Jest jedno takie miasto w Polsce

(Korespondencja własna „Buntu Młodych”)

Łódź, w styczniu.

Tragedja robotnicza w Łodzi. Noc Wigilijna na podwórzu fabrycznym. Oszukiwanie robotnika polskiego w jego własnym państwie domaga się ingerencji władz. Co na to czynniki miarodajne?

Jest jedno takie miasto w Polsce, o którem – choć się może zdaje inaczej – mało kto wie, że wogóle istnieje. Pozbawione komunikacji lotniczej, międzynarodowych połączeń kolejowych, zaniedbane w planach gospodarczych rządu, miasto o którem tyleby trzeba myśleć „miarodajnie”, że się najchętniej wcale nie myśli.

Miastem tem jest Łódź. Na ten temat zresztą wiele już pisała miejscowa prasa, my chcemy zająć się inną sprawą – losem tych, którym najtrudniej może, zaważyć na szali opinji publicznej – losem łódzkich robotników. Wieczór wigilijny tej zimy nie dla wszystkich upłynął pogodnie, najcięższą jednak chwilą był on dla dwóch tysięcy robotników zgromadzonych na podwórzu Schlöesserowskiej Manufaktury w Ozorkowie, jednej z większych w okręgu łódzkim. Przed trzema tygodniami wymówiono pracę 2000 rzeszy roboczej, przyczem dyrekcja fabryki tłumaczyła się brakiem gotówki. Ponieważ jednocześnie zarząd wydzierżawił fabrykę niejakiemu Foglowi i zawarł z nim cichą umowę o uruchomienie warsztatów tylko na 2 dni w tyg., robotnicy zastrajkowali, chcąc zmusić dzierżawcę do dotrzymania umowy, której poprzednia dyrekcja nie dotrzymała. W czasie redukcji zarobków zarząd Schlösserowskiej fabryki zaproponował bowiem robotnikom obniżkę 15% obiecując wzamian zato zwiększyć ilość dni pracy z dwóch do pięciu. Robotnicy przystali na te warunki jednak dyrekcja pomimo skrupulatnego potrącania nie zwiększyła ilości dni roboczych, wywołując tem zrozumiałe rozgoryczenie.

Jeżeli dodać do tego, te przeciętny zarobek dzienny robotnika wynosi 4 zł., co czyni w ciągu tygodnia 7 zł. z groszami po obliczeniu sum na świadczenia socjalne, to trudno się dziwić, że rozpoczęto włoski strajk. Strajk wybuchnął 23 grudnia. Dnia tego 1200 robotników zostało na terenie fabrycznym. Zarząd fabryki sprowadził policję z Ozorkowa. Pomimo to jednak 1200 robotników pozostało nadal na terenie fabrycznym. Wówczas dyrekcja po prostu odcięła głodującym robotnikom dowóz żywności, lecz i tego widocznie jeszcze było mało. Wyłączono jeszcze elektryczność i rury parowe. Tymczasem z zewnątrz udała się delegacja robotników do starosty, prosząc o interwencję. Z inicjatywy tego ostatniego miała się odbyć konferencja w fabryce. Ze strony władz obecny był wicestarosta, komendant policji, następnie zjawiła się w komplecie delegacja robotników. Nadaremnie czekano jednak na dyrektora fabryki Eborowicza. Pan ten, nadesłał list z Łodzi, że… nie ma czasu przybyć na konferencję, ponieważ wyjeżdża do Warszawy. Tymczasem parafianie z inicjatywy księdza kanonika Stypułkowskiego wzruszeni niedolą strajkujących zorganizowali ad hoc zbiórkę w wigilję Bożego Narodzenia. Zebrano 2000 strucli i 2000 opłatków, a ksiądz kanonik Stypułkowski wpuszczony na teren fabryczny porozdzielał dary głodującym i odprawił pasterkę ranną. Po nabożeństwie odczytał robotnikom list Jego E. ks. biskupa dr. Tymienieckiego, który powiadomiony o strasznym położeniu strajkujących zwrócił się do nich za pośrednictwem ks. kanonika ze słowami otuchy. Robotnicy oświadczyli księdzu, że jeśli mają umrzeć śmiercią głodową, to wolą zginąć na terenie fabrycznym. Wobec zdecydowanej postawy robotników nowy dzierżawca Fogel postanowił uruchomić fabrykę z dniem 10 stycznia na 5 lub 6 dni w tygodniu przyczem obiecał nie wprowadzać żadnych potrąceń. Odniesiono zwycięstwo, lecz tegoż dnia pogotowie wywiozło z fabryki 30 osób, które omdlały z głodu i wycieńczenia…

