Przez „Czarny ląd” Czechosłowacji

Reportaż z Rusi Podkarpackiej specjalnego wysłannika „Buntu Młodych”.

W Pradze nikt nie namawia, ani nawet doradza jechać na Ruś. Przeciwnie – „czynniki oficjalne” krzywią się zdecydowanie niechętnie.

– Nic ciekawego pan tam nie zobaczy, chyba to cośmy zbudowali w Użhorodzie, a poza tem… leniwych chłopów ruskich i żydów węgierskich.

Krótko, lapidarnie.

A jednak jadę.

POLICJA CZUWA

W prostej linji powietrznej, byłoby około 700 klm., pociągiem nakłada się jeszcze conajmniej 200 i wyjeżdżając z Pragi wczesnym wieczorem, na Ruś trafia się następnego dnia koło południa… Szczęście, że już gdzieś od Żyliny pociąg przedziera się przez jedne z piękniejszych plenerów Europy, że im bliżej Koszyc tem więcej charakterystycznych Żydów z reprezentacyjnemi pejsami, we wspaniałych lisiurach, tem gęściej żandarmów na stacjach, a po wagonach snuje się skromny, szary człowiek i z uśmiechem dobrodusznym, odchylając klapę marynarki, prosi o legitymację czy paszport.

Paszport polski ogląda specjalnie troskliwie, ale… w nagrodę uśmiecha się jeszcze uprzejmiej i ginie w czeluści następnego pullmana.

– Cóż to oznacza taka rewizja? – pytam sąsiada przy stole restauracyjnym.

– Policja też musi żyć, – odpowiada filozoficznie, wyraźnie nie nastrojony do zwierzeń.

Stacja w Cop. Jakby w puszcie węgierskiej. Bo też do granicy madziarskiej jeden skok. Wloką się od tamtej strony woły rogate, leniwie ciągnąc wozy, wlecze się cisza aż denerwująca, cisza kraju gdzie się nic nie dzieje…

Express Praga – Bukareszt uciekł. Wagon bezpośredni przycumowany do lokomotywy telepie się w stronę pobliskiego Użhorodu, lub jak mówią po węgiersku Żydzi, których w tym wagonie pełno: do Ungwar!

Prowincjonalny, czysty budynek stacyjny, trzech drabów w granatowych czapkach ze złotym galonem, dużo Żydów starych i młodych i… dwu panów, których zahypnotyzowała moja osoba i walizka.

UŻHOROD CONTRA MUKACZEWO

O berło stolicy autonomicznej Rusi Podkarpackiej walczyło z Użhorodem – Mukaczewo. Walczyło wspomnieniami świetnej przeszłości, bardziej centralnem położeniem, większem uprzemysłowieniem i dobrobytem okolicy, siedzibą sławnego w całej Europie cadyka Szpiry, który córkę wydał za Rabinowicza z Siedlec i o tym ślubie nawet w Ameryce było głośno… A przecież, mimo takich atutów Użhorod zwyciężył!

Miasto tubylcze jest biedne, przypomina to Pińsk, to znów Grodno, straszy przechodnia egzotycznemi szyldami nieraz w czterech językach, zawsze w dwu, przynajmniej czeskim i ruskim, imponuje wyraźnemi sympatjami Żydów tutejszych do Węgier i przy tem wszystkiem – zastanawia.

CZESKA KONCESJA W RUSKIEJ DŻUNGLI

Czesi obejmując ten szmat ziemi w posiadanie, przyszli tu jak europejscy kolonizatorzy do afrykańskiej dżungli. Żołnierz „utrwalił” granice, misjonarz niemiał tu nic do roboty, kupiec i przemysłowiec zaczęli kalkulować, robić interesy i na wszelki wypadek – odgradzać się od tubylców. Tak na dawnych łąkach nadrzecznych, kiedyś należących do bułgarskich ogrodników, wyrosła czeska koncesja.

Zamiast zmienić oblicze miasta, burząc stare rudery, rozbudowując ciasne uliczki, administracja czeska, kolonjalnym zwyczajem zamknęła się w nowej dzielnicy zwanej Galago, która przy biedocie starego Użhorodu jest tym przysłowiowym kwiatkiem przy kożuchu…

Za miljony, na bagnach i rozlewiskach wyrosły domy, widomy argument potęgi republiki. Pałace dowództwa żandarmerji i dyrekcji policji, dowództwa 12 dywizji piechoty i sądu powiatowego, corbusierowska poczta i brzydkie w swym użytkowym moderniźmie domy mieszkalne czeskich urzędników i „plantatorów”, a wewnątrz tej całej, mocno parwenjuszowskiej koncesji – budynek więzienia… Ukryty, zamaskowany widzialny tylko dla czeskich oficyn.

AUTONOMJA BEZ AUTONOMJI

Jest w tej koncesji jeszcze jeden budynek. Wielka, oknami popstrzona bryła, trochę podobna do sejmu śląskiego w Katowicach, trochę do niemieckiego „warenhausu”. W budynku tym ma kiedyś obradować sejm autonomicznej Rusi, tylko że… autonomja daleko, a Pan Bóg wysoko, ale żeby zaakcentować dobre chęci Czesi zamianowali… gubernatora autonomicznego kraju p. Konstantego Hrabara, ex-parocha greko-katolickiego, który dzisiaj mieszka w pięknej willi, jeździ reprezentacyjną „Pragą”, na uroczystościach oficjalnych usiłuje przemawiać w języku karpatoruskim i… na tem koniec. Tu jest kres możliwości pana na 1,272,000 ha Rusi Podkarpackiej, boć istotnym władcą tej ziemi jest „zemsky president” p. Rozsypal, jak można z nazwiska łatwo wywnioskować Czech 100%.

WĘGIERSKIE „WSPOMINKI”

Jest w Użhorodzie stary i napewno kiedyś piękny zamek, jest cerkiewka kolorowa, jakby żywcem przeniesiona z dekoracyj „Siniej Pticy”, jest okazała synagoga. Liczba Żydów użhorodzkich sięga 60% ogólnej cyfry mieszkańców. Jest nieczynny teatr miejski, czynne kino, gdzie obok napisów czeskich znajdują się węgierskie, no i oczywiście jest „american bar Moulin Rouge”, a także z dziesiątek węgierskich winiarni, gdzie po 12-ej w nocy, gdy z czupryn już dobrze dymi się, cygańscy skrzypkowie i cymbaliści czarem swego talentu wskrzeszają dawne, dobre czasy, kiedy to nic nie było wiadomo o Rusinach czy Ukraińcach, a człowiek miejscowy nazywał się poprostu „oslakó” (tutejszy).

RADWANKA

Jest jeszcze coś w Użhorodzie. Oprócz burżuazyjnej koncesji Galago, oprócz starego, biedniutkiego miasta, jest jeszcze inna dzielnica. Kto jedzie tu wprost z Polski, cudownym szlakiem Sianki -Użhorod, zanim dobrnie do stolicy Rusi, musi minąć jej przedmieście – Radwankę.

Radwanka jest siedliskiem bezrobotnych nędzarzy Użhorodu. 351 tysiączna (sic!) stolica Rusi, tutaj, niby do koszmarnej latryny wyrