„I cóż dalej szary człowieku?”
Korespondencja z Sowietów – cz. 1

Od jednego z naszych przyjaciół otrzymaliśmy poniższe wrażenia z 6 miesięcznego pobytu w Z. S. R. R., które drukujemy ze względu na ciekawe podejście autora od stron ujemnych do dzisiejszej rzeczywistości sowieckiej.
Redakcja.

OSTROŻNIE Z PRZYJAŹNIĄ

Bezwarunkowo zbliżenie polsko-sowieckie, jakiego świadkami byliśmy w ciągu roku 1933 i jesteśmy nadal, należy policzyć jako jeden więcej sukces polskiej polityki zagranicznej. Niestety umysłowość polska, tak skłonna do afektacji i tutaj nie potrafiła zachować umiaru, dając społeczeństwu w imię tego zbliżenia nastawienie aż nazbyt bezkrytyczne wobec wszystkiego, co się w Rosji dzisiejszej dzieje. Jest to jakby odgięciem cięciwy w przeciwnym kierunku. Po okresie opisywania przez prasę polską „wołających pomstę do nieba „zbrodni” sowieckich czerezwyczajek (sąsiedzi nasi równocześnie nie marnując czasu doskonale zarabiali na dostawach dla Rosji), przeszliśmy bezpośrednio do niemego zachwytu nad sukcesami „piatiletki” i nad wszystkiem, co się w Rosji buduje i dzieje. Społeczeństwo polskie jest ciągle jeszcze oszołomione tym faktem, że obaj nasi sąsiedzi uważani dotąd za największych wrogów Rzeczypospolitej stali się przyjaciółmi. Co za sukces wspaniały. Tak za jednym zamachem zmniejszyć propagandę komunistyczną wewnątrz kraju, pozbyć się – dlaczegożby nie na zawsze – jednego z dwuch odwiecznych wrogów, przedzieżgnąwszy go w przyjaciela, a może i coś zarobi się jeszcze na tej kombinacji.

O zmniejszeniu w Polsce propagandy komunistycznej radziłbym entuzjastom pomówić nieco później, a o przyjaźni samiby mówili inaczej, gdyby znali lepiej istotną sytuację na dalekim wschodzie. O tej sytuacji obaj przeciwnicy z różnych zresztą względów wolą zachować milczenie a Sowiety „na zapas” już i „na wszelki wypadek” stale oskarżają o agresywne plany Japonję. Na pytanie komu na zbliżeniu polsko-sowieckim więcej zależy, nam czy Rosji, trudno jest zaiste znaleźć odpowiedź. Pamiętamy wszyscy wszak znane rewelacje prasowe o współpracy wojskowej niemiecko – sowieckiej, o całych kadrach instruktorów i zakładach niemieckiego przemysłu wojennego na terytorjum Z. S. R R. Czy to wszystko zdołał spalić pożar Reichstagu i kilka płomiennych artykułów p. Radka w „Izwiestjach”? Zacytowanie francuskiego przysłowia, według którego sąsiad naszego sąsiada jest naszym przyjacielem, wydaje mi się tu bardzo na czasie.

O ile się orjentuję, od mego ostatniego pobytu w Polsce dokonał się radykalny zwrot w opinji publicznej na korzyść Sowietów. To też nie trudno mi było stwierdzić, że do podziwu dla sowieckiego budownictwa przybyła w roku ubiegłym sympatja dla Z. S. R. R. Wzrost autorytetu Z. S. R. R. w społeczeństwie polskiem utwierdzić musi dotychczasowych i pozyskiwać nowych zwolenników dla panującego w Rosji dzisiejszego ustroju, im to poniższe wrażenie z dwumiesięcznego pobytu w Moskwie poświęcam. Bodę czuł się za swój skromny trud wynagrodzony sowicie, jeśli dopomogę, nie przez pryzmat artykułów pisanych na efekt, czy potajemnie czytanych broszur, ale z drugiej niejako strony, od tylnych a dobrze strzeżonych drzwi – ujrzeć część choćby sowieckiej rzeczywistości.

NIEGOREŁOJE

Na pierwszy rzut oka stacja Niegorełoje niczem nie różni się od niedawno opuszczonej granicznej stacji polskiej Stołpców. Jest jednak coś nieuchwytnego w odnoszeniu się do podróżnego tragarzy, w krokach służby kolejowej, w twarzach granicznej straży G. P. U, (Gławnoje Politiczeskoje Uprawlenie, dzieli się na zwykłą pełniącą służbę wewnątrz państwa na graniczne i kolejowe). To „coś” przenosi się wkrótce na podróżnych. Twarze niedawno jeszcze uśmiechnięte sztywnieją, gesty stają się oględniejsze, a krzykliwa jeszcze w wagonie rodzina francuskiego majstra specjalisty zamienia ze sobą tylko spojrzenia. Staram się nie poddawać temu nastrojowi i próbuję się nawet uśmiechnąć do popiersia Stalina, umieszczonego w rogu wielkiej dworcowej sali i o dziwo „pierwszy wódz i nauczyciel partji” odpowiada spod swego bronzowego wąsa uśmiechem. Odwracam się jednak i widzę jak granatowo umundurowany celnik przecina scyzorykiem pół bochenka chleba wyjętego z walizki podróżnego, a stojący obok strażnik graniczny G. P. U. spokojnie i uparcie wpatruje się w twarz rewidowanego – nic więcej tylko „sobie patrzy”. Przez chwilę zdawało mi się, że w twarzy rewidowanego dostrzegłem owo „coś”, co zamknęło usta podróżnych. A może mi się tylko zdawało… Nawprost popiersi Stalina i Lenina na przeciwległej ścianie sali wiszą dwa olbrzymie obrazy, jeden przedstawia żniwa, młockę i odwożenie ziarna do elewatora ciężarowemi autami, drugi budowę fabryki. Przyznam się, że jadąc do kraju rewolucji spodziewałem się zastać wszystko co artystyczne w etylu utramodernistycznym, tymczasem obydwa obrazy utrzymane były w barwach delikatnych, prawie pastelowych, nieomal pogodnych, treść tylko przypomina rosyjski znak czasu. Pod obrazami trzy okienka „zmiana walut” i „Torgsin” i coś jeszcze. W pierwszym urzęduje obywatelka w ogniście czerwonej chustce, w ostatnim młody chłopak lat dwudziestu conajwyżej, w fantastycznie włożonej cyklistówce i robotniczej bluzie. Twarze tych dwojga zdradzają wrodzoną inteligencję, strój jednak ma podkreślić już tu na progu, że wjeżdżamy do państwa robotników i chłopów. W środkowem tylko okienku „Torgsinu” siedzi urzędniczka w białej bluzeczce, niechcąc widać do reszty zadziwić „ogonka” cisnących się do niej cudzoziemców. Rozmyślania moje przerywa przewodniczący miejscowego „artelu” tragarzy, którzy przyszedł zainkasować odemnie należność za pracę swego kolegi. Pyta, ile miałem sztuk bagażu i wystawia mi pokwitowanie, potom członkowie artela dzielą między siebie całość zainkasowanego przez przewodniczącego zarobku. Posunąwszy o 2 godziny zegarek i pokrzepiwszy się z mym dyrektorem butelką narzanu, wyśmienitej wody mineralnej, wsiadamy do wagonu sypialnego, pamiętającego jeszcze czasy przedwojenne.

