Migawki wschodnio – pruskie

Pociąg z Kowna odchodzi o szóstej wieczorem i po pięciu godzinach jazdy w kombinacji mieszanej, osobowo – pospiesznej, około jedenastej przychodzi do Królewca. Tak na terytorjum Litwy kowieńskiej jak i w Prusach Wschodnich jedzie się wygodnie w czystych, błyszczących i apetycznych pullmanach, choć tam idzie pociąg jako osobowy tylko, nie przekraczający granicy litewsko – niemieckiej. Wygląda to tak, jak gdyby litwini więcej dbali o wywarcie dobrego wrażenia nazewenątrz, niż tacy łotysze np., którzy pomimo wszystko zmuszają człowieka do wypowiedzenia kilku cierpkich i bardziej dosadnych słów pod ich adresem, kiedy po przekroczeniu granicy polskiej wsiada się do pociągu, co ma nas zawieść do Rygi.

Malbork - lata trzydzieste XX wieku

Malbork – lata trzydzieste XX wieku

Za towarzyszy podróży mieliśmy grupę żydów, wyjeżdżających częściowo do Palestyny a częściowo do Belgji i Holandji, Odprowadzał ich tłum krewnych i znajomych, wypełniający połowę dworca, podekscytowany i rozkrzyczany tłum orjentałów. Próby nawiązania rozmowy w języku, który im z pewnością nie mógł być obcy, jako kowieńszczukom i to ze sfer burżuazyjnych a nie proletariackich, nie powiodły się w zupełności. Przez chwilę mieliśmy wrażenie, jak gdybyśmy się znajdowali gdzieś między Tambowem a Tułą, tak wagon napęczniały był cały rosyjskością.

Pomyślnym natomiast rezultatem uwieńczone zostały próby konwersacji w języku polskim z młodym bramkarzem litewskim. Był to chłopak serdeczny, o oczach jasnych, jak bławat, roześmianych i lekko mgiełką pokrytych, mgiełką monopolową. Wracał bowiem właśnie ze zwycięskiego po raz pierwszy meczu litewskiego w Rydze. Dziesięciokrotnie nawracał i powtarzał cały przebieg z najdrobniejszemi detalami. A mówił śmiesznym żargonem polsko-rosyjskim, usprawiedliwiając się ciągle, że tak kaleczy polszczyznę, ale skądże miał nią dobrze posługiwać się, kiedy jest już z innego pokolenia i pochodzi gdzieś od Szak we Władysławowskiem z ilością polaków chyba tylko na lekarstwo.

By uczcić godnie to pierwsze litewskie zwycięstwo, zarazem goniliśmy wzdłuż pociągu w poszukiwaniu wozu restauracyjnego. Upierał się, że jest napewno doczepiony, tylko my go nie możemy znaleźć. Każdy taki wypad kończył się koniec końcem bufetem kolejowym i gonitwą za umykającym pociągiem.

Panie Kazysie! Gwiazdo sportu litewskiego! Jak to było wtedy właściwie z tym wozem restauracyjnym? Czyżby go naprawdę skryto tak umiejętnie i złośliwie przed nami?

Trudno w to uwierzyć, bo pan Kazys miał jastrzębie oczy i był wogóle morowy chłop. Sport polski znał bardzo dobrze z radja, a cały przebieg meczu Polska – Niemcy recytował jak wyuczoną lekcję. „Gdybyśmy się kiedy zetknęli teraz z Warszawą, niemaco, mielibyśmy ciężką rozgrywkę, choć my już Łotwę pokonali. Że my oddali goala, to temu winien jest „niech pan posłucha…”

W Wierzbołowie, po odbyciu niezbyt uciążliwych i w sposób uprzejmy przeprowadzonych formalności granicznych, ma się na tyle jeszcze czasu, by zaopatrzyć się na drogę w znakomite i przez smakoszów nawet poszukiwane papierosy litewskie, by po kilku minutach potem znaleźć się już w granicach III-ciej Rzeszy.

Dworzec w Eidkunach – to jeden z tych rzadkich na wschodzie imperjum niemieckiego, który na skutek wyników wojny nie zmienił swojego pana. Wielki, czerwony, pruski dworzec, dziś prawie zamarły w stosunku do świetnego okresu przedwojennego, kiedy odgrywał rolę bramy wjazdowej i wyjazdowej między Rosją a Niemcami.

Dotychczasowi „rosyjscy” towarzysze podróży przy zmienianiu pociągu rozproszyli się po licznych wagonach, przyczem odtąd już sporadycznie nieomal tylko słyszało się język rosyjski, wszechwładnie bowiem panowała niemczyzna w wydaniu bardzo charakterystycznem.

Eidkuny, tak, to nie brzmi jak Ebersdorf, Neustadt lub Nittau, lecz tak jak Swirtuny, Kiejdany, Kołumpiany, czy Widuny. Coś dobrze znanego i coś zupełnie bliskiego. Lecz już tylko jak nagrobny napis, bo ostatnia prusaczka umarła – lat temu zgórą sto, choć z drugiej strony w całym okręgu tylżyckim ciągle jeszcze spotkamy się z tubylcami, porozumiewającymi się po litewsku. Jak wygląd język pruski, tego wymarłego lub do szczętu zgermanizowanego plemienia bałtolitewskiego, dowiedzieć się możemy z przechowywanych pierwodruków biblijnych z XVI wieku w muzeum na zamku krzyżacko – książęco – cesarskim w Królewcu. Do jakiego stopnia ludność północnych partyj Prus Wschodnich, etnicznie litewska, uległa germanizacji, świadczą znane tarapaty kowieńskie z Kłajpedą i okręgiem kłajpedzkim. Jeśli chodzić będzie o właściwe Prusy Wschodnie, to dziś zasadniczo już prawie wszędzie germanizm osiągnął dolinę Niemna, czyli obecną polityczną granicę niemiecką.

Włóczyliśmy się ulicami Królewca, pachnącemi benzyną, rozpyloną gumą, oraz stęchłemi wyziewami, a tak charakterystycznemi dla wszystkich miast niemieckich a u nas Poznania, Torunia i Bydgoszczy. Ach, te bramy i dziedzińce poznańskie! Są to rzeczy podobno obecnie nie do zlikwidowania a związane ze znaną niemiecką nieporadnością i gruboskórnością w urządzaniu się i wogóle w budownictwie mieszkalnem.

Przechodząc gdzieś nad kanałem śródmiejskim, obramowanym w stare drzewa i młode, rozćwierkane pary, stanęliśmy przed fotosami kinowemi. Oglądnęliśmy się i zdecydowaliśmy się pójść. Chodziło bowiem o film regionalny z życia i o motywach wschodnio – pruskich.

Co do faktury nie był on nic ani lepszym, ani specjalnie gorszym od osławionego filmu polskiego. Nie było wprawdzie ułanów, czy kozaków, ale byli zato oficerowie pruscy, szarmanccy lub też z manierami policmajstrów krasnojarskich, w miarę sentymentalni a w miarę nahalni, z nieodstępnym monoklem, coś a la Conrad Veidt w „Siostra Marta jest szpiegiem”, jednem słowem na podobną receptę preparowani, jak w naszych wytwórniach. Była także i konieczna łezka wiejsko-dworkowa, jakiś zamek feudalny i patryarchalny jego pan, dosłownie swe obowiązki pojmujący przedewszystkiem w stosunku do płci odmiennej, co wywoływało niemało aplauzu i sympatycznych szmerków, właśnie z tej strony podnoszonych, było jakieś polskie dziewcze w rodzaju Jadzi Smosarskiej i koncepty nie wiele ustępujące poziomowi naszych szmoncesów. Pozatem były też jednak i przepiękne fragmenty z krajobrazu mazurskiego,  okrągłe blond dziewczęta mazurskie, jeziory, lasy i senne miasteczka.

I wtedy uświadomiłem sobie, czem Prusy Wschodnie są dla Niemiec. Nie ze względów politycznych, dyplomatycznych czy ekonomicznych, ale ze względów uczuciowych, najbardziej istotnych i emocjonalnie więc par excellence aktywnie uzasadniających wszystkie tamte i inne.

Prusy W. dla zurbanizowanych i zindustralizowanych Niemiec to kraj pełen czaru, romantyzmu i egzotyzmu, kraj tysiąca jezior, lichej ziemi, lecz głębokich borów, w których nietylko z wilkiem, lecz i z łosiem można się spotkać. To kraj rzadkiej ludności, lecz zawsze egzotycznej, bo o odmiennym i różnym składzie etnicznym, a conajmniej o rożnem pochodzeniu, wiążącem się dla przeciętnego niemca z tem, co sobie wyobraża pod pojęciem świata wschodnio – europejskiego, jakżeż dla niego obcej więc i ciekawej atmosfery. Prusy Wschodnie to dla niego więcej, niż dla nas Polesie, czy nasze kresy litewsko – ukraińskie, które Marsz. Piłsudski przyrównał kiedyś do obwarzanka „naokoło – coś, a w środku – dziura”, lub dla Rosji Syberja czy Kaukaz. Są one jeszcze czemś więcej. Są one poważnym wkładem energji i kapitału, nie koniecznie w znaczeniu finansowo – narodowego, terenem wielkich klęsk i wielkich zwycięstw. I właśnie my, kresowcy litewsko – ukraińscy lepiej zawsze zrozumiemy kresowców wschodnio – pruskich, niż ktokolwiek inny.

Dzieje tego kraju nietylko złożone są w archiwach i bibliotekach i nietylko dowiedzieć się o nich można z specjalnie preparowanych podręczników szkolnych, lecz także wypisane są one w nazwach stacyj kolejowych, na słupach przydrożnych, szyldach sklepowych, lub w książkach telefonicznych. Wymowa ich jest mocna, dosadna, dramatyczna i niewątpliwa.

I bywa też tak, że odczytując nazwiska, umieszczone na tarczach herbowych w kaplicy zamku królewskiego, raz po razie przystaniemy, gdy będziemy odcyfrowywać „Fürst Radziwill” lub „Graf Krasitzki”, „Graf Raczyński”, czy „Milewski” i dziesiątki innych podobnych nazwisk o dźwiękach dobrze nam znanych.

I bywa jeszcze tak, że może ci się zdarzyć trafić kiedy do takiego małego – a zacisznego kościołka, przytulonego do murów fortecy malborskiej. Przy wejściu znajdziesz tam pamiątkową tablicę ku czci tych, którzy polegli bohatersko „für König und Vaterland”. Podchodzisz i zaczynasz czytać:

1. Johann Kolankowski,
2. Johann Bagiński,
3. Johann Stubowski,
4. Johann Milanowski,
5. Johann Radki,
6. Carl Olszewski,
7. Andreas Malowski,
8. Johan Flindt,
9. Johan Sztawitzki,
10. Samuel Mikowski,
11. Johan Bürger,
12. Johan Kirsch,
13. Wilhelm Tulikowski,
14. Godfried Hoffman.

Tacy to więc stuprocentowi niemcy, rodem z krzyżackiego Malborga ginęli ofiarnie „für König und Vaterland”.

Umarli nie mogą już mówić. Pójdziesz więc szukać na nie odpowiedzi w świat żywy. Jest dzień gorący, żar słoneczny przelewa się, jak rozpalony piasek, przerzucany z ręki do ręki przez rozbawione dzieci na plaży nadmorskiej. Wzdłuż rynku malborskiego,  ujętego w podcienia rozłożyły się przekupki ze swemi towarami. Zbliżasz się do jednej z nich i zakupujesz kiść winogron, orzeźwiających i słodkich. Jeśli ci sprzedała je pani Schimczakowa, nie łudź się, byś tranzakcję mógł był przeprowadzić w języku dla niej już dawno wymarłym.

A kiedy skierujesz swoje kroki ku zanikowi i przeszedłszy ogromny dziedziniec, znajdziesz się przed budką odźwiernego, to i tutaj nie łudź się, byś mógł porozumieć się przy załatwianiu wszelkich formalności w związku ze zwiedzaniem w twoim języku, choć na bilecie będzie jak wół napisane, że tym odźwiernym jest pan Kalinowski, który w czasie wojny sławę oręża ojczystego, t. j. niemieckiego roznosił daleko do Francji, Polski, Litwy, Finlandji, Ukrainy i Krymu.

Bywa jednakowoż i jeszcze tak.

W okolicach historycznego Grunwaldu, Tannenbergu i Olszynka lat temu dwadzieścia została rozegrana jedna z wielkich decydujących bitew wojny światowej. Tu też w specjalnie zbudowanem mauzoleum, po prusku ponurem, ciężkiem i brzydkiem, lecz imponującem, spoczął niedawno zmarły a sędziwy feldmarszałek i zwycięski wódz w tej bitwie, pochowany wśród swoich wiernych i żelaznych żołnierzy.

Jest to miejsce dziś narodowego kultu i masowych pielgrzymek.

By ułatwić pielgrzymującym zorjentowanie się w przebiegu tego pamiętnego boju, zmontowano rodzaj reliefowanej panoramy z konstrukcją elektryczną dla uplastycznienia ruchów posuwających się i walczących oddziałów.

I może zdarzyć się, że oprowadzający was, posłyszawszy mowę polską wśród zabłąkanych w te strony turystów zza niedalekiego kordonu, wpadnie sam w jej melodję i w waszym języku zacznie opowiadać o zagrożonym Vaterlandzie, o wielkim feldmarszałku i dzielnych jego wojskach, o tysiącach ruskich potopionych w jeziorach mazurskich i o zawsze zwycięskiej naszej ojczyźnie pruskiej. To nic, że opowiadanie to będzie czasami fastrygował wam wstrętami i frazesami niemieckiemi, bo będzie to ten sam język, jaki codzień słyszycie na rynku w Przasnyszu, Łomży, Lidzbarku i Nasielsku. I może jeszcze okazać się, pan Madaliński A wtedy zapewne nie będziecie mieć żadnych wątpliwości.

Co tu dużo gadać. Zygmunt Stary był wielkim, renesansowym królem, ale co do Prus Wschodnich okazał się politykiem nieprzewidującym i krótkowzrocznym, poprostu strzelił grubego byka, stwarzając problem wschodnio – pruski. Gdyby był wtedy jako suweren nie dopuścił do przejścia tego kraju w ręce brandenburskich Hohenzollernów, być może inaczej wyglądałaby mapa Europy w tej części swojej, inaczej ułożyłyby się może dzieje Polski i Wielkiego Księstwa a powierzchnia tarcia polsko – niemieckiego wiele straciłaby na swojej chropowatości i kanciastości, co wyszłoby tylko na lepsze obu narodom.

Stało się inaczej. W wyniku tego zrodziło się nastawienie ofenzywne w stosunku do naszego Pomorza i defenzywne w odniesieniu do swoich Prus Wschodnich, jak z drugiej strony znane projekty parcelacyjne Komitetu Narodowego z czasów traktatu wersalskiego. Jeszcze do dziś dnia Prusy zawalone są propagandową bibułą w rodzaju „Prusy W. zawsze były niemieckie i niemieckie pozostaną”, gdy równocześnie w Kownie w każdym kiosku można dostać broszury, propagujące ich parcelację i stworzenie nowego państwa bałtyckiego. Rozumiemy stanowisko niemieckie, a oni rozumieją nasze polsko – litewskie. Im więcej to wzajemne rozumienie się będzie ugruntowywać, tem będzie zmniejszać się ta nieopatrznie stworzona nasza wspólna powierzchnia tarcia.

St. Żejmis.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close