Tragedja robotników w Ozorkowie nie jest jednakże wypadkiem odosobnionym. Nie tak dawno w jednej z największych łódzkich fabryk włókienniczych robotnikom pobierającym już od dłuższego czasu połowę zarobku w naturze, kiedy zaległości sięgały 5 tygodniówek zaproponowano, aby i drugą połowę pobierali w ten sposób, a gdy nie mogąc przyjąć tych warunków doprowadzeni do ostateczności, postanowili na znak protestu nie opuszczać dziedzińców fabrycznych, zarząd kazał pod pretekstem polewania trawników, zmusić ich strumieniami lodowatej wody, do opuszczenia fabryki. Może pomyśli ktoś, że w ten sposób zapobiegano rozruchom, sabotażowi. Nic podobnego, pozbywano się tylko niewygodnych gości. Fakt ten dotarł do opinji publicznej jedynie dzięki temu, że fabryka jest jedną z największych, a w akcji brała udział wielka liczba robotników. Natomiast to wszystko, co dzieje się w całym szeregu mniejszych i drobnych zakładów przemysłowych poprostu zupełnie nie przenika do świadomości ogółu. Najpopularniejszy bowiem jest t. zw. „przemysł anonimowy”. Na małej kilku okiennej sali, gdzieś na przedmieściu położonej fabryczki, ustawia się sześć, siedem warsztatów tkackich, angażując do nich robotników i rozpoczyna się robota. Który z robotników skończy pracę na swoim warsztacie, otrzymuje pod pozorem, że „tak będzie wygodniej”, inny warsztat, a na jego miejsce przychodzi drugi. Wypłaca się zwykle tylko à conto. Naraz pewnego dnia robotnicy, którzy stawili się rano do pracy zastają drzwi fabryki zamknięte, nikt nic nie wie. Okazuje się, że „Fabryka została zlikwidowana”. Robotnicy nie mogąc – rzecz prosta – otrzymywać pracy gdzieindziej, zgłaszają się jako bezrobotni po zapomogę. I tu dopiero wychodzi wszystko na jaw. Oto poprostu robotnicy nie byli ubezpieczeni na wypadek bezrobocia i nie mają teraz prawa do zasiłku. Stale przenosili się od jednego warsztatu do drugiego, ale teraz dopiero dowiadują się, że na sali, gdzie pracowali nie była jedna, ale dwie lub trzy firmy, a oni nic o tem nie wiedząc „sami przenosili się” z jednej firmy do drugiej. Ustawa bowiem chroni robotnika przed zmianą właściciela zakładu przemysłowego, nie chroni go jednak przed zmienianiem przezeń firmy, w której pracuje.

Czasem ma miejsce inne zakończenie. Robotnicy, którzy pobierali wynagrodzenie tylko „à conto” wytoczyli sprawę pracodawcy o resztę należności, nie tylko, że nie otrzymują tej reszty ciężko zapracowanego wynagrodzenia, ale wogóle nie mogą udowodnić przed sądem, że pracowali w danej firmie – brak im bowiem książeczek ubezpieczeniowych, których nie wydał im fabrykant, aby nie opłacać składek. Często bywa i tak, że z robotnikami załatwia wszystko jakiś pracownik firmy, podając się za właściciela, a kiedy robotnicy, zaskarżą go o wypłatę należności, udawadnia z łatwością, że właścicielem firmy nie jest, a szef wyjechał w niewiadomym kierunku. W konsekwencji sprawę się umarza z powodu braku… pozwanego, a robotnicy nie otrzymują nic. I nie są to wypadki pojedyńcze spowodowane wyjątkowem położeniem firmy, bynajmniej, te wszystkie pozycje wlicza się do kalkulacji, przewidując wszelkie możliwe konsekwencje prawne i zgóry obmyślając środki, pozwalające ich uniknąć. Walka z tego typu nadużyciami jest tem cięższa, że jest to w przeważającej mierze przemysł anonimowy, t. zw. tkalnie zarobkowe, pracujące na rachunek właściciela surowca, których liczby ani nazwisk niesposób skontrolować. Te t. zw. „hotele”, to największa plaga dla łódzkiego świata pracy. Stosunki w przemyśle anonimowym mają jeszcze i tą złą stronę, że podrywają u robotnika autorytet prawa, skoro mu ono nie może zapewnić należytej ochrony przed wyzyskiem, a stąd już krok jeden do straty zaufania do państwa jako źródła wszelkiego prawa. I nad tem wartoby się więcej niż dotąd zastanowić.

