Polska upadła przez konstytucję 3-go maja

Filozofom francuskim XVIII-go wieku zdawało się, iż kraj może być szczęśliwy dopiero gdy ma dobrą konstytucję. Dyskutowali zażarcie o prawach i ustrojach, pomijając zupełnie kwestję ludzi. Nierozumieli, że istotą rzeczy jest kto rządzi a nie jakie prawa obowiązują. Najgłupsza konstytucja będzie doskonała podczas rządów mądrych ludzi, a najmądrzejsza będzie okropna podczas rządów głuptasów.

Konstytucja 3 majaKonstytucja jest pasem – człowiek gruby i chudy mogą się nim na zmianę posługiwać, trzeba go zwężać lub rozluźniać, a nie zaraz wyrzucać, gdy źle przylega.

Dawny ustrój Polski był ponoć fatalny. Batory dawał sobie jednak wybornie radę. Władysław IV-ty był potęgą. Żona i zawielki brzuch spowodowały niepowodzenia Sobieskiego – nie zły ustrój.

Konstytucja marcowa była ponoć bezsensowna. Dziewięcioletnie rządy Marszałka przy złej konstytucji były świetne. Teraz mamy ponoć świetną konstytucję, ale rządy hm, hm… kto co woli? Marszałka i najgorszą konstytucję czy to, co jest teraz.

SEJM CZTEROLETNI.

Patrjoci postawili Polskę na nogi. Wiosną 1788-go roku Polska była próchnem, bałaganem, zahukaną biedotą. Wiosną 1792-go roku Polska była całkiem przyzwoitem państwem z 60-ciotysięczną armją i dość zasobnym skarbem. 500 sesyj, czteroletnia gadanina 500 posłów, wydały owoce, Z moskiewskiego folwarku, rządzonego przez ordynarnego ekonoma Stackelberga, Polska stała się samodzielnym krajem rządzonym przez Sejm.

Sejm – czyli gromadka patrjotów – walczył ustawicznie ze Stanisławem Augustem. Wbrew niemu zniesiono Departament Wojskowy, obrzydliwą Radę Nieustającą, zabrano biskupom latifundja, opodatkowano kler, zawarto przymierze z Prusami… Stackelberg był brutalnym głupcem, prawdziwym wodzem łapowników, jurgielników, zaprzedanych Moskwie kanalij był król. 18-to godzinne posiedzenia schodziły na walce z królem.

Patrjoci zwyciężyli. Wbrew królowi i jego sforze usamodzielnili Polskę, oderwali od Rosji, zreformowali, zaprowadzili pewien porządek. Była to całkowitą zasługą sejmu. Przez te parę lat sejm mieszał się do wszystkiego, decydował o wszystkiem, kierował wszystkiem, król bezsilny siedział na tronie i tylko się czasem odszczekiwał.

Patrjoci dokonali wielkiego dzieła. Lecz, że byli nieodrodnymi synami XVIII-go wieku wierzyli święcie, że grunt to – konstytucja. Zdawało się im, że nic nie zrobili, bo nie zmienili ustroju Polski, bo nie dali jej spisanej, dokładnej, nowej konstytucji.

A przecież w ramach tego starego, fatalnego ustroju, patrjoci przeprowadzali co tylko chcieli, rządzili Polską bez zastrzeżeń… Mogli kontynuować, prowadzić dalej dzieło sanacji, odbudowy… Nie! Byli przekonani, że póki kraj nie ma dobrej konstytucji, spisanej na arkusiku, który każdy może nosić w kieszeni – póty kraj jest słaby i nic nie wart.

Z wielkim mozołem patrjoci sklecili i przeforsowali konstytucję 3-go maja. Stanisław August, który przedsięwzięciom pożyteoznym zawsze podstawiał nogę, do tego przyłożył się obu rękami.

ZBRODNIA PATRJOTÓW.

Że sejm uchwalił konstytucję 3-go maja, to ostatecznie nie było jeszcze nieszczęściem. Ale katastrofą było, że sejm się jej przytrzymywał, że uważał, iż ona obowiązuje, że nie śmiał jej pogwałcić.

W 92-gim roku kacapja wypowiada Polsce wojnę. Zdrowy sens wskazywał, że sejm, który Polskę z błota wyciągnął, winien być teraz czynniejszym niż kiedykolwiek, że musi ująć władzę krzepciej w dłonie, że nie oglądając się na żadne ustawy i prawa winien przedewszystkiem energicznie prowadzić wojnę.

Tymczasem sejm wyrozumował sobie, że konstytucja jest poto, by ją obserwować. Oczywiście zdrowy sens rozumował doskonale, a rozumowanie było bez sensu.

Sejm zajrzał do konstytucji i – o zgrozo! – postąpił zgodnie z nią.

Zalimitował się, całą władzę przelał na króla. Od czasu Chrobrego żaden monarcha polski nie miał takiej absolutnej władzy jak teraz Stanisław August.

On rozkazywał armji, on mianował dowódców, on dyrygował Radą Wojenną, on mógł zwołać pospolite ruszenie, on był zwierzchnikiem komisji skarbowej, on kierował polityką zagraniczną, on decydował o armistycjum, kapitulacji, pokoju.

Wydaje się, że patrjoci postradali zmysły. Prawie 28 lat widzieli słabość, chwiejność, tchórzostwo, kłamliwość, lenistwo, podłość Stanisława Augusta – teraz, w najkrytyczniejszym momencie, zwalali losy kraju na jego koszlawe barki. Czyż naprawdę nie rozumieli, że tchórz od urodzenia nie staje się bohaterem na starość, że wieczne popychadło placek Katarzyny, nie ośmieli się nagle stawić jej czoła, że podła, służalcza natura, która zniosła jeden rozbiór i tysiące policzków nie stanie się ni stąd ni zowąd szlachetną i mężną, że rozpustnik, wy-godniś, łakomczuch raczej wojnę przegra niż narazi się w obozie na noc na twardem łożu i na złą kolację.

Patrjoci mieli wątpliwości co do króla, ale je stłumili. Nie pozwolili sobie na żadne objekcje. Konstytucja nakazywała w czasie wojny limitę – sejm się zalimitował.

Przy Batorym czy Sobieskim ten ustęp ustawy majowej byłby świetnym, przy Poniatowskim należało go koniecznie pominąć. Patrjotom nawet to nie przeszło przez głowę. Obchodzić, gwałcić konstytucję, umiłowane dziecię! Za nic!!!

Patrjoci kochali więcej konstytucję niż Polskę.

CZY MOŻNA BYŁO WYGRAĆ WOJNĘ 92 R.?

Książę Józef skakał konno przez 7 armat, ale nie umiał ustawić jednej baterji, Wirrtemberg był zięciem Czartoryskiego, ale zdrajcą, Zabiełło był najprzystojniejszym generałem w Polsce ale i najgłupszym, szlachta wymigiwała się od dawania pieniędzy i rekruta, wojsko było młode i niedoświadczone, amunicji brakowało… można wyliczać te mankamenty, wynajdywać setki innych – niczego to nie dowodzi.

Polska była zdolna do prowadzenia wojny, mogła, powinna była ją wygrać.

Generałowie – stare niedojdy, sztab z bezsensownemi planami, złodzieje w intendenturze, kulawe konie w kawalerji, piechota bez butów, zardzewiałe armaty, zbutwiała amunicja, sabotaż ze strony części społeczeństwa, bezhołowie, zamieszania – ależ to normalne, uświęcone tradycją rzeczy u stron wojujących. Armja bez bałaganu jest równie nieprawdopodobna jak deszcz bez wody, jeszcze takiej na świecie nie było.

Polska miała około 60.000 regularnego wojska, Kościuszko w dwa lata później zaczął z 9.000! Polska była jeszcze wielka – za insurekcji maleńka, Moskale byli nad Dnieprem – za insurekcji w Warszawie. Kościuszko walczył z Prusakami i Moskalami, teraz Prusaków nie było.

Skończony dureń Kocherski wkraczał na Ukrainę z 64 tysiącami stupajek, niezguła Kreczetnikow na Litwę z 32 tysiącami. Cóż takiego! Od wieków Moskale w wojnach z Polską mieli liczebną przewagę i zawsze byli bici na kwaśne jabłko. Tępe, zabobonne, leniwe, zmęczone wojną z Turcją, kijem pędzone przez oficerów analfabetów żołdactwo kacapskie nie było wcale groźne. Polska miała wszelkie dane by rozgromić Katarzynowe tałatajstwo.

STANISŁAW AUGUST – ZDRAJCA I TCHÓRZ.

Negusa abisyńskiego nawet nie można porównać z Poniatowskim. Negus to kawałek bohatera – Stanisław August był najmarniejszą kreaturą jaka kiedykolwiek na tronie polskim kucnęła.

Nie zrobił pospolitego ruszenia, nie nagrzewał narodu do walki, kazał księciu Józefowi się cofać i cofać, pozwolił Bułhakowowi siedzieć w Warszawie (siał tu panikę, był łącznikiem między Kreczetnikowym i Kocherskim), korespondował tajemnie z Katarzyną, myślał nie o lepszym prowadzeniu wojny, ale o sposobie przebłagania carowej, zdaniu się na jej łaskę.

Stanisław August nie zdobył się na wyruszenie do obozu; tumanił patryotów przyjmując ich w pokoju pełnym siodeł, szabel, fuzyj; wściekał się gdy mu kurjerzy przywozili wieści o parażce Moskali, płakał gdy mu zameldowano (fałszywie zresztą), że Zubow („szwagier” Katarzyny) zginął na Litwie; nie przedsięwziął żadnej energiczniejszej akcji by zwyciężyć.

Stanisław August zaskoczył Radę swą decyzją przystąpienia do Targowicy, postawił ją wobec faktu dokonanego. Stanisław August kazał wojsku złożyć broń. Rozpaczał, błagał książe Józef by mu pozwolono się bić – nie! w złem król był nieugięty.

Król oddał Polskę rozbrojoną, związaną, bezsilną na pastwę Rosji. Zdradził patryotów, złamał przysięgę. Drugi rozbiór był jego wyłączną zasługą.

Niecne postępowanie Poniatowskiego nie może dziwić. Było konsekwencją jego podłej, służalnej natury. Byłoby zdumiewającym, niepojętym cudem gdyby postąpił inaczej.

Wojnę z 92-go, a przez nią niepodległość straciła Polska z winy króla. Ale sejm był winien, że król miał władzę, że mógł zdradzić, że jego wstrętna osoba decydowała, była języczkiem u szali.

Konwent francuski prowadził wojnę zwycięsko – mógł to uczynić i polski sejm. Gdyby sejm schował konstytucję do szuflady, zamknął króla w komórce, porwał całą Polskę do wojny z tą energją z jaką w dwa lata później porwała się do insurekcji – eh, nie doszłoby do zagłady…

Przestrzeganie konstytucji wszytko zgubiło.

SKĄD SIĘ WZIĘŁO BAŁWOCHWALSTWO 3-CIO MAJOWE.

Jeden Niemcewicz wystarczyłby. Przez 40 lat po ostatecznym rozbiorze patrząc na niedole Polski terkotał nieodmennie:

– ach, gdyby nasza Konstytucja przetrwała, ach gdyby jej nie zniszczono… I zdawało mu się, że konstytucja, która przecie załamała się wobec pierwszej próby życiowej była czemś cudownym, doskonałym, balsamem na wszelkie dolegliwości. Wpajał to przekonanie w potomność.

Wielcy pisarze nieraz najwięcej cenią ze swego dorobku władnie jakąś ramotę, sławni malarze, jakiś bohomaz, politycy jakiś bzdurny układ. Patryoci, którzy tyle dobrego zrobli dla Polski rozkochani byli w konstytucji. Uważali ją – niewiadomo czemu – za koronę swej działalności. Nie pysznili się potem obaleniem Rady Nieustającej – widomego znaku przemocy Rosji, daniem Polsce armji, zaopatrzeniem skarbcu, wprowadzaniem ładu. Chełpili się tylko konstytucją!

Z działalności sejmu czteroletniego nic nie przeszło do potomności. Armja, skarb, usamodzielnienie – poszły w gruzy. Wszystko istotne przepadło. Została tylko konstytucja na papierze. Ostatnia, pamiątka stała się relikwią.

Karol Zbyszewski

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close