„I cóż dalej szary człowieku?”
Korespondencja z Sowietów – cz. 2

Budownictwo sowieckie w Moskwie przypomina nieco współczesny Rzym, w którym na rozkaz Mussoliniego burzy się całe dzielnice dla odsłonięcia panoramy antycznej Romy. I tu burzy się wiele przerabiając dawne carskie miasto gubernialne, na czerwoną stolicę, która ma zaimponować kapitalistycznemu światu. Na miejsce dawnych kamieniczek, wyrastają reprezentacyjne gmachy radzieckich ministerstw, instytucyj naukowych lub poprostu kin, czy uniwersalnych magazynów. Objaw znany w każdem mieście, które zdobyło tytuł stolicy. Jak wszędzie w Sowietach, tak i tu wiele trudu i wysiłków poświęca się reklamie. „Zbudowaliśmy tyle a tyle nowych gmachów o łącznej powierzchni metrów kwadratowych X, pojemności metrów sześciennych Y”, głosić będzie potem dumnie prasa sowiecka. Więcej, niż te imponujące cyfry, mnie interesowało, jak w rzeczywistości mieszka i żyje przeciętny obywatel stolicy Z. S. R. R., nie ten roześmiany zdrów, pełen życia z pierwszej lepszej ilustracji każdego z sowieckich pism i afiszy. Ciekawy byłem, jak mieszka zwykły, szary robotnik, dla dobra którego odbyła się wszak rewolucja.

ROBOTNIK Z ILUSTRACJI A RZECZYWISTOŚĆ

Przebrnąwszy przez ciemną i wyboistą czeluść bramy, dziwnie odbijającej od jasno oświetlonej ulicy, wchodzę na piętro i sprawdziwszy na kopercie numer mieszkania, dzwonię. Otwiera mi w bliżej nieokreślonym stroju domowym obywatelka, lat około czterdziestu.

Czy zastałem Iwana Aleksandrowicza?

Nie znaju, odpowiada, zobaczcie sami i znika, przytrzymując „nieokreślny strój” na piersiach. Wchodzę do obszernego korytarzam, zamykam ciężkie wchodowe drzwi i przez długą chwilę nie mogę nic zrozumieć. Cóż za nadmiar zaufania, myślę, wpuścić nieznajomego do mieszkania i pozostawić, nie troszcząc się, co on będzie w nim porabiał. Byłem już skłonny kłaść to na karb tego dziwnego stosunku, cechującego „moskwiczan”, w odniesieniu do cudzoziemców, do ktorego należy widać i bezmiar zaufania. Z kłopotu wybawił mnie, jak wywnioskowałem z trocin w bujnych włosach, stolarz, usiłujący uspokoić rozkrzyczane blade maleństwo, które piastował na ręku. Zapytał do kogo się udaję i wskazał drzwi na lewo. Wchodzę, przy stole założonym książkami siedzi mężczyzna pochylony tem samem charakterystycznem pochyleniem ramion. Zwolna podnosi głowę.

– Janie, wołam. Przez moment nie poznaje mnie, potem po pierwszem powitaniu, mówi spokojnym, cichym głosem: Zmieniłes się – i cisza. Człowieku, wołam, czy Ty się wcale nie cieszysz, że mnie widzisz, a on: źleś zrobił, żeś przyszedł do mnie bez porozumienia. Mimowoli staje mi w oczach scena na Placu Teatralnym przy taksówkach, rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu kogoś drugiego, świadka naszej rozmowy. Przyjaciel ubiega mnie: „ściany mają uszy” – mówi. Po kilku minutach zabieram się do wyjścia. Siedź już – powiada wtedy i wykonuje ręką gest jakby dodawał „raz kozie śmierć”. Współlokator mój przyjdzie dziś później. Jakto – dziwię się – ty, szef buchalterji największej fabryki, człowiek partji, nie masz, nie mówiąc już o mieszkaniu, całego jednego pokoju dla siebie?

WARUNKI MIESZKANIOWE

I płyną słowa Jana, ciche przytłumione, przechodzące w szept, ilekroć przechodzi ktoś korytarzem wpobliżu pokoju. Dowiaduję się rzeczy dziwnych, bardzo dziwnych, przyjaciel stara mi się wiele wytłumaczyć. Otóż ludność Moskwy wzrosła od czasów przedwojennych trzykrotnie, przewyższa dzisiaj trzy miljony, tem należy sobie tłumaczyć, że tylko wyżsi dygnitarze państwowi, lub partyjni mają dzisiaj mieszkania kilkupokojowe, prócz nich jedynie wybitniejsi starsi lekarze, profesorowie uniwersytetu lub politechniki i niektórzy nieliczni inżynierowie nie licząc oczywiście „speców zagranicznych”, którym nie może zbywać na niczem. Reszta szara rzesza robotnicza i urzędnicza, mieszka po kilku, czasem nawet po kilkanaście osób w jednej izbie. Tu obok -mówi mój gospodarz w dawnym salonie mieszka stolarz z fabryki samochodów z rodziną składającą się z 7 osób. Nawet nieźle zarabia – dodaje. W pokoiku przy kuchni buchalter ze sklepu rozdzielającego chleb na kartki, ma żonę i dwoje dzieci, ale teraz przyjechała do nich ciotka i stryj żony z Kijowa, gdzie bardzo ciężko o produkty – dorzuca dla wyjaśnienia. W byłym stołowym lokatorzy są więcej różnicowani, mieszka tam pianistka i skrzypek z jakiegoś klubu, praczka, wdowa po kasjerze kolejowym, dwóch artystów cyrkowych i stary aktor dramatyczny. Ten jest zresztą wyjątkiem w swoim zawodzie, naogół bowiem artyści należą w Z. S. R. R. do grupy uprzywilejowanej, mają oddzielne pokoje, kooperatywy ich są lepiej zaopatrzone, otrzymują stałą pensję i emeryturę państwową. Wiele z tych przywileji rozciągnięto i na statystów, których rolę pełnią uczniowie szkół dramatycznych, zamiast przygodnie, jak u nas zbieranych amatorów. I stąd zapewne, nie spotykany na zachodzie równy poziom gry całych zespołów, niesłusznie poczytywany jedynie za zasługę reżysera. Człowieku – przerywam mu – gdzież są te sławne wasze domy – pałace robotnicze, o których tyle czytałem, których ilustracje oglądam w wielu pismach. Odpowiada nie odrazu, uśmiecha się. Budujemy wprawdzie sporo – mówi – ale są to w przeważnej części ośrodki rozmieszczone w głębi kraju, w sferze t zw. największego bezpieczeństwa. Kuzneck, Magnitogorsk, Dnieprostroj, Donbas i wiele, wiele innych. Tak, tam są tysiące, dziesiątki tysięcy mieszkań robotniczych, ale – Związek Sowiecki liczy dziś już robotników blisko dziesięć miljonów i olbrzymia ich większość żyje w warunkach takich, jak w tym mieszkaniu, lub jeszcze gorszych. – Przecież w waszych pismach ilustracyjnych widywałem nieraz zdjęcia całych kolonij robotniczych wznoszonych w Moskwie, przecież sam widziałem liczne nowe gmachy.

– Tak buduje się i w Moskwie – odpowiada z dziwnie sarkastycznym uśmiechem. Nie tak dawno wykończono nawprost Kremla, za rzeką Moskwą cały nawet kompleks domów mieszkalnych… dla wyższych urzędników. Jest tam i kino „Udarnik”, teatr, jadłodajnia, nawet podjazdy i miejsca dla postoju służbowych samochodów oraz specjalnie dla mieszkańców tej kolonji „zakryte razpredielitiele”, czyli w przetłumaczeniu na polski, zamknięte dla innych punkty rozdzielcze żywności. Realizacja zasady „lepsze przydziały robotnikowi”, znalazła doprawdy ciekawe w „ojczyźnie proletarjatu” rozwiązanie.

„RÓWNOŚĆ” SPOŁECZNA

Każda prawie fabryka, urząd, a drobniejsze zakłady łącząc się, mają swe zamknięte punkty rozdzielcze. W zależności od znaczenia danego zakładu, czy gałęzi produkcji dla państwa, są one aprowizowane lepiej lub gorzej i podczas, kiedy w zakrytym razpredielitielu np. profesorów uniwersytetu można otrzymać w dziale tak spożywczym, jak odzieżowym wszystko, czego przy skromnych potrzebach życiowych, tutejszy obywatel zamarzy, w identycznym „zakrytym razpredielitielu” robotników fabryki np. gumowych pantofli, czy wyrobów fajansowych, może robotnik próżno się po raz czwarty, czy ósmy dowiadywać, czy nie nadszedł upragniony transport słoniny lub mydła. Tak więc i zasada sprawiedliwa i system wygodny. Każdy w zależności od pełnionej pracy otrzymuje kartki (robotnik najwięcej), tylko, że nie dla każdego – wydawanych za temi kartkami artykułów pierwszej potrzeby – wystarcza. I dzieje się tak dziwnie, że pozostali przy życiu przedstawiciele dawnych klas uprzywilejowanych, jak doktorzy, lub nowe klasy uprzywilejowane mają wszystko, a ten, dla którego dobra była zrobiona rewolucja ma też… wszystkie kartki. W gorszem od robotnika położeniu jest tylko element klasowo wrogi, jak popi, byli wyżsi urzędnicy, byli właściciele sklepów, domów i wogóle ci wszyscy „przeznaczeni na wymarcie”. Synom ich nawet odjęty jest honor służenia w czerwonej armji. Tymczasem otrzymują kartki ostatniej lub przedostatniej kategorji, uprawniające wprawdzie do nabycia wszelkich potrzebnych artykułów, w praktyce sprowadza się to jednak do kilkuset gramów gliniastego chleba i nic więcej. Przedstawicieli „elementów klasowo wrogich” widzi się czasem żebrzących w moskiewskich zaułkach, dopóki nie usunie ich bardzo staranna w tym względzie milicja. To też każden bezstronny obserwator może z łatwością stwierdzić, że „żebractwa w Moskwie niema wcale”. Przy tem wszystkiem – kończył rozmowę mój gospodarz – nie zapominaj mój drogi – to jest stolica, poza którą samopas rzadko wyrusza jakikolwiek cudzoziemiec, no a pozatem, tu znów ściszył głos, nie jest zbyt wygodnie dla władz centralnych mieć pod bokiem wiele ludzi niedostatecznie nakarmionych. Na prowincji poza nowo-wzniesionemi bazami ciężkiego przemysłu, jest o wiele gorzej. Proszę Cię jednak bardzo, aby to cośmy tu mówili pozostało między nami.

W kilka dni po wizycie, wyszedłem na miasto, aby kupić parę kart pocztowych dla wysłania ich do znajomych. Obserwując szeregi zaniedbanych domów mieszkalnych, niczem nie różniących się od kamienicy, w której mieszkał Iwan Aleksandrowicz, taksamo obdrapanych i sypiących tynkiem, z pod którego przeświecała czerwień cegły, rozmyślałem. Zastanawiałem się, czy obliczając narastanie majątku narodowego w postaci nowych domów, dróg, fabryk i całych objektów przemysłowych, bolszewicy zadają też sobie trud obliczenia jaką jest wartość zniszczenia istniejących, a zupełnie nie remontowanych budowli i urządzeń i czy przeprowadziwszy takie porównanie nie byliby zaskoczeni jego wynikiem. Ileż to miljonów domów na terenie całego Związku sypie się w gruzy, ile nieproduktywnie zmarnowanej energji i czasu zużywa się na takiej zdezelowanej i coraz bardziej rujnującej się kolei, w każdej starej fabryce, na każdym niereperowanym żelaznym, czy bitym szlaku. A równocześnie 50 procent siły jaką daje tak drobiazgowo skalkulowany Dnieprostroj, nie może być wykorzystane z braku zakładów, któreby tej siły potrzebowały.

FINANSUJEMY SWÓJ EKSPORT – DO SOWIETÓW

Odświeżony i wypoczęty wyszedłem około 10 rano z hotelu. Na rogu Kuznieckowo Mostu uderzył mnie gwar osób tłoczących się do narożnego sklepu. Zaciekawiony wszedłem do wnętrza. Był to dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Pewnie jeden z uprzywilejowanych „razpredielitieli” -pomyślałem. Po chwili zauważyłem jednak, że nikt z kupujących ani sprzedawcom, ani kasjerkom nie podaje żadnych „kartek”, tranzakcje były wyłącznie gotówkowe. Zainteresowany wszcząłem rozmowę z najbliższym sąsiadem. Okazało się, że był to cotylko „otwarty” sklep spożywczy wolnego handlu „za ruble”. W Sowietach istnieje bowiem handel trojakiego rodzaju: na opisane już „kartki”, wtedy kilogram chleba kosztuje 40 kopiejek, wolny handel „za ruble”, wtedy następne kilo tego samego chleba kosztuje w Moskwie już cztery ruble, a na prowincji około piętnastu i wreszcie trzeci rodzaj handlu za walutę zagraniczną. Przeciętny obywatel korzysta tylko z dwóch pierwszych środków zaopatrzenia. Na kartki po niskiej cenie, o ile nie należy do warstw czy zawodów uprzywilejowanych, otrzymuje zamało, aby mógł się wyżywić, więc musi większą część swojej pensji poświęcić na zakup produktów żywnościowych, względnie, jeżeli należy do „elementów klasowo wrogich” i jest – co Broń Boże, byłym burżujem, wyprzedaje na ten cel pozostałe mu ubrania o przedwojennym kroju, futra, stare zniszczone meble, mało nieraz warte rodzinne pamiątki, słowem wszystko co mu jeszcze pozostało i co zechcą przyjąć w komisowym sklepie. Takich sklepów, gdzie można jeszcze oglądać „przedwojenną Rosję” jest w Moskwie bardzo dużo. Trzeci wreszcie rodzaj handlu za t. zw. walutę prowadzony jest przy pomocy „Torgsinu” (towarzystwo dla handlu z cudzoziemcami – Torgowla z inostrancami), którego sklepy zaopatrzone są absolutnie we wszystko i dostępne dla każdego posiadacza walut obcych, złota, drogich kamieni, lub innych kosztowności. Cudzoziemcy wśród klijenteli „Torgsinu” stanowią jednak odsetek znikomy, większość z nich to obywatele Z. S. R. R., posiadający krewnych zagranicą, którzy przysyłają im co jakiś czas mniejsze lub większe sumy w walucie obcej. Trzeba przyznać, że magazyny te zaopatrzone są naogół w towary dobre, w większej części sprowadzone z zagranicy. I tutaj pragnąłbym zwrócić uwagę na świetnie doprawdy zorganizowane przez rząd sowiecki uzyskiwanie walut obcych za pośrednictwem „Torgsinu”. Instytucja ta odgrywa jakby rolę podwójnej pompy ssącej z zagranicy niezbędne środki dla zapłacenia za przemysłowe dostawy, i omijając rozliczenia z tytułu bilansu handlowego, wpływa dodatnio wprost na bilans płatniczy Sowietów. A więc czytałem kiedyś w pismach o większej tranzakcji przedstawicieli „Torgsinu” w Polsce, którzy zakupili ileś tam sztuk beretów wełnianych, płacąc coś nie wiele więcej, jak jednego złotego za beret. Kiedy byłem w Moskwie za najzwyklejszy wełniany beret zapłaciłem (po przeliczeniu) blisko 6 złotych. Ileż to „Torgsin” (a więc rząd sowiecki) zarobił na czysto po sprzedaniu całej tej partji polskich beretów. Ale to jeszcze nie wszystko, to dopiero jedna rura owej ssącej pompy. Proszę wziąć przecież pod uwagę, że na to, aby obywatel sowiecki mógł taki beret kupić, musi mu ktoś z zagranicy (z Polski, Francji, czy Niemiec) przysłać na to „walutę” i to jest drugie ramię pompy ssącej walutę obcą. Łudzą się ci, którzy sądzą, że dzisiejszy rynek rosyjski jest rynkiem chłonnym dla artykułów pierwszej potrzeby. Jest wprawdzie rynkiem wielu potrzeb, ale na zaspokojenie ich nie wystarczy nam sprzedać towarzystwom handlowym (należącym do rządu sowieckiego) partji towaru, trzeba jeszcze obywatelom sowieckim posłać pieniądze, aby mogli ten towar od swego rządu kupić. Drugą, obok zasilanych „walutą” z zagranicy, kategorją kupujących w sklepach „Torgsinu” są chłopi lub byli „burżuje” wyciągający z zanadrza, dopiero przed samą kasą, jakieś skromne „kosztowności”, stare złote krzyżyki, łańcuszki, obrączki, tu i owdzie zabłyśnie pierścionek, nadłamany kolczyk, lub bransoletka. Cały sztab jubilerów, przy rozlicznych okienkach poddaje ścisłym badaniom i ocenie przyniesione przedmioty. Po wymierzeniu sumy rozlegają się głośne narzekania i biadania, wkońcu kupujący otrzymuje odpowiednie pokwitowanie i idzie nabyć upragnione pół kilograma białej mąki, nieco słoniny i dwa jabłka dla dziecka, wychodzi unosząc te skarby, dla zdobycia których długo się nieraz decydował na rozstanie z rodzinną lub religijną pamiątką.

ŻYCIE KLASY „UPRZYWILEJOWANEJ”

Ogół bowiem ludności Związku Sowieckiego ciągle jeszcze niedojada, w Moskwie dwie trzecie ludności jada obiady w jadłodajniach, gdzie menu zależy oczywiście od tego przy jakim dana jadłodajnia istnieje zakładzie czy fabryce, naogół zupa śledziowa, przeplata się z zupą z mąki i kaszy, lub cienka i gruntownie „odtłuszczona” kartoflanka z wątpliwej zawartości klopsem, średnia pensja robotnika sowieckiego wynosi od 50 do 200 rb. miesięcznie, urzędnika 200 – 300 rb. Jedna biała bułeczka kosztuje dwa i pół rb., ale pensja dyrektora trustu lub koncernu wynosi pięć, nieraz i siedem tysięcy rubli miesięcznie, no i plus odpowiednio zaopatrzony zamknięty „razpredielitiel”. Można powiedzieć, że krzywda społeczna i u nas tworzy podobne różnice, ale u nas nie wmawia się nikomu, że państwo nasze na najwyższym szczeblu swych dążeń stawia wyłącznie dobro jednej klasy, co aż do bólu oczów bije z łamów każdego sowieckiego pisma, każdego afisza. Pocóż więc ta hipokryzja. Mówi się, że lepsze jutro dla szarego człowieka nadejdzie. Któż jednak tej garstce niewątpliwie mężnych na Kremlu, którzy w swoim czasie rzucili wszystko na szale w walce o dobro ludu, którzy dziś zgodnie ze swym najlepszym może przekonaniu lud ten przemocą chcą uszczęśliwić, któż im zagwarantuje, pytam, że i ich następcy z idealistów nie staną się wyzyskiwaczami. Czy już dziś ich dzieci chowane we wzorowych przedszkolach, uznają za równych sobie tysiące robotniczych dzieci uczących się w dusznych izbach szkolnych (nie każda szkoła w Rosji jest w… Magnitogorsku) i czy jeżdżąc lśniącą służbową limuzyną swego ojca zechcą w przyszłości, jak niegdyś ich ojciec poświęcić wszystko dla dobra tych, których dziś obryzgują lecącem spod limuzyny błotem. Pierwszeństwo ofiary i zasługi jakże często już zmieniło następne już pokolenie na pierwszeństwo dobrobytu. Liczba członków partji komunistycznej wynosi niecałe 3 miljony, ludność Z. S. R. R. – 160 miljonów, przytem część spora członków partji to ludzie, którzy poszli siłą bezwładności za „silniejszym” poprostu dla interesu i na to nie pomogą partyjne „czystki”. Niecałe więc 2% dyktuje swe prawa w sposób bezwzględny i nie znoszący najmniejszego oporu pozostałym 98%. Takiego stosunku nie znają despotycznie rządzące partje faszystowskie we Włoszech, czy narodowo-socjalistyczna w Niemczech. Jakiejże potrzeba na to organizacji, jakiej siły i jakiego teroru.

