Mieczysław Pruszyński

Boje Władysława Studnickiego

Z cyklu wywiadów „Buntu Młodych”

Maleńka jego postać, ale
wielką swadą równa się on z Nestorem i Laertiadą
szczęśliwy kto go czyta, szczęśliwy kto słucha
taka w tym człowieczku jest potęga ducha.

Te słowa Kochanowskiego Jana o jezuicie Sokołowskim cisną mi się pod pióro gdy myślę o rozmowie ze Studnickim. Gdyby wydawano biuletyny o stanie walki na frontach Studnickiego, ostatni brzmiałby pewnie jak następuje:

„Moje centrum się chwieje, moje lewe skrzydło w rozsypce, rezerwy wyczerpane – idę naprzód”. Nic chyba lepiej nie scharakteryzuje osobistości moralnej Studnickiego jak to, że on – starzec siedemdziesięcioletni – znajdujący się w ciężkich warunkach finansowych, tych marnych parę tysięcy złotych, które uzyska ze swej książki, obróci nie na spokojne życie, na wyjazdy do Zakopanego, ale na założenie nowego czasopisma, głoszącego wiekuisty program mocarstwowo-niepodległościowy. Niezależnie od programów, poglądów i przekonań, nie znajdzie się chyba w młodem pokoleniu żaden Polak któryby tu nie zasalutował. Ale oddajmy głos Studnickiemu.

Grabscy, Witos, Korfanty, Bartel, Jędrzejewicz, Sławek

– Którego z polityków powojennych uważa Pan Profesor za wybitnego męża stanu? – rzucamy w pewnej chwili pytanie, gdy rozmowa zeszła na zagadnienia aktualnej polityki.

– O, niezmiernie mało ich było – odpowiada, uśmiechając się Władysław Studnicki. Dla naszych czasów można sformułować powiedzenie: „Błogosławieni ubodzy duchem, albowiem… oni zostaną ministrami polskimi”. U nas ministrami zostają ludzie tak przeciętni, że przeważnie nazajutrz po ich ustąpieniu nikt ich nie pamięta. Nie mówiąc naturalnie o Józefie Piłsudskim – powiem, że Sosnkowski położył wielkie zasługi w dziele organizacji armji. Wybitną indywidualnością był niezawodnie Władysław Grabski, chociaż jego reforma zawierała pewne wadliwości. Wybitną osobistością jest niewątpliwie Stanisław Grabski, typ patologiczny, ale o genjalnych przebłyskach. Prawdziwym mężem stanu był Witos.

– Jakie jest zdanie Pańskie o Witosie? – pozwalamy sobie wtrącić.

– Witos stanowi chyba maksimum tego, do czego może dojść polski chłop. On upaństwowił chłopów. Jeśli ich w r. 1920 nie zmobilizował to w każdym razie zapewnił życzliwą neutralność chłopów. Jeśli zarzuca się Witosowi, że – jak to się mówi popularnie – robił pieniądze, to powiem, że to właśnie było jego siłą. Jeśliby był biedakiem i żebrał tylko składki, to niezawodnie nie miałby nigdy takiego miru wśród chłopstwa. I jak nikt umiał on grać na psychologji chłopa. Byłem w r. 1925 gościem na kongresie ludowym. Przemawiał typ Główniaka. W pewnej chwili demagogiczne przemówienie zakończył:

„Chłop rzuci się, jak dzikie zwierzę”.

Dostał rzęsiste brawa. Witos na to się zerwał. Uderzył pięścią w stół i zawołał: „A któż to tak poniża chłopa, że mówi, iż będzie jak dziki zwierz?” I sala zrobiła mu owację.

Bezwątpienia do zdolnych należał i Korfanty – mówił dalej Studnicki. Ten też dużo dla Polski zrobił.

– A czyja polityka jest dla Polski lepsza: Korfantego czy Grażyńskiego?

– Między tymi dwoma politykami widzę osobiście taką różnicę: – Obaj pracowali nad przyłączeniem Śląska do Polski. Korfanty potrafił z akcji bojowej przejść do pracy pokojowej, do współżycia z Niemcami, do ich państwowej asymilacji. Grażyński natomiast do dziś dnia czuje się powstańcem śląskim.

– A jakie jest Pańskie zdanie o premjerach pomajowych? – pytam skolei.

– Najwybitniejszym był bez dwu zdań Bartel – dostajemy odpowiedź. Bartel był bezwarunkowo wybitną indywidualnością, mógł być doskonałym ministrem komunikacji, dobrym min. W. R. i O. P., lecz nie miał żadnej koncepcji co do reformy konstytucji, którą w 1926 było łatwo przeprowadzić i nie wykorzystał pomyślnej konjunktury dla przeprowadzania reformy podatkowej. Jędrzejewicz natomiast wykazał maksimum aktywności.

– A pułk. Sławek?

– Był najszlachetniejszym, ale miał kobiecą naturę. Był cieniem Piłsudskiego. Chciał być wyłącznie organem woli Piłsudskiego. Wogóle indywidualność premjerów pomajowych zanikała wobec ogromnego autorytetu Marszałka. Miedziński pisał ostatnio, że tylko pułkownicy są predystynowani do rządzenia. Tymczasem nie może być podporą, kto nie daje oporu. Talleyrand to stwierdził dawno („On ne peut s’appuier que sur ce qui resiste” – przyp. autora). Przedtem rządziła u nas grupa sejmowa, a potem piłsudczykowska. Ani razu nie stali u steru państwa ludzie, którzy dorastaliby do swoich zadań.

– Może takich niema?

– Możliwe. Ale mam raczej wrażenie, że działa tu antytalent organizacyjny do wynalezienia odpowiedniego człowieka i dania mu władzy. U nas dwie rzeczy są niewybaczalne: talent i wiedza. Defraudacje prędzej! Zawsze mieliśmy dobór miernot. Stanisław Tarnowski pisał jeszcze o Klaczce, że powiadają, że Klaczko nie zajął wybitnego stanowiska w Galicji, dlatego, że Galicja nie poszukuje ludzi wybitnych i pragnął to obalić, analizując, dlaczego Klaczko nie został sekretarzem Akademji Umiejętności, lub profesorem Uniwersytetu, lub redaktorem wielkiego dziennika. Lecz analiza jego sprawiła na mnie wrażenie, że wybitna indywidualność Klaczki była tu przeszkodą. Moje obserwacje mi mówią, że każdy profesor wybiera zazwyczaj nie najzdolniejszego ze swych uczniów na docenta – by nie mieć niebezpiecznego współzawodnika. Reżyser wybiera najmniej zdolnych artystów – nic też dziwnego, że teatr schodzi potem na manowce. Pismo upada, bo redaktor stara się zawsze wygryźć najzdolniejszego publicystę. Dlatego najlepszymi redaktorami są ci, którzy przestali pisać. Partje przedmajowe wolały bogatych członków, obawiały się zdolnych – bano się konkurencji do tek i do mandatów, podobnie przy tworzeniu rządu każda partja starała się, by z jej przeciwników otrzymał tekę najsłabszy. W ten sposób dochodziło do władzy miernot…

Lata pracy z Józefem Piłsudskim

– Czy moglibyśmy prosić Pana Profesora o podzielenie się z czytelnikami „Buntu” wspomnieniami o Józefie Piłsudskim. Przez dwa dziesiątki lat należał Pan przecież do garstki najbliższych współpracowników Marszałka.

– Piłsudski miał wyjątkowy talent zjednywania sobie ludzi. Pamiętam taki wypadek. Endecy wydelegowali swego człowieka, Skulskiego na ministra spraw wewnętrznych dla przeciwstawienia się Piłsudskiemu. Tymczasem Skulski, który przedtem Marszałka nigdy nie znał – stał się tak zapalonym Piłsudczykiem, że wyjeżdżał z Rady Ministrów, by zasięgnąć zdania Piłsudskiego, w najważniejszych kwestjach. To samo było z Zamoyskim. Gdy Zamoyski nie znał osobiście Piłsudskiego intrygował przeciw niemu. Po zetknięciu się z Marszałkiem w Paryżu, przejawiał względem niego najzupełniejszą lojalność. Ta niezrozumiała sztuka zjednywania sobie ludzi była niejako szóstym zmysłem Piłsudskiego.

Poznałem Piłsudskiego w r. 1898, w Zurychu, w czasie wyborów do Centralizacji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich. Pojechaliśmy tam razem z Wasilewskim. Kandydował na redaktora „Przedświtu” Wasilewski. Piłsudski nie chciał Wasilewskiego, chciał mnie wybrać na członka Centralizacji na miejsce Dębskiego. Ja nie zgodziłem się na to przez lojalność dla Wasilewskiego, z którym przyjechałem na zjazd. To zepsuło nieco stosunki między mną, a Piłsudskim. Ale węzły mieliśmy zawsze mocne: to samo pochodzenia kresowe, wspólność tradycji, przeżyć, nawet pobytu na Syberji. Łączyła nas nienawiść do Rosji, którą obaj przez całe życie odczuwaliśmy żywiołowo. Gdy napisałem w „Przedświcie” heretycki, na owe czasy, artykuł, że solidarność międzynarodowa proletarjatu jest blagą i wystąpiłem przeciw socjalistom galicyjskim, jako zwolennikom centralizmu, Piłsudski mi powiedział: „Towarzyszu, jeśli takie rzeczy będziecie drukować, ja „Przedświtu” do kraju nie dopuszczę. Od a do z macie rację, ale teraz tego mówić nie można, bo powstaje ferment w partji i może dojść do secesji.” Po moich odczytach w Stanisławowie 1905 r., gdy mówiłem o konieczności bojowego pogotowia na wypadek wojny -przyszło do mnie dwu mieszczan i jeden kolejowiec i oświadczyli, że postanowili stworzyć organizację „Nieprzejednanych”. Dymisjonowany oficer miał ich ćwiczyć. Gdy powiedziałem o tem Piłsudskiemu po powrocie do Krakowa, ten zainteresował się tem i wyraził nadzieję, że jego grupa w przyszłości pójdzie na ubojowienie Polski przez wyćwiczenie militarne organizacyj.

Najbliżej może nasza współpraca ułożyła się przed samą wojną, w okresie tworzenia organizacyj militarnych.

W r. 1912 Piłsudski poprosił mnie, bym pojechał do Kijowa i przeprowadził tam w czasie dorocznych kontraktów propagandę bojowego pogotowia i zbierania nań pieniędzy.

W parę miesięcy potem, zwrócił się do mnie, bym zwołał konferencję w Zakopanem dla powołania do życia Skarbu Wojskowego, któryby finansował „Strzelca” i drużyny strzeleckie.

Uczyniłem to, przy poparciu Piłsudskiego jesienią 1912 roku. Wzięli w nim udział Polacy z za kordonu. Ja zjazd zagaiłem – jako przewodniczący. Nie przeszkadza to, że pismo „Niepodległość” omawiające niedawno obszernie historję zjazdu – i słowem o mnie nie wspomniało. Takie to już bywają wydawnictwa historyczne ad usum Delfini. Ja zostałem wybrany prezesem, Sławek sekretarzem generalnym. Piłsudski zresztą nie był potem ze mnie zadowolony, bo chciał, żeby Drużyny otrzymywały mniej pieniędzy, aniżeli Związek, a ja byłem zwolennikiem równouprawnienia. Przed moim wyjazdem do Ameryki, szeregowi moich młodych przyjaciół politycznych doradziłem wstąpić do Związku Walki Czynnej.