KOLEJNICTWO I PIATILETKA

Pociąg nasz tylko z nazwy jest ekspresem, sapie i dyszy ciężko, nie posuwa się jednak mimo wszystkie te „parowe objawy” pośpiechu prędzej niż nasz poczciwy „Warszawa-Milanówek”, na niektórych zaś odcinkach zwalnia jeszcze bardziej i zaczyna podejrzanie trzeszczyć. Po godzinie, czy półtorej dojeżdżamy do Mińska. Na stacji stoi kilka pociągów, ciemne zwierzchu i przeraźliwie brudne wewnątrz wagony, każdy z nich ma jednak własnego konduktora, przeważnie kobietę, zrzadka w mundur odzianą, z małą ongiś zapewe czerwoną chorągiewką w ręku. Gdy rusza pociąg, z pomostu każdego wagonu powiewa taka chorągiewka. Tak, w Rosji niema bezrobotnych, ale jakiż wagon poza sypialnemi w Europie stać na własnego konduktora. Tutaj ma go każdy, byle podmiejski gruchot. Wszak państwo proletariackie i tak każdemu poza członkami klas wydziedziczonych, musi dać jeść, niech więc już sobie jeżdżą niebożęta. Żart na stronę, stan kolejnictwa sowieckiego istotnie jednak jest groźny. Tabor poza trzema „striełami”, kursującemi z Moskwy do Leningradu, Tyflisu i bodaj – że Odessy i posiadającemi nowe, luksusowe wozy, jest od czasów wojny niezmieniany zupełnie. Mimo budowy nowych linji brakuje już dziś niezbędnych…. 50 tys. klm. dróg żelaznych, a stałe opóźnienia pociągów poza „striełami” i pociągami dochodzącemi do zachodnich granic państwa, są wprost niebywałe. Wystarczy powiedzieć, że na pewnych linjach opóźnienia dochodzą codziennie od 6 do 24 godzin. W tych warunkach i przy takim stanie taboru katastrofy są na porządku dziennym. Nie pisze o nich jednak żadne pismo sowieckie (w Sowietach, jak we Włoszech, a ostatnio i w Niemczech, prasa jest wyłącznie rządowa lub partyjna), uważając słusznie, że donoszenie o takich drobiazgach, jak katastrofy kolejowe, kopalniane, zasypania zdarzające się przy budowanem obecnie w Moskwie metro, zderzenia tramwajów czy samochodów, jest wzbudzaniem niepotrzebnej sensacji i przebrzmiałym burżuazyjnym zwyczajem. Niemniej prasa sowiecka przepełniona jest artykułami, wzmiankami i karykaturami, opisującemi opłakany stan kolejnictwa i równocześnie uchwałami rozmaitych jaczejek czy komitetów partyjnych, postanawiających wzmóc pracę i w „udarnym tempie” osiągnąć przepisowe normy rozładunku i załadunku. Cóż może pomóc jednak najbardziej sprężysta organizacja, najbezwzględniejszy nawet rygor – zardzewiałego żelastwa nie można przerobić w sprawnie funkcjonujący tabor, nawet wolą… kolejowego G. P. U. Niemcy zaczęliby zapewne piatiletkę od uporządkowania transportu, bolszewicy uznali, że na kupno taboru i szyn chwilowo ich nie stać, kolejnictwo musi więc zaczekać dokąd nie zbudują ciężkiego przemysłu i rozpoczęli piatiletkę ze starym taborem i zużytemi nieraz doszczętnie torami, sądząc, że dyscypliną potrafią zmusić koleje do należytego funkcjonowania. W rezultacie dochodziło do takich absurdów: dwa ośrodki, z których jedno posiada kopalnię węgla, a drugie rudę żelazną łączy się magistralą, w obu miasta buduje się olbrzymie stalownie. Pociągi w jedną stronę mają przewozić węgiel, spowrotem wioząc rudę. No i cóż plan wspaniały, w rezultacie obie stalownie pracują źle i niesprawnie, w jednej daje się odczuć katastrofalny brak węgla, a w drugiej rudy stalowej. Kto temu winien – oczywiście stary tabor na nowej kolejowej magistrali.

MOSKWA…

O tem jednak nie pisze żadne pismo, ani nie mówi żaden afisz, żaden transparent na Białoruskim dworcu w Moskwie, na który „wpadamy”, bynajmniej nie z hukiem następnego dnia coś o dziesiątej rano. „Da zdrastwujet towariszcz Stalin, wożdż naszej leninskoj partji”, „Czy jesteś już członkiem Osoawiachimu” (Osoawiachimem nazywa się sowieckie przysposobienie wojskowe), „Wara faszystowsko – imperjalistyczno – kapitalistycznej interwencji od ojczyzny międzynarodowego proletarjatu”, na starym i przybrudzonym już afiszu wołają zgodnie rosyjski chłop, murzyn, chiński kulis, niemiecki robotnik i jego japoński kolega, napierając, „gołemi pięściami” na zasłaniającego się „Grubą Bertą” hitlerowca, którego popycha nie bez wysiłku pan w średnim wieku i cylindrze, wyobrażający skoncentrowane siły międzynarodowego kapitalizmu. Nad wszystkiem jednak góruje wielka czerwona taśma, przeciągnięta nad peronem, na której białemi literami (w ten sposób wykonane są wszystkie tego rodzaju „polityczne” taśmy – i tu standaryzacja), wymalowane jest naczelne hasło dzisiejszej Rosji: „Proletari wsiech stran sojedinajties – proletarjusze wszystkich krajów łączcie się”. Hasło to spotyka się literalnie wszędzie, od granicy począwszy, w budynkach klubów robotniczych, w urzędach państwowych, w przerobionych na muzea, jadłodajnie, czy lombardy cerkwiach, nawet na pieniądzach i obligacjach pożyczek państwowych. Ponieważ z pochodzenia jestem proletarjuszem, instynktownie przyśpieszyłem kroku, aby coprędzej zobaczyć, jak sam raj a przynajmniej stolica kraju, który chce niezadługo zostać rajem proletarjackim, wygląda. W myśli porównywałem równocześnie sapiącego przedemną szefa z międzynarodowym kapitalistą w cylindrze z przybrudzonego afiszu, i trzeba przyznać, że tłusty i zwinięty w kilka wałków kark szacownego dyrektora handlowego jednego z większych elektrycznych towarzystw w Europie i mego bezpośredniego zwierzchnika, djablo był podobny do tamtego międzynarodowego „kapitalistycznego” karku – co za zmysł obserwacyjny mają jednak ci bolszewicy, pomyślałem.

Nastrój mój zmącił gniewny głos szefa, który skonstatował właśnie z przykrością, że nie tylko nikt nie spotkał nas na dworcu, ale sowiecka instytucja, która wiedziała dobrze o naszym przyjeździe, nie przysłała po nas auta, kazał więc tragarzom nieść nasze rzeczy do taksówki. Tu jednak wyszło na jaw drugie niepowodzenie. Taksówki były juz rozchwytane i właśnie ostatnia ruszała ostentacyjnie z głośnym hałasem. Uregulowawszy rachunek z tragarzami, którzy tu nie mieli już żadnego „artelu”, a napiwek przyjęli baz żadnych ceregieli, prosząc tylko by nie mówić o nim „gdyby się ktoś pytał”, rozejrzałem się po placu przed dworcem. Pierwszą rzeczą, jaka uderzyła mnie w oczy był wygląd przechodniów. Przyznam, że czegoś podobnego nie spodziewałem się zastać w stolicy Państwa Proletarjatu. Plac roił się w jasnem słońcu od ludzi odzianych w ubrania podarte, nierzadko nawet niezałatane, którzy trzęśli się z zimna, w najrozmaitszego kroju, fasonu i epoki kurteczkach, ledwie zaciągniętych na grożące lada chwila katastrofą porcięta. Przytem dolna część stroju najczęściej nie miała nic wspólnego (poza właścicielem) z górną częścią garderoby. Mimo lekkiego przymrozku, rzadko który z przechodniów posiadał wyszarzałe choćby paletko. Nawet zastosowanie tego określenia wydawało się dziwnem, gdy patrzało się na nogi tych ludzi. Podeszwę ze skórą okrywającą podbicie łączył najczęściej zwierzchu omotany sznurek, pantofle płócienno-gumowe stanowiły rzadki luksus a spora część przechodniów i oczekujących na dworcu podróżnych miała nogi owinięte poprostu w szmaty.

CUDZOZIEMCY I „TUBYLCY”