KOŁCHOZY

Od Zbąszynia w przedziale pozostaliśmy z moim dyrektorem w towarzystwie niemieckiego inżyniera wyjeżdżającego na stałe do Niemiec z żoną Rosjanką i amerykańskiego majstra. Rozmowa toczyła się po niemiecku chwilami po angielsku. Rozmawialiśmy o Rosji. Z zainteresowaniem słuchałem w kiepskiej zresztą niemczyźnie uwag amerykańskiego majstra o stosunkach na wsi. Jeździł aż na Syberję z brygadą robotników reperować unieruchomione traktory. Według oficjalnej statystyki zgórą dziewięćdziesiąt procent traktorów oddanych do użytku zostało zepsutych wskutek niedozoru i nieumiejętności obchodzenia się ze strony obsługi. Rozmóca nasz był dawnym sympatykiem komunizmu pomimo starań firmy z trudem tylko udało mu się otrzymać od władz amerykańskich pozwolenie na wyjazd do Z. S. R. R. Wracał, jak mówił, „uleczony”. Marksizm, proszę państwa – twierdził – jest ruchem wyrosłym na gruncie robotniczym wielkich ośrodków przemysłowych, z wsią konstrukcja jego nie ma nic wspólnego, „program wiejski” marksizmu w teorji schodził zawsze na plan drugi, a w praktyce stał się kulą u nogi sowietów. Z taktycznych względów rzuciwszy podczas rewolucji hasło „ziemia dla chłopów” bolszewicy zapominają dziś, że niema siły, któraby zmusiła chłopa do wyrzeczenia się ziemi. Jest on socjalistą dokąd ziemię może otrzymać, otrzymawszy, jest najzagorzalszym konserwatystą. Tę prawdę oddawna już zrozumiano na zachodzie. I mówił o tych wsiach „dobrowolnie” przystępujących do kolektywów pod karabinami, o krwawo tłumionych buntach chłopskich, o niewiarygodnym wyniszczeniu żywego inwentarza („lepiej konia zabić, niż dać do kołchozu”), o chlebie wypiekanym z przysłanego na zasiew ziarna lub z kory drzewnej. Element czynny na wsi to tylko przybysze z miasta, mieszkańcy wsi zachowują się biernie lub na każdym kroku stawiają zacięty twardy opór. Ale i na to znaleziono radę – utworzono wydziały polityczne przy stacjach maszynowo-traktorowych, których zadaniem jest utrzymanie w ryzach „klasowo – wrogich” elementów wsi należących do danej stacji. Za nastrój wsi odpowiada wydział polityczny stacji, najbardziej opornych wysyła się poprostu, jak za dobrych czasów Katarzyny II tysiącami na Syberję. Wsi sowieckich nie widziałem, w imię więc bezstronności spróbowałem zaoponować. Poddawałem w wątpliwość przymusowość przesiedleń, wysuwałem ich celowość, zwróciłem wreszcie uwagę na znane enuncjacje Heriota po zwiedzeniu przezeń Ukrainy, na której miało 3 zgórą miljony ludzi umrzeć z głodu w ciągu ostatniego roku, a którą Heriot znalazł wszak kwitnącą. Majster roześmiał się wesoło. Nie radzę panu opierać się na relacjach zagranicznych gości, tem bardziej, jeśli wizyty ich noszą charakter polityczny. Zaręczam panu, że Heriotowi pokazano dwie lub trzy wsie, które uprzednio zagospodarowano „na pokaz”, a przybysz, umyślnie zresztą przesadzał potem w opisach. Kredyty francuskie, panie, dostawy, śmiał się. Przyznam, że ta opinja majstra wydała mi się już dowodem rozmyślnej złośliwości i chęcią szkodzenia Sowietom, co w zestawieniu z renegacką przeszłością polityczną mego interlokutora, było zgoła prawdopodobne.

WYCIECZKI ZAGRANICZNE

Właśnie mu zamierzałem powiedzieć, co o tem sądzę, kiedy przerwał mi inżynier Niemiec. Pracowałem proszę panów – mówił – długi czas w Kuzniecku, potem na Uralu, obecnie w jednej z fabryk w okręgu przemysłowym Moskiewskim i widziałem niejednokrotnie, jak wygląda ta rozreklamowana już dziś, swoboda zwiedzających. W zakładach, gdzie pracowałem ostatnio były dwie kuchnie: jedna dla specjalistów zagranicznych i inżynierów sowieckich, druga dla robotników. Robotników żywiono bardzo podle przy stałym braku tłuszczów i jarzyn. Niejednokrotnie, bezskutecznie niestety, podnosiłem, że niedożywianie to zmniejsza ogromnie intensywność pracy robotnika, co jest jednym z powodów opóźnień fabryki w wykonaniu planu. Przyznawano mi słuszność lub przeczono, ale poprawa nie przychodziła. Któregoś jednakże popołudnia przed kuchnię robotniczą zajechało sześć wielkich ciężarowych samochodów t. zw. „gruzowikow”, z których zaczęto wyładowywać wory mąki, kilkaset głów pięknej kapusty, jakieś konserwy, całe worki kartofli i kosze świeżych jarzyn. Przywieziono też półtora samochodu pięknego świeżego mięsa i kilka skrzyń białych, jak śnieg fartuchów. Reforma, pomyślałem i podzieliłem się tą nowiną z przechodzącym sowieckim inżynierem Ten uśmiechnął się tylko i odszedł nie wypowiedziawszy ani słowa. Z tem samem zachowaniem spotkałem się w budynku dyrekcyjnym. Nazajutrz specjalni dziesiętnicy dopilnowywali mycia się robotników przed obiadem. Tym, co mieli bluzy najbardziej zniszczone wydano nowe prosto spod igły. Olbrzymia sala jadalna zmieniła zupełnie swój wygląd. Czystość aż pachniała zewsząd, świeżo myte okna rywalizowały swym blaskiem z bielą stołów i ław, między którymi uwijała się służba kuchenna odziana w śnieżne fartuchy i przepaski na głowie. Robotnicy otrzymali na obiad pożywną zupę na mięsie, kotlety wołowe z kaszą, a na deser herbatę i po pół tabliczki czekolady. Tajemnica jednak wyjaśniła się szybko. Na obiedzie była obecna wycieczka inżynierów cudzoziemskich, dwie partje turystów zagranicznych przybyłych w luksusowych autach „Inturista” i wycieczka robotnicza z jednego z państw zachodnio-europejskich. Następnego dnia odjechały wprawdzie białe fartuchy i niezużyte produkty, ale wrażenie zrobione na cudzoziemcach pozostało i po powrocie do kraju, każdy z nich mógł wiele opowiadać o świetnych warunkach, w jakich żyje i pracuje robotnik w „państwie proletarjatu”.

I tu miałem pewne zastrzeżenia. Przecież wśród zwiedzających – twierdziłem, łatwo może trafić się ktoś mówiący po rosyjsku, może wdać się w rozmowę z pierwszym lepszym robotnikiem, a czy nie znajdzie się wówczas odważniejszy, który powie tym cudzoziemcom całą prawdę w oczy. Inżynier i majster roześmieli się. Oto niech pan będzie spokojny. W promieniu dwudziestu metrów od oprowadzanej wycieczki nie wolno jest nikomu przejść nawet, z nieupoważnionych do tego, pracowników zakładu. Pozatem wycieczka ma pełną swobodę ruchów i każdy na kogo się natknie zaręczam panu jest odpowiednio już zawczasu na to spotkanie „przygotowany”.

