PERSONALJA

Kiepura

Zdarzyło się, że znakomity tenor polski Jan Kiepura po ostatnim swoim występie odśpiewał w nocy wobec zebranych tłumów – hymn narodowy.

Fakt sam przez się nie jest tak doniosły by należało go specjalnie omawiać. Nie zastanawialibyśmy się dłużej i nad osobą śpiewaka, bezsprzecznie jednego z najznakomitszych tenorów świata a najlepszego dziś tenora polskiego.

Jan Kiepura - zdjęcie portretowe z 1935 roku

Jan Kiepura – zdjęcie portretowe z 1935 roku (źródło: http://acertaincinema.com)

Kiepurze winien jednak, mimo wszystko, wystarczyć dział recenzyj muzycznych oraz szpalty tych pism, które mają te lub inne powody do reklamowania go od strony kulis.

Pod tym względem nie chcielibyśmy robić konkurencji np. „Polsce Zbrojnej”, która z przyczyn zupełnie niezrozumiałych, uważała za stosowne podać nieprawdziwe i niesmaczne informacje o „wojennych” zasługach i „niepodległościowych” bojach śpiewaka, tak, jak gdyby informacje te były niezbędne do należytej oceny wielkiego talentu i możliwości dobrze zasłużonego w propagandzie polskiej artysty.

Chcielibyśmy jednakże zastanowić się nad pewnemi zjawiskami społecznemi i psychologicznemi tak wyraźnie ujawnionemi w okresie pobytu Kiepury w Warszawie.

Kiepurze wolno gadać co mu się podoba. Od tego ma on piękny glos. Od tego jest sławnym tenorem. Nie umniejsza w niczem jego sławie, że to co mówił przypominało żywcem Eugenjusza Oniegina: „Kak gosudarstwo bogatiejet i t. d.”.

Ale jak wyglądają ci wszyscy panowie, którzy na serjo traktują tę gadaninkę sławnego tenora. Jak wyglądają te wszystkie konferencje, dyskusje, obiadowe mówki o kryzysie o „wyprowadzeniu państwowej łodzi” („płyń barko moja…”) na czystą wodę „O promiennem słońcu przyszłości” („o sole mio!…”).

Nie znalazł się nikt ktoby powiedział świetnemu tenorowi – „zaśpiewaj lepiej, Jasiu!”

Tenor gadał a wszyscy słuchali rozwiesiwszy uszy uspokojeni, że nareszcie jest ktoś kto gada i… wierzy w to co gada.

Że jest ktoś kto „wyprowadzi z toni….”

Ktoś, kto „nie odda Gdańska…”

Ktoś, kto zapewnia że „wyjdziemy z kryzysu”.

Ktoś, kto pouczy że „są w Polce ludzie, którzy naprawdę kochają Ojczyznę”.

Zaiste pouczające to było widowisko. Pouczające dla każdego kto zechce wyciągnąć z niego wnioski. Okazało się że władza istotnie leży na ulicy, że wystarczy przyjść i krzyknąć już nie tylko mocnym barytonem lecz tenorem, ba nawet talcetem

„to – ja!”
i wszyscy będą słuchać ucieszeni i zadowoleni, że jest taki swój krzepki zdrowy, byczy chłopak. Wszyscy!
I kucharki…
I fryzjerzy…
I przemysłowcy…
I urzędnicy…
I dygnitarze…
I…

Któż zresztą nie słuchał Kiepury? Cala Polska jak długa i szeroka słuchała Mazurka Dąbrowskiego.

I tylko sceptycy kiwali głowami, nie bardzo wiedząc o którego Dąbrowskiego właściwie chodzi.

W państwie w którem niema czasu na zajęcie się najpilniejszemi sprawami, w którem ciągle coś analizuje się i zaczyna studjować od początku, naraz wszyscy, dosłownie wszyscy znajdują czas na słuchanie Kiepurowych planów i programów.

Ten pęd do rzeczy gotowych, do zdzierania formułek bylejakich i byle skąd, ujawnił się tu w całej karykaturalnej śmieszności. Bezkrytycyzm i brak własnego planu, przy którym wszystkie inne kiepurowate naddatki mogłyby być potraktowane z należytą pobłażliwością, obnażono tu z możliwie największym wdziękiem i dziewiczem zawstydzeniem.

I z tego punktu widzenia Kiepura przestaje być zjawiskiem sporadycznym. Niestety, to jest to już cały kompleks „Kiepurowatości” występujący, w formie czynnej i biernej.

„Kiepurowatość” – to płytki i nieinteligentny w tonie, a niesmaczny i demagogiczny w formie przejaw różnorodnej, bezsensownej i bezplanowej inicjatywy.

Roi się w Polsce od małych i wielkich „kiepurów”, którzy z bylejakiej odskoczni, z bylejakim bagażem zajmują czas i miejsce w historii narodu, który nie ma znów tak wiele czasu na zajęcie należnego mu miejsca.

Ta niezwykła gogolewska „lekkość myśli” z jaką domorosłe „kiepury” skaczą na głęboką wodę polityki, spraw socjalnych i gospodarczych jest zaiste zjawiskiem godnem pędzla Ajwazowskiego.

I tylko jedna rzecz różni ich od Jana Kiepury. Ten przynajmniej sam na siebie zarabia, a talentem swym robi wielką robotę, za którą słusznie należą mu się oklaski, wdzięczność i najwyższe odznaczenia.

Nasze „Kiepury”, których legjony całe, młodych i starych, widzimy i słyszymy, niestety, śpiewać nie umieją. I nie zarabiają na siebie. I nie robią żadnej roboty. I nic się im nie należy.

Jakże się to więc dzieje, że mimo to niczego im w Polsce nie brak?

Kiepura, jako się rzekło, jest wielkim tenorem. Od tenora wymaga się: głosu, kunsztu śpiewania i talentu aktorskiego. „Chłopak z Sosnowca” obdarzony jest wszystkiemi temi cechami ponad miarę. Od tenora nie wymaga się natomiast ani mądrości politycznej, ani wiedzy ekonomicznej, ani znajomości praw i nauk społecznych, ani talentu organizacyjnego i administracyjnego, ani krasomówstwa, ani genjalnych koncepcyj. Żeby być wielkim śpiewakiem, dobrze zasłużyć się w służbie dla wielkości i potęgi swego kraju tenor nie musi pisać rozpraw filozoficznych wygłaszać mów politycznych wypowiadiać się na ryzykowne tematy ekonomiczne. Nie jest obowiązany mieć własny program, budować własny światopogląd.

Nie musi! I w niczem to nie umniejsza jego wielkości. Bo poprostu zupełnie wystarczy jeżeli tenor jest wielkim tenorem. Jeżeli tenorowi nie wystarcza świadomość jego autystycznej wielkości i chce mimo to być wielkim mężem stanu, ojcem ojczyzny, mesjaszem politycznym to jest to jego prywatna sprawa. Ta prywatna sprawa zamienia się w publiczną, gdy okazałoby się że tenor jest pozatem wielkim, mądrym i doświadczonym człowiekiem.

Niestety, historja nie zna takich przykładów i chorobliwe ambicje tenorów pozostają ich wyłącznie prywatnemi sprawami, pasjonującemi najbliższą rodzinę, sekretarzy i opłacanych gryzipiórków.

J. Leski.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close