Wiedziałem, że ludzie w czerwonej stolicy chodzą inaczej ubrani niż w naszych stolicach, myślałem jednak, że różnica ta wyraża się w znacznej przewadze robotniczej bluzy nad marynarką, ciężkiego obuwia nad delikatnym, i robotniczej czapki nad kapeluszem, ale takiego przeraźliwego niedostatku nie spodziewałem się zastać. Niestety dowody nędzy mieszkańców czerwonej stolicy i to znacznie straszniejszej, niż ta wyrażająca się w odzieży, było mi danem zaobserwować jeszcze wielokrotnie. Po dwudziestu pięciu minutach nadjechała wreszcie taksówka i „zawiedujuszczyj” (coś w jakby nadszofer) dworcowym postojem, wskazał nam, abyśmy ją zajęli. Wprawdzie jakiś obywatel usiłował mu wytłómaczyć że czeka wraz ze swą rodziną dłużej, ale cóż robić, cudzoziemcy w dzisiejszej Rosji posiadają znaczne przywileje, coś jakby wojskowe misje koalicyjne w 1919 roku w Polsce. Obywatel sowiecki musi wszędzie przed nimi ustąpić na drugi plan i żadne skargi tu nie pomogą, zresztą widoczna różnica stopy życiowej najprostszego majstra sprowadzonego jako speca z zachodu, w zestawieniu z warunkami życia najstarszego inżyniera sowieckiego, jest tak widoczna, że to samo poprostu onieśmiela obywateli proletarjackiego raju. Z drugiej strony sowieckie organy bezpieczeństwa dokładają wszelkich starań, aby cudzoziemców tu czem nie zrazić. Tyle nieraz trudu i pieniędzy kosztuje sprowadzenie ich z zagranicy, reputacja sowietów w społeczeństwach zachodnich jest ciągle jeszcze tak różnolita, że nie trzeba się dziwić tym wysiłkom „robotniczo – chłopskiej milicji” zmierzającej do zagwarantowania wszystkim pożądanym cudzoziemcom zwyczajnego, że tak powiem prawa exterytorjaności w Z. S. R. R. Dla Rosjan, pamiętających czasy przedwojenne, w których nieliczna wprawdzie, zwierzchnia może tylko warstwa społeczeństwa rosyjskiego, była jednak uważana przez zachód za kulturalnie równą, to wyjątkowe obecnie stanowisko cudzoziemca musi być wprost czemś upokarzającem. Dlatego też nigdy zeń nie starałem się korzystać, ale nie mogłem równocześnie nic na to poradzić, że ludzie mijali mnie wszędzie jakby z niemym szacunkiem, graniczącym z zazdrością.

„MOTORYZACJA” MOSKWY

Po dwudziestu pięciu minutach oczekiwania dostaliśmy więc taksówkę, tylko dzięki temu, że byliśmy przybyszami z zachodu. W całej zresztą Moskwie taksówek jest zaledwie dwieście kilkadziesiąt, to też poza dworcami, o zdobyciu ich niema mowy. Można wprawdzie zamówić taksówkę w specjalnym biurze przy miejskim garażu (taksówki w całej Rosji należą dziś do zarządów miejskich), ale bez najmniejszej gwarancji otrzymania samochodu na oznaczoną godzinę. Na Placu Swierdłowa, który jak i wiele innych placów i ulic, wszyscy, niewyłączając policji mianują starą przedrewolucyjną nazwą Placu Teatralnego, znajduje się jeden jedyny na 3 miljonową dziś już czerwoną stolicę, postój taksówek, na którym można od biedy liczyć na spotkanie czasami auta. Postój ten przedstawia dziwny zaiste widok: od trotuaru wybiega w jezdnię ogonek kilkunastu ludzi. Może padać deszcz, być zimno, ludzie stoją. Co dziesięć, co piętnaście minut zjawia się upragniona taksówka. Szczęśliwiec najbardziej w jezdnię wysunięty, cały już przemoczony, rzuca się do skrzypiącej ze starości klamki. Myślicie czytelnicy, że pojechał. Bynajmniej, okazało się, że zarówno on jak i następny „numer” w ogonku, pierwszy z walizką, drugi ze składanem łóżkiem, mieli w projekcie kursy zadalekie i towarzysz-szofer wybrał „numer trzeci”. Krótka była radość wybrańca, oto rozlega się przeraźliwy huk i auto przejechawszy 200 metrów staje, a że taksówki w Moskwie jeżdżą bez zapasowych gum, niefortunny pasażer wraca wśród ogólnego śmiechu i kpin do ogonka, woli jednak to niż półgodzinne asystowanie przy operacji o wątpliwym zresztą wyniku. Tymczasem taksówka następna nie nadjeżdża, mija długi kwadrans, niema jej nadal, oczekująca publiczność zaczyna się niecierpliwić.

„GORKIJ” PRODUKUJE OD ROKU 200 SAMOCHODÓW DZIENNIE…

Jakiś urzędnik w skórzanej kurtce, cyklistówce i z teczką pod pachą uspakaja: nie denerwujcie się towarzysze, wszak fabryka samochodów w Gorkim (dawniej Niżnyj Nowogród) produkuje już dwieście maszyn dziennie, niezadługo i Moskwa dostanie więcej, pierwsze już podobno nadeszły.

Podchodzę do urzędnika w skórzanej kurcie, mój kapelusz (noszą go w Moskwie jedynie cudzoziemcy i to nie wszyscy) i reglan sprawiony podczas ostatniego pobytu w Londynie coś sprzed siedmiu laty, jest tu jeszcze wzorem szyku i budzi powszechną sensację.

– Czy nie mylicie się towarzyszu – pytam – czytałem już przed rokiem tą samą cyfrę w angielskim miesięczniku, a jednak w Moskwie nadal widzę brak samochodów? Cały ogonek jest zaskoczony tem pytaniem, ale urzędnik odpowiada wymijająco „być może” i szklany wzrok przenosi na przeciwległy trotuar. Pozostałe „numery” poświęcają jeszcze kilka chwil obserwacji mego zagranicznego ubioru i pokolei jakby obojętnie odwracają głowy w różne strony. Rozumiem, trąciłem w najdrażliwszą strunę: różnicy między tem, co się pisze lub pokazuje wycieczce, a tem co jest w istocie. Nikt się jednak nie oburzył, wszyscy zobojętnieli i zamilkli. Idę za wzrokiem tych ludzi. Na przeciwległej stronie taki sam ogonek oczekuje na autobusy. Społeczny instynkt, wyrażający się w ogonku jest tu tak wielki, że mieszkańcy Moskwy ustawiają się według kolejności wszędzie, gdzie zgrupuje się ich więcej niż jeden. Dochodzi do takich absurdów jak ogonek przy sprzedających w budkach gazety, przy kioskach z kwiatami, wodą sodową. Najkapitalniejszy jednak jego przykład widziałem w foyer jednego z najlepszych teatrów moskiewskich, gdzie obywatelki państwa proletarjatu ustawiły się w karnym szeregu w takiej obfitości, że ogonek przez nie utworzony, zaczynając się w damskiej garderobie przechodził przez otwarte drzwi, kończąc się w foyer. I nie było to bynajmniej przedstawienie dla obywatelek nie podciągniętych jeszcze przez rewolucję na wyższy szczebel proletarjackiej kultury; bynajmniej było to najzwyklejsze wieczorowe przedstawienie, a wśród publiczności przewijało się sporo „komandirow”, czyli oficerów czerwonej armji i żon wyższych, sądząc z ubioru, urzędników państwowych. To się nazywa zdyscyplinowanie społeczeństwa. Podobno zwyczaj tworzenia ogonków jest jeszcze przedrewolucyjny, ale nie stosowano go chyba nigdy w tualecie. Po tej miłej dygresji, wrócimy jednak do środków komunikacyjnych. Moskwa jest chyba jedynym miastem w Europie, a może i na świecie, gdzie dorożka jest droższą od taksówki. O ile bowiem ostatnia „wybija” opłaty mniej więcej podobne do naszych, o tyle niepozorny następca sławnych rosyjskich rysaków nie ruszy nawet łaskawym truchcikiem, dopóki pan jego (dorożka jest w dzisiejszej Rosji jedyną formą nieupaństwowionej komunikacji, którą dopiero rozwój państwowego automobilizmu powoli zlikwiduje) nie zrobi z amatorem przejażdżki umowy na dziesięć, piętnaście, a nieraz i dwadzieścia pięć rubli za kurs. „Izwoszczik” moskiewski tak jest jednak obdarty i brudny, że trzeba się już bardzo śpieszyć, aby zdecydować się na tą jazdę i nie czekać na taksówkę. Tak, czytelniku dosłownie: trzeba się bardzo śpieszyć aby wziąść dorożkę.