G. P. U.

A jeśli mimo to, do jakiegoś nieoczekiwanego wybuchu, by doszło, to winowajca wobec cudzoziemców zostanie spewnością przedstawiony za umysłowo-chorego, a sam zbudzony będzie najbliższej nocy przez nagłą rewizję. Bez względu na jej wynik powiezie go cichomknący samochód do niedalekiej Moskwy „na Butyrki”, które są centralą najwpływowszej i najpotężniejszej chyba na świecie policji politycznej dawnego G. P. U. Ciekawy pan może, co dalej -ciągnął inżynier. Dalej przesiedzi, nie znając nawet powodu aresztowania dni 4 lub 8, a zrospaczonej rodzinie w okienku przy bramie powiedzą, że w toku wstępnego śledztwa wszelkie komunikowanie się z aresztowanym jest wzbronione. Po tygodniu dręczącej niepewności „odczytany” zostanie mu „wyrok” z rozprawy, w której nigdy nie uczestniczył i o której nigdy nie słyszał. Postanowieniem administracyjnego kolegjum skazany zostanie za szpiegostwo… najchętniej używany fortel w tych razach, lub za należenie do akcji kontrewolucji… na 10 lub 15 lat zsyłki i nocą pod bagnetami opuści specjalnym pociągiem wiozącym kilkaset takich samych „przestępców” Moskwę najczęściej nazawsze.

Pan może powie, że to wspomnienia przeszłości, że to tak było kiedyś, że teraz w epoce gospodarczej rozbudowy Z. S. R. R. wszystko się zmieniło. Tak, kiedyś rozstrzeliwano, a dzisiaj się zsyła i to się tylko zmieniło. Byłe Gławnoje Politiczeskoje Uprawlenie przy Sowiecie Komisarzy Ludowych (przy sowieckiej radzie ministrów), a dzisiejsza policja polityczna jest organizacją działającą sprawnie i w najgłębszej tajemnicy przez co wzbudza niebywały postrach w każdym obywatelu czerwonego państwa. Rozporządza olbrzymią świetnie wyekwipowaną i odzianą armją, a do tajnych jej funkcjonarjuszy „należą dziesiątki tysięcy ludzi”, od zajmujących najwyższe stanowiska państwowe i partyjne, aż do konduktorów kolejowych, czy na najniższym szczeblu pracujących robotników. Gwarantuje to G. P. U. wszechwiedzę, nic nie schodzi jej uwagi, żadne nadużycie, żadne niedociągnięcie i żadna… nieprawomyślność. I niech ktoś mi usiłuje wmówić, że twarz przeciętnego obywatela Z. S. R. R. ma jakieś dostojeństwo powagi, to przyznam, że ja na tych twarzach znużonych, powleczonych ziemistą cerą, oczekujących niewiadomego nigdy losu, widziałem tylko zastygły pod maską obojętności lęk. I może ktoś zarzucić setkami ilustrowanych pism sowieckich, wykazujących czarno na szarym papierze (na jakim z braku lepszego przeważnie są drukowane), szczęśliwość robotnika w Z. S. R. R. i zawierających fotografje dziesiątków setek tysięcy roześmianych, tchnących radością twarzy obywateli i obywatelek ojczyzny proletarjatu – nie uwierzę. Tak, jak nie wierzę porywającym deklaracjom ogłaszanym w sowieckiej prasie i podających do ogólnej wiadomości, że na zebraniu robotników jakiejś tam fabryki „dobrowolnie” uchwalono podwyższyć o 100% normy produkcji wyznaczone przez ogólno-państwowy plan gospodarczy. Inżynier umilkł i w przedziale zapanowała cisza, przerywana tylko astmatycznem chrapaniem mego szefa.

Sięgnąłem po coś do wewnętrznej kieszeni płaszcza i natrafiłem na kupioną w warszawskim dworcu polską wieczorną gazetę. Rozwinąłem ją i na pierwszej stronie przeczytałem: „Wzrost stopy życiowej w Sowietach” i tekst „Wczoraj powróciła z Moskwy do Warszawy wycieczka”…

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close