Wspomniane „Hotele” są też plagą dla średniego i ciężkiego przemysłu, prowadząc niesumienną dziką konkurencję, ale i w zakładach wielkiego przemysłu nie jest lepiej robotnikowi. Jeden z sekretarzy związków zawodowych opowiadał mi następujący wypadek. Pewna firma łódzka, dzierżawiąca przy ul. Rzgowskiej fabrykę od brata jednego ze znanych polskich tennisistów (mniejsza o nazwisko właściciela firmy) posiada filję swoją w Rudzie Pabianickiej, oddalonej od Łodzi o 15 – 20 minut jazdy tramwajem dojazdowym. W filji tej na tle obniżenia płacy o 15% co przy uwzględnieniu przeprowadzonej równocześnie racjonalizacji równało się obniżce 30%, wybuchł strajk. Dyrekcja pod grozą represji kazała robotnikom z centrali po przepracowaniu 8 godzin jeździć do filji i tam pracować następne 8 godzin. Mniej posłusznych wpychano wprost w podwórzu fabrycznem na samochody ciężarowe i przewożono do Rudy. Niezależnie od tego każdy kto zgadzał się agitować wśród strajkujących robotników filji, otrzymywał dodatkowo 20 zł. dziennie „na wódkę”. Po złamaniu temi metodami strajku momentalnie zwolniono 350 „niepotrzebnych” już robotników, wystawiając im wbrew oficjalnej opinji inspektora pracy, karty do Funduszu Bezrobocia, stwierdzając zwolnienie na własne żądanie, co pozbawiło robotników zapomogi. Dopiero bezpośrednie negocjacje inspektora pracy z F. B. pozwoliły zwolnionym robotnikom podjąć należne im zapomogi. Warto tutaj zaznaczyć, że główny właściciel omawianej firmy jest obywatelem niemieckim. Nie wiem właściwie ile ta okoliczność mogłaby tłumaczyć w omawianej sprawie, wiem natomiast że jest w Łodzi kilka fabryk, na czele których stoją „specjaliści” obywatele niemieccy, stawiający jako warunek przyjęcia robotnika do pracy, znajomość niemieckiego. Najwyższy czas, żeby wobec klęski bezrobocia inteligencji polskiej przeprowadzić należytą ochronę rynku pracy przed zalewem tych „speców” pasożytujących dzięki swym stosunkom z zainteresowanym u nas kapitałem, na gospodarczym organizmie Polski.

Mówiąc o kierownikach-cudzoziemcach, nie mogę nie wspomnieć, o dyrektorze pewnej fabryki przy ul. Wólczańskiej, Węgrze, który wszelkie najdrobniejsze choćby i jaknajbardziej słuszne pretensje robotników, traktuje jako wystąpienia komunistyczne i chętnie kierowałby je do prokuratora, gdyby nie były tak bardzo bezzasadne. Cytuję ten wypadek, jako jeden z wielu, stara to bowiem bajeczka, że głodnych i wyzyskiwanych przez siebie najwygodniej jest przedstawić jako komunistów. Nie wspominam tu już o znanym naogół wyzyskiwaniu płciowem robotnic przez majstrów fabrycznych, pod grozą pozbawiania pracy, o wpisywaniu do książeczek dla ukrycia horendalnie niskiej płacy zamiast sześciu, trzech dni roboczych tygodniowo, przez co skala zarobku dziennego wydaje się normalną. Nie będę tu już mówił o tych adwokatach przy pomocy prawnych wybiegów wygrywających sprawy o płace przeciwko robotnikom, którzy to mecenasi za przeprowadzenie układu z wierzycielami upadłej firmy dostają do 15 tysięcy zł., t. j. akurat tyle, ile wynosiły razem wzięte pretensje wszystkich robotników, ani o podpisach stwierdzających in blanco, zgóry przez świeżo przyjmowanych robotników, że wynagrodzenie za urlop (który im się dopiero będzie należał), już otrzymali. Trudno tu mi wyliczać wypadki szeroko rozpowszechnionego kupowania od robotników za 1/8 zasądzonej sumy wyroków, przysądzających robotnikowi zaległą płacę, przyczem wyroki tę skupują zwykle „zaufani” firmy, „zaoszczędzając” w ten sposób krocie dla fabrykanta z krzywdą robotnika. Pomijam tu też sprawę t. zw. uczniów albo „chłopców”, którzy będąc żonatymi, obarczonymi nieraz czworgiem dzieci czterdziestoletnimi mężczyznami, stale są opłacani jak praktykanci, pomimo, że oddawna możnaby ich zaliczyć do wykwalifikowanych robotników. Pomijam już te i wiele, wiele innych krzywd łódzkiego robotnika, zbyt wieleby zajęły tu miejsca i byłyby zbyt dużem nagromadzeniem goryczy.

Można wiele rzeczy zrozumieć, można brać pod uwagę najcięższe warunki gospodarcze, wielkie ofiary, jakie na drodze zdobywania rynków zbytu i utrzymywania się na nich musi ponosić nasz przemysł. Można rozumieć nawet ciężką konieczność obniżenia i tak głodowych zarobków, nie wolno jednak tolerować przemocy silniejszego nad słabszym przechodzącej w najzwyklejsze oszustwa. Nie wchodzimy tutaj w przyczyny, możliwe, że jedną z nich jest obcość pochodzeniem i narodowością łódzkiego przemysłowca wobec polskiego robotnika. Faktem jest natomiast, że pod grozą utraty dla idei państwowości polskiej kilkuset tysięcy robotników łódzkich ten stan rzeczy nie może być tolerowany. W Łodzi „nic się nie stało takiego”, na szczęście nie doszło do żadnego wybuchu długo dławionych uczuć, do żadnego gwałtownego wyładowania namiętności, słowem nie zaszedł żaden wypadek, któryby uprzytomnił tam w Warszawie, jak tu jest źle. Niemniej jednak w dobie tak ciężkiego kryzysu gospodarczego, który specjalnie Łodzi daje się we znaki, może bardziej niż kiedykolwiek należy sobie przypomnieć, że „jest jedno takie miasto w Polsce”…

W. P.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close