słowa moje nie przebrzmiały bez echa.

Są pisane tak z głębi serca, że chciałabym, ażeby do serc trafiły. Może która z pań zechce mi odpowiedzieć? Proszę o to bardzo i niecierpliwie przeglądać będę „Naszą Mównicę”.

Marzę o tem, ażeby mój „głos z puszczy poleskiej” dotarł gdzieś wysoko – aż do jednej z tych mądrych i energicznych niewiast z Zarządu Głównego – ażeby pomówiły o tem, odczuły i zrozumiały, że ta napozór błahostka jest czemś, co niesłychanie szpeci, upokarza i ośmiesza nasze życie. I ażeby wydały odezwę lub wezwanie – coś, co ukazałoby całą niewłaściwość i szpetotę naszej tytułomanji – i co dopomogłoby kobietom „dobrej woli” do walki z nią.

A wtedy – będzie się musiało zmienić!

Poleszanka

—————-
* – tytuł: RetroPRESS.pl

Wydawany w Warszawie ilustrowany tygodnik reprezentujący program emancypacji kobiet. Ukazywał się w latach 1865 – 1918 oraz 1921 – 1939. Pierwszą (przez ponad 30 lat) redaktor naczelną była Maria Ilnicka. Z tygodnikiem współpracowali m.in. Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka, Maria Dąbrowska, Adam Asnyk, Konstanty Ildefons Gałczyński.

Close