TRAMWAJE

Olbrzymia jednak większość mieszkańców Moskwy jeździ tramwajami, których tabor po większej części, jak i kolejowy, pamięta jeszcze czasy przedwojenne. Mieszkaniec Berlina, Paryża, Warszawy, Pragi Czeskiej czy Lipska wracający w porze największego natężenia tramwajowego tłoku w obiad do domu, nie ma jeszcze pojęcia, co za gehennę stanowi jazda tramwajem w czerwonej stolicy. Obok wynajmowanych przez „Inturista” za dolary, funty lub inną walutę cudzoziemską i przeznaczonych wyłącznie dla cudzoziemców luksusowych zagranicznych samochodów, tramwaj jest w Moskwie jedynym środkiem nowożytnej lokomocji, na który nie czeka się w ogonku. Z tą jednak różnicą, że o ile lśniąca limuzyna „Inturista” zajeżdża przed jeden z trzech uczęszczanych przez zagranicznych gości hoteli, cicho i bezszelestnie, tramwaj wjeżdża na przystanek z hukiem, a oczekujący nań tłum zreguły większy niż najlepsze chęci elektrycznego pudła, rzuca się nań z taką zawziętością, jaką widywaliśmy u nas tylko w czasie wojny na podmiejskich stacjach kolejowych. Wnętrze wozu brudne i obdrapane, co rusz w bok lub w głowę uderzają cię jakimś potwornych rozmiarów tobołem, klątwy i miłe słówka w pełni. Przytem odzienie pasażerów nigdy nie zmieniane, bo tylko nieliczne wyjątki mają tu ubranie na zmianę, wydziela woń przyprawiającą wprost o zawrót głowy. Zaduch ten, mniej lub więcej esencjonalny, spotyka się w Rosji zresztą w każdem zamkniętem pomieszczeniu, od najlepszego teatru w śródmieściu poczynając, poprzez sale odczytowe, koncerty, muzea, czytelnie, czy kina aż do stołowni i klubów robotniczych, nie mówiąc już o przeludnionych robotniczych izbach. Wszędzie uderza nas ten charakterystyczny zapach ludzi źle odżywianych, nie posiadających zapasowego ubrania i wystarczającej ilości najprostszego mydła. U nas ten zapach można spotkać jedynie w najuboższych dzielnicach wielkich miast, tutaj jest on objawem powszechnym, spotykanym na każdym kroku, jest obok samego ubrania jednym więcej jeszcze dowodem pauperyzacji całego społeczeństwa. Zatykając nos rękawiczką, przepycham się na przedni pomost, pytając każdego z moich poprzedników, gdzie wysiada. O ile bliżej lub na tym przystanku co i ja, nie mogę pchać się dalej. W końcu docieram do wyjścia na przednim pomoście i zapinając palto na 2 ostatnie pozostałe mi po tej przeprawie guziki, wysiadam. Tak jeździć codzień. Uf. Jako środka zaradczego chwycono się zgoła niesocjalistycznych metod podwyżki taryfy przez wprowadzenie kursów. Za 10 kopiejek można było dawniej całą Moskwę objechać, dziś kosztuje to około czterdziestki.

REKLAMA JEST – METRA NIEMA

Środkiem, który bardziej radykalnie odciąży pracę tramwajów (na jeden wagon tramwajowy przypada w Moskwie blisko sto tysięcy pasażerów rocznie – podczas gdy w Londynie trzydzieści tysięcy), będzie niewątpliwie uruchomienie „metra”, którego budowa jest w pełnym toku. Coś tam się podobno nie wiedzie, tu i tam kilkadziesiąt ton ziemi, czasem dom jakiś, przysypie pracujących robotników, ale samochody ciężarowe pracujące nocami bardzo intensywnie, wywożą wszystko i trupy z ziemią, a prasa co kilka dni podaje za to szumne rekordowe wyniki dziennego wydobycia ziemi. Co kilkaset metrów powstawiane na trasie przyszłej podziemnej kolei wysokie drewniane wieże wind, długie ściany szczelnych płotów i hałaśliwy warkot elektrycznych świdrów i pomp ciągnących z podziemnych tuneli zaskórną wodę, znaczą pochód metra.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close