Zostali oni przyjęci w moim mieszkaniu przez obecnego inspektora armji Trojanowskiego.

W czasie wojny światowej miałem charakterystyczną konferencję z Piłsudskim w Warszawie. Przysłał do mnie Sławka, mówiąc, że chce mnie widzieć. Poszedłem. Przyjął mnie w mieszkaniu Sławka, który dał nam herbaty, a potem zostawił samych. Powiedział mi wtedy Piłsudski, że jest mu przykro, że utraciłem popularność. – „Powiedźcie, skąd moja się wzięła? – zapytał w pewnej chwili. Czy myślicie, że dała mi ją odwaga w boju, czy miłość do żołnierzy? Bynajmniej. Popularność przyszła, gdy zacząłem robić gesty. Gdy nie przyjąłem pensji, gdy nie pozwoliłem nosić odznak austrjackich. Wy też musicie dziś zrobić jakiś gest. Nie wchodźcie do Rady Stanu. Tam należałoby wciągnąć jaknajwięcej pasywistów”.

Studnicki jednak wszedł do Rady Stanu i z historji jej działalności opowiedział nam następujący incydent:

– Postawiłem wniosek (był to miesiąc styczeń roku 1917), o zwrócenie się z prośbą do cesarza Karola o przekazanie Legjonów na kadry armji polskiej. Wniosek ledwie przeszedł przy sprzeciwie piłsudczyków obecnych na Radzie. Piłsudski był chory i nieobecny. Przysłał po mnie po posiedzeniu Rady, i powiedział, że zupełnie wniosek mój aprobuje, a tylko jego ludzie się nie zorjentowali.

Poglądy Piłsudskiego na metodę tworzenia armji podczas wojny uległy zmianie i wahaniom. Gdy w kwietniu 1917 przyszło przychylne załatwienie sprawy oddania legjonów na kadry armji polskiej, Piłsudski oświadczył, że może wydać rozkaz do POW do wstąpienia do armji polskiej Rada Stanu werbowałaby do P. O. W. Wystąpił przeciwko temu projektowi i on upadł.

Gdy w maju czy czerwcu, przyszło na porządek dzienny, wydanie odezwy werbunkowej, Piłsudski wstrzymał się od głosowania; po uchwaleniu odezwy werbunkowej wszystkiemi głosami przeciwko marszałkowi Rady Stanu i wstrzymującym się od głosu Piłsudskiego, Piłsudski oświadczył, że wstąpi do wojska. Potem wskutek intryg masonerji uchwalona odezwa nie była wydana i Piłsudski wystąpił z Rady Stanu, oświadczając, że nie można stworzyć armji polskiej, „gdy obce palce tkwią na zewnątrz w tej robocie”. Przyszła następnie sprawa przysięgi armji polskiej według roty aprobowanej w marcu przez Radę Stanu wraz z Piłsudskim; lecz w lipcu rzucił na szalę cały swój wpływ wśród legjonistów dla odrzucenia przysięgi, co przepołowiło polskie siły zbrojne. Piłsudski nie chciał odchylić się od społeczeństwa, aby tam znaleźć oparcie dla armji, lecz społeczeństwo nie chciało akceptować. Drogi nasze rozeszły się w okresie Rady Stanu i wojny światowej. Piłsudski był romantyk. Miał intuicję pozatem i w nią wierzył. Nie lubił długich rozumowań i argumentów.

Lubił tych przedewszystkiem, co go słuchali. Gdy był Naczelnikiem Państwa otaczał się tylko ludźmi ślepo oddanymi. Główną treścią i celem jego woli była spoczątku niepodległość a potem potęga państwa. Ale miał słabe narzędzia do realizacji.

Dwa ważne momenty rozróżniam w życiu Piłsudskiego.

Pierwszy moment to praca Piłsudskiego nad organizacją militarną. Iluż ludzi szydziło wówczas z niego. Bo ludzie nie umieją myśleć genetycznie.

Druga taka ważna chwila, to zawieszenie broni zawarte z bolszewikami na wiosnę 1919 r., które zewoliło bolszewikom na rozgromienie Denikina.

– Czy mógłby Pan nam opowiedzieć o jakichś szczegółach tych niewyjaśnionych momentów pertraktacyj?

– Piłsudski wysłał wtedy delegacje do Denikina na południu Rosji. W jej skład weszli: między innymi Fr. Skąpski i inż. Al. Rygman, który dziś jest urzędnikiem Min. Przemysłu i Handlu. Po powrocie delegacji Marszałek rozmawiał ze wszystkimi jej członkami, dopytując się dokładnie o nastroje panujące w sztabie Denikina. Informacje były dość jednozgodne i stwierdzały, że Denikin nie jest bynajmniej przyjacielem Polski.

W naszym interesie leżało zaś bardziej wojować z Rosją bolszewicką, aniżeli z Rosją Deninika. Tej ostatniej Francja bowiem pomagała.

Historyczna rozmowa z Beselerem

– Panie Profesorze, Erzberger w swoich pamiętnikach pisze:

„Człowiek pozbawiony wszelkiego znaczenia politycznego, Władysław Studnicki przekonał Beselera o konieczności ogłoszenia niepodlegości Polski”. Czy powyższe odpowiada prawdzie?

– O ile Pana to ciekawi mogę opowiedzieć historję moich stosunków z Beselerem.

Z okazji rocznicy powstania styczniowego doszło w Warszawie (w 1916 r.) do manifestacji ulicznej. Policja niemiecka nie zorjentowała się w charakterze antyrosyjskim tej uroczystości i zaczęła rozpędzać manifestantów, przyczem nastąpiły aresztowania. Wobec czego następną uroczystość 3 maja postanowiłem przygotować legalnie. W tym celu zamierzałem wystarać się o zezwolenie władz. Odwiedziłem Stützera, szefa centralnej policji niemieckiej, którego poznałem przed kilkoma miesiącami, gdy starałem się o zwolnienie z obozu jeńców, szeregu działaczy niepodległościowych, między innymi Aleksandry Szczerbińskiej. Wówczas rozmawiałem z nim o polityce i dałem mu mą broszurę „Umgestaltung Mitteleuropas durch den gegenwertigen Krieg”, która jak twierdził Stützer uczyniła go zwolennikiem odbudowy Polski.

Przedłożyłem mu podanie o zezwolenie na obchód, polegający na pochodzie ulicznym, nabożeństwie w Katedrze i wykładach w kilkudziesięciu gmachach publicznych. Stützer aprobował mój plan lecz powiedział, żebym zebrał pod podaniem podpisy poważnych osób. Wziąłem dorożkę i przez trzy tygodnie po mozolnych poszukiwaniach znalazłem 17 osób, które zgodziły się udzielić swego podpisu. Utworzyliśmy komitet, i uchwaliliśmy na pierwszem posiedzeniu, że musi się odbyć nietylko akademja, ale i pochód. Beseler nie chciał się narazie zgodzić na pochód. Odrzekłem, że pochód, czy tak, czy tak będzie. Jeśli będzie policja pochód rozpraszać, cała prasa zagraniczna poda wiadomość, że w Warszawie ludność zorganizowała manifestację antyniemiecką. Jeśli zezwolicie na pochód, fotografje spokojnie odbytej manifestacji będą najlepszą reklamą dla polityki niemieckiej. Argument trafił do przekonania Beselerowi. Pochód się odbył, wzięło w nim udział 300 tysięcy ludzi. W tydzień potem, 10 maja 1916 r. Beseler zaprosił mnie do siebie.

– Jak Pan wyobraża sobie rozwiązanie sprawy polskiej?

– W tej wojnie rozwiązanie sprawy polskiej wyobrażam sobie przez odbudowę niepodległego państwa polskiego z granicami wschodniemi Dźwina – Berezyna. Byłaby to pierwsza linja obronna dla was i dla nas, gdyż Polska byłaby z Niemcami w przymierzu.

Nie od nastrojów obecnej chwili, lub nawet obecnego pokolenia, nie od zobowiązań traktatowych zależyć będzie przymierze polsko – niemieckie, ale od posunięcia Polski na Wschód. Polska posiadając znaczną część swych ziem wschodnich, przedmiotu dziejowego sporu polsko – rosyjskiego będzie musiała szukać przymierza z Niemcami. Polska terytorjalnie rozszerzona, posiadająca swe dawne wschodnie prowincje, będzie organizmem żywotnym, i jako taki pożądanym sprzymierzeńcem Niemiec.

– Dobrze – rzekł na to Beseler – ale jeżeli dla względów strategicznych wypadnie wyrównać nieco granicę polsko-niemiecką?

– Fryderyk Wielki mawiał, że aby zyskać, trzeba umieć stracić. Jeżeli bowiem jakikolwiek objekt, choćby nieznaczny zostanie odcięty od Królestwa, podetnie to podstawy porozumienia polsko – niemieckiego.

– A co będzie z Galicją? – zapytał Beseler.

– Mam nadzieję – odrzekłem, że Państwo Polskie przeżyje monarchję austrjacką. – Widziałem jak na to zaśmiały się oczy Beselera.

– Jak pan uważa austryjackie rozwiązanie sprawy polskiej, t. j. trializmu.

– Nie uważam tego, za rzecz realną.

– Węgry się będą sprzeciwiały, a Wiedeń pragnie zawsze mieć tylko „ein bischen Polen”. Polska po Berezynę, Dźwinę i Ptycz – nie mieściłaby się w koncepcji austrjackiej.

– Na chwilę obecną co Pan by uważał za wskazane?

– Proklamowanie niepodległego Państwa Polskiego – odrzekłem.

– Beseler się zamyślił. Stoją naprzeciw tego dwie przeszkody – powiedział po chwili. Pierwsza – to brak porozumienia z Austrją – Druga – to wasze moskalofilstwo.
– Panie Generale – rzekłem – moskaloflistwa niema. Tradycja powstań i walk zbrojnych jest zasilna u nas. Niezadowolenie ludności powstaje dziś jedynie na skutek braku chleba i masła.

Austrja spóźnia się zawsze, jak powiedział Napoleon o jedną armję i o jedną ideę; jeżeli będziemy czekać na Austrję, to spóźnimy się z rozwiązaniem sprawy polskiej.

– Wie Pan co, że Pan ma dużo racji – powiedział Beseler.

Na zakończenie rozmowy zakomunikowałem Beselerowi, ża mam zamiar powołać do życia klub odbudowy państwowości polskiej.

– Niech Pan złoży podanie Stützerowi – powiedział Beseler.

Klub ten został zatwierdzony, ale dopiero po upływie dosyć długiego okresu czasu. Zwierzyłem się bowiem z planu członkom Ligi Państwowości Polskiej (filoaustryjacy), proponując fuzję tych stowarzyszeń. Tymczasem ci zakomunikowali to Rosnerowi, a ten rządowi austryjackiemu, który odroczył w Berlinie zatwierdzenie statutu. Wreszcie gdy przyszła porażka austryjacka pod Łuckiem, klub zalegalizowano.

Z obserwacji prasy niemieckiej podczas wojny przekonałem się, że gdy następuje jakiś wypadek niepomyślny, prasa rozdmuchuje, podnosi do potęgi każdy objaw dodatni. To też gdy Rumunja przystąpiła do wojny, co wzbudziło przykry oddźwięk w opinji niemieckiej, zorganizowałem wielki wiec w Filharmonji, który wypowiedział się za utworzeniem Państwa Polskiego. Fotografje i komunikaty o wiecu zamieściła cała prasa niemiecka, jako dobrą wiadomość. Tylko Kurjer Warszawski zamieścił wzmiankę poddającą w wątpliwość prawo uczestników do wypowiadania się w imieniu całego społeczeństwa. Wobec czego zwołaliśmy drugi wiec. Udał się równie dobrze. Nie potrzebuję dodawać, że na sali pełnili straż peowiacy i w czasie mego przemówienia wynosili usiłujących manifestować endeków, jako rzekomo zemdlonych. Potem zorganizowaliśmy jeszcze wiec w Łodzi. Rezonans tych manifestacyj był w Niemczech ogromny. Ten zwrot opinji wpłynął niedługo potem na akt 5 listopada.

Daszyński a Dmowski

Rozmowa znów zeszła na tematy historyczne. Zapytuję więc jeszcze Studnickiego o zdanie jego o dwu ludziach: Daszyńskim i Dmowskim.

– Napisałem kiedyś artykuł o Daszyńskim, w którym powiedziałem, że to jest człowiek soczewka. Umie skupić ideę i wylać w cudnej formie na wiecu. Był to prawdziwy artysta wymowy. W młodości silnie wpłynęła nań atmosfera niepodległościowa, którą w Stanisławowie stworzył powstaniec Agaton Giller. Daszyński kapitalnym był taktykiem. We Wiedniu mawiał: „my, w Galicji, jesteśmy ostoją jedności monarchji.” Po kilku dniach wracał do Krakowa i na wiecu robotniczym wołał: kiedyż wreszcie rozwalimy tę czarno-żółtą klatkę?” Po wojnie Daszyński już właściwie żadnej roli nie odegrał.

Dmowski był przeciwieństwem Piłsudskiego. Piłsudski to był kresowy szlachcic, romantyk, żyjący tradycjami 63 roku. Dmowski dowcipny, lubiący paradoksy, znający świetnie szereg języków, bez najmniejszego wykształcenia historycznego. W Dumie był złym taktykiem. W r. 1913 po klęsce wyborczej poszedł na skrajny antysemityzm.

O ile chodzi o Narodową Demokrację, to Lednicki odnalazł w archiwach ochrany taką opinję o niej: „Jest to partja niesolidna, zbankrutowanych właścicieli ziemskich, drobnych mieszczan i różnych ciemnych indywiduów, którzy nieraz wykorzystują dla celów osobistych zebrane na cele społeczne pieniądze. Nie można tej partji zaufać! Zawsze musi szczuć na kogoś. Przedtem na nas, potem na Niemców, dziś na Żydów”.

Gdy Piłsudski był monarchistą

– Wracając jeszcze do Rady Stanu czy Pan Profesor mógłby nam coś powiedzieć o poglądach ustrojowych Józefa Piłsudskiego w owym czasie?

– Piłsudski był wtedy monarchistą. Był zwolennikiem wprowadzenia obcej dynastji, najlepiej dziecka, które wychowałoby się w kraju. Sam zresztą wyraźnie nie opowiadał się za nikim. Mnie za to nieraz radził: „Wiecie co, wy jesteście najlepsi do przeprowadzania rzeczy niepopularnych, powinniście się tem zająć”. Beseler był zwolennikiem dynastji saskiej, Lerchenfeld – bawarskiej. Ja skłaniałem się do dynastji saskiej, dlatego że można ją wprowadzić na tron bez zwoływania sejmu pruskiego, na mocy uchwały sejmu czteroletniego, jak wprowadzono Sasa na Wielkiego Księcia Warszawskiego. Radziłem, aby tego Sasa posłać do Wilna, któryby tam zainaugurował zdecydowanie polską politykę i przez to stał się popularnym w Polsce.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close