Włodzimierz Popławski

O Ukraińców i Rusinów

Kiedy Użhorod otulił się czarną opończą nocy, z prywatnych mieszkań łyków – radjo, a z licznych knajp – cygańskie orkiestry sączą płaczliwe, to znów ogniste melodje węgierskie.

Może w Galago ten i ów czeski „czynownik” szuka cierpliwie na swym odbiorniku Bratislavy czy Pragi, foxtrottów czy ludowych „pieśniczek”, ale całe miasto wieczorem żyje pod znakiem melodyj węgierskich, tak jak w dzień mowę czeską wyraźnie przygniata madziarska.

Tak jest w Użhorodzie, i w Jasinie, i w Mukaczewie, i w Czopie. Tak jest na całej Rusi Podkarpackiej, a już napewno na nizinie i w najmniejszych chociażby mieścinach, gdzie 60 – 70% mieszkańców stanowią Żydzi.

Żydzi ruscy mówią po czesku niechętnie, zato węgierskim posługują się częściej niż żargonem…

Tysiąc lat węgierskiego panowania, świeże wspomnienia względnego dobrobytu, który dawała nietylko omówiona w poprzednim reportażu Nairegyhaza, ale chłonność całego rynku węgierskiego, wszystko to nawet obraz węgierskiego żandarma utrwaliło w znacznie korzystniejszem świetle niż żandarma czeskiego.

ROSYJSKIE ZAKUSY.

Tysiąc lat trwała ta ziemia w jakgdyby sennej ciszy, dopiero przed wojną europejską zwróciły się na nią oczy potężnego imperjum rosyjskiego.

Zaczęła się robota polityczna, ostrożna, misterna, narazie ograniczająca się do propagowania powrotu ruskich grekokatolików na łono cerkwi prawosławnej. Stopniowo z szlaków cerkiewnych zaczęto prześlizgiwać się na tereny bardziej świeckie. Mikroskopijne grupki inteligencji ruskiej zaczęły, sprytnie zaagitowane przez niestrudzonego Curkanovicza, propagować rusofilski kierunek narodowy, coraz głośniej przebąkując o konieczności autonomji, o stworzeniu wielkiej, niepodzielnej Rusi, któraby z jednej strony granice swe wytyczyła pod Popradem z drugiej zaś nad… Oceanem Spokojnym.

Chłopstwo „werchowiny” te wszystkie Hucuły, Bojki czy Łemki słuchały dość obojętnie, aczkolwiek nie bez pewnych sympatyj jakie stwarza zwykle perspektywa połączenia z wielkim i potężnym sąsiadem.

Akcję na szerszą skalę utrudniały z jednej strony poprawne, przynajmniej na pozór, stosunki obydwu mocarstw, z drugiej, i to głównie, dominujące w Rusi wpływy inteligencji węgierskiej, wiodącej prym w życiu tego kraju. Wojna, sukcesy wojsk rosyjskich walczących z Austrjakami, wszystko to jeszcze bardziej podsyciło rusofilskie tendencje Rusi, w której wówczas nikt pewno i nie słyszał ani o Ukraińcach, ani tymbardziej – Czechach.

PRZYKRA NIESPODZIANKA.

– Przyznanie Rusi Podkarpackiej Czechom, – mówi mi jeden z użhorodzkich znajomych, autochton świetnie zorientowany w życiu tego kraju, – dla nas, Rusinów było niespodzianką, dla Węgrów – ciosem. Nic też dziwnego, że pod wpływem tego ciosu, bardzo bolesnego, zaczęła się z Rusi masowa emigracja inteligencji węgierskiej. Gdyby pan to widział… Ci ludzie likwidowali wszystko z pasją bankrutów, czego nie mogli sprzedać, zostawiali, aby tylko godziny nie być dłużej pod czeskimi rządami. I oto Czesi dostali kraj nieomal całkowicie pozbawiony inteligencji, a przecież kraj wyjątkowo bogaty i przez to samo już wymagający umiejętnej administracji i gospodarki.

ARMJA HALICKA.

Od polskiej granicy napłynęła pierwsza fala ukraińskich emigrantów politycznych. Przyparta do muru, tęże granicę zmuszona była przekroczyć „armja halicka” z gen. Krausem. Praga zorjentowała się błyskawicznie w sytuacji i w korzyściach, jakie można było wyciągnąć z emigracji ukraińskiej.

Gościnnie rozwarły się ramiona czeskie. Słowiańskiem „na zdar” witano słowiańskich pobratymców i.. zerkając uważnie aby zanadto nie rozpraszali się po całem terytorjum Republiki, lokowano ich tylko w Rusi i to głównie na pograniczu polskiem. Uciekinier z Polski awansował w tych warunkach na starostę, sędziego, komisarza policji, urzędnika celnego czy pocztowego, słowem – bez specjalnego trudu uzyskiwał odpowiedzialne stanowiska w administracji Republiki, ale tylko na terenie Rusi.

Czy trzeba tłumaczyć?

Czy niedość jasny wydaje się fakt, że na 12 starostw Rusi Podkarpackiej do niedawna 8 obsadzonych było przez politycznych emigrantów ukraińskich, że jeśli jakikolwiek terrorysta spod znaku Konowalca przedostał się na tę ziemię – włos z głowy mu niespadł, a jeśli nawet przydybał go wyjątkowo służbisty żandarm; do paki zamknął i przed sąd przyprowadził, to napewno zwolnili od winy i kary…

UKRAINOFILE CONTRA RUSOFILE.

Czeskie czynniki oficjalne nietylko, że patrzyły przez palce na podobne wydarzenia, ale zupełnie jawnie faworyzowały robotę ukraińską, która na terenie Rusi zaczynała coraz bardziej przybierać na aktywności i w ciągu kilku lat zdystansowała kierunek rusofilski, starszy od niej i pozornie bardziej okrzepły.

Prowadząc robotę planową, od podstaw, Ukraińcy nie kontentowali się akcją polityczną. Mimo zdecydowanie nacjonalistycznego nastawienia, Ukraińcy wiedząc jakie wpływy w życiu Czechosłowacji ma czeska socjal – demokracja, gromadnie zaczęli zaciągać się do szeregów tej partji. Powstała nawet w Rusi ukraińska socjal – demokracja, rekrutująca się z rdzennych… nacjonalistów. Ówczesny sekretarz generalny praskiej partji socjaldemokratycznej Jaromir Necas, doprowadził do fuzji, przyczem w ramach czeskiej partji powstała sekcja ukraińska.

„NACJONALNI” SOCJAL – DEMOKRACI.

Cała ta historia wygląda na pozór dość niewyraźnie. Wpływy, wpływami ale żeby skrajni nacjonaliści przeobrażali się masowo w socjal – demokratów, to trochę…

– Widzi pan, – wyjaśnia mój informator, – w czeskich gabinetach koalicyjnych domeną socjal – demokracji była oświata. Czeski nauczyciel w Rusi, czy nawet rusiński, to równało się wyślizgnięciu tej ziemi spod wpływów ukraińskich więc kosztem politycznego salto – mortale na 1,600 nauczycieli Rusi Podkarpackiej 1,380 należy do organizacji „Ukraińska Uczytelska Hromada” i jeśli zajrzy pan do którejkolwiek wsi werchowińskiej, gdzie jest szkoła to nauczycielem w niej będzie napewno Ukrainiec, b. oficer czy podoficer armji halickiej czy poprostu emigrant polityczny z Małopolski Wschodniej.

DO NIEDAWNA.

– Wyobrażam sobie w jakiem świetle przedstawia on dzieciom tę najbliższą sąsiadkę – Polskę…

– Do niedawna, w najczarniejszem, dzisiaj jednak… Zresztą, wolę nie uprzedzać faktów. Niewątpliwie będzie pan miał okazję osobiście porozmawiać z tymi ludźmi.

W werchowińskiej rozpaczliwie nędznej wiosczynie o kurnych chatach raczej do pierwotnych szałasów podobnych rozmawiałem z nauczycielem. Rodzinę miał gdzieś pod Kutami, przyszedł do Rusi z armją halicką, gdzie był sierżantem. Oczywiście należy do czeskiej socjal – demokracji i jest nietylko nauczycielem w tej wiosce, ale instruktorem „Łuchów”, „Płasta” i „Proświty”. Dzień wypełniony pracowicie.

O POLSCE.

Pytam go czy dużo dzieciaków przychodzi do szkoły.

– Z tej wioski, prawie wszystkie, ale z dwu innych, to zaledwie kilkoro. Niemają w czem…

A mrozy na werchowinie są prawie syberyjskie. Czy niema zamiaru wrócić do Polski. Ot, żeby to prawda co tu ludzie zaczynają przebąkiwać…

– Ale jak znów będzie pacyfikacja? – spogląda na mnie niepewnie. Potem długo jeszcze rozmawiamy. Z każdego słowa tego rozłożystego chłopa, przesącza się wyraźna sympatja dla Polski. Lata mu dużo wytłumaczyły, smutne fakty poskutkowały. Myślę, że pułk. Eugenjusz Konowalec miałby z niego słaby pożytek.

ROZCZAROWANIE.

W jasińskiej knajpie, gdzie Baranowski dawał sobie rendez – vous z Grzegorzem Maciejką rozmawiam z innym działaczem ukraińskim, wybitną zresztą jednostką z „Ukraińskiej Christiansko – Narodnej Partji”. Mówi mi długo i obszernie o dawnych sentymentach dla OUN i o… rozczarowaniach, o przejrzeniu polityki Pragi, o tych gorących kasztanach, które ich, ukraińskiemi rękami chciała dla siebie wyciągać.

– Oni nie mogli pogodzić się z myślą o tem, że na wschodzie pozostanie wszystko tak jak jest. Myśleli, że może bolszewizm się rozleci, to wtedy dobrzeby było aby Ruś Podkarpacka była rusofilskim pomostem do tego nowego imperjum, a jeśliby to zawiodło, to może wielka Ukraina to znów Ruś byłaby ukraińskim pomostem. Niech pan przyjrzy się poszczególnym ugrupowaniom politycznym Czechosłowacji. Socjal – demokracja jest raczej za kierunkiem ukraińskim w Rusi, beneszowcy lansują kierunek rusofilski, agrarjusze balansują między jednym a drugim…

A wasz stosunek do Polski? – przerywam.

– Dziś jeszcze trudno powiedzieć. Przychodzą tu wiadomości bardzo skąpe i bardzo zniekształcone. Faktem jest, że podaliśmy gruntownej rewizii nasz stosunek do OUN i że dzisiaj czekamy na… wspólny język, którymby Polacy chcieli porozumieć się z Ukraińcami. Teror czy pacyfikacja niemogą nim być, to chyba jasne.

Takich i tym podobnych rozmów przeprowadziłem w Rusi Podkarpackiej więcej. W ramach skondensowanego reportażu dziennikarskiego niesposób wszystkich przytaczać, tak, jak względy bezpieczeństwa osób z którymi rozmawiałem, niepozwalają mi ujawniać w druku ich nazwiska.

KARPATO – RUSINI.

Równocześnie akcja idzie w drugim kierunku. Oto stwierdziwszy, że ukraiński brytan, pieczołowicie wychowywany na Polskę, nietylko niema zamiaru jej kąsać, ale przeciwnie coraz groźniej szczerzy kły w stronę swego wychowawcy, Czesi próbują „przygaszać” ruch ukraiński na rzecz ruchu rusofilskiego. Zresztą bardzo umiejętnie podkreśla się autochtoniczne tradycje t. zw. karpato-rusinów, lansuje się ich język, stwór, którego w całej Rusi nikt chyba nie zna dobrze, robi się mniejsze lub większe koncesje na korzyść tych autochtonów i tylko jedno przemilcza się gruntownie – autonomję.

Tymczasem, Rusini głosząc łączność kulturalną z Rosją, politycznie niemieliby nic przeciwko istnieniu w ramach Republiki (zawszeć to lepsze niż sojusz z Sowietami), ale nie republiki czechosłowackiej, ale… czecho-słowacko-rusińskiej.

SUKCES KOMUNISTÓW.

I oto wyrastają nowe animozje, nowe antypatje, które jak dotychczas najumiejętniej potrafili wykorzystać komuniści, czego najlepszym dowodem są ostatnie wybory.

Dały one czeskiej partji komunistycznej z Rusi Podkarpackiej 79.000 głosów, zdobytych zresztą w sposób nie pozbawiony cech groteski.

Niemogąc werchowińskiego chłopa skaptować doraźnym datkiem agitatorzy komunistyczni tłumaczyli mu, że skrajna nędza, w jakiej obecnie znajduje się, minie natychmiast jak ster rządów w Czechosłowacji obejmie partja komunistyczna.

Bo wtedy skasujemy wszystkie granice i już nikt nie będzie ci przeszkadzał, żebyś chodził do Nyiregyhaza na robotę!

To był argument murowany.

Ponad 60 tysięcy głosów agrarjuszy, prawie 30 tysięcy socjal – demokratów i ponad 11.000 beneszowców to zasługa… kukurydzy, o której pisałem w poprzednim reportażu. Która partja dysponowała większym przydziałem tego jedynego pożywienia werchowińskich nędzarzy, ta bez trudu zdobywała więcej głosów.

AGRARJUSZE.

Jak widać, agrarjusze mieli najwięcej. Poseł Zaic, zresztą Czech i senator dr. Baczyński reprezentujący m. in. Ruś Podkarpacką w czeskim parlamencie mają murowane podstawy. Agrarjusze również rozwijają najbardziej ożywioną działalność prasową w Rusi. Pod ich skrzydłami wychodzi w Użhorodzie super – polakożerczy dziennik „Podkarpatskie Hlasy”, redagowany nota bene przez dziennikarzy nie tających swego podziwu i zachwytu dla polskiej Gdyni. Pozatem agrarjusze wydają w Rusi tygodnik ukraiński „Zemlja i Wola”, tygodnik rosyjski „Ruskij Narodnyj Gołos”, tygodnik rusiński „Zemledel-czeskaja Polityka”, dziennik węgierski przeznaczony dla chłopów węgierskich zamieszkujących równinę ruską w sąsiedztwie granicy węgierskiej i szereg innych pism.

SOCJAL – DEMOKRACJA.

Na czoło ruskiej socjal – demokracji wysuwa się trzech działaczy. Czech. dr. Merkl, wiceprezydent Użhorodu, człowiek b. objektywnie i raczej życzliwie nastrojony do Polski, Ukrainiec – poseł Rewaj i również raczej życzliwie dla nas nastawiony red. Sidak użhorodzki korespondent „Lidovych Novin”. Partja wydaje dwutygodnik ukraiński „Wpered i dwutygodnik w języku węgierskim.

Beneszowcy, którzy mimo talentu swego naczelnego wodza w Rusi jakoś nie odnoszą większych sukcesów, dzielnie sekundują agrarjuszom w napastliwej kampanji przeciw sąsiedniej republice.

„POLSKI OBYWATEL P. HRABEC”.

W organie prasowym partji, wydawanym w języku rosyjskim p. t. „Karpato – Ruskoje Słowo” redaktor tego pisma, zresztą obywatel polski p. Mirosław Hrabec wypisuje bzdury o jakie trudno posądzić… normalnego człowieka.

O „Ukraińskej Christjansko-Narodnej Partji” wspominałem już pokrótce wyżej. W ostatnich wyborach zdobyła ona coprawda tylko 7.300 głosów, ale jest to jeszcze jedno potwierdzenie ukraińskiej taktyki, która rezygnując z roboty politycznej, sprowadza się do pracy oświatowej.

Partja posiada dwa organy prasowe. Klerykalny, przeciętnie redagowany przez ks. Andrzeja Wołoszyna tygodnik „Svoboda” i b. dobrze prowadzone „Ukrainske Slovo”. Obydwa ukazują sie oczywiście w języku ukraińskim.

AUTOCHTONI.

Poza partjami czeskiemi, w których Ruś posiada jedynie swoje sekcje, największą ilość głosów zdobyły dwie partje autochtoniczne.

(d. c. n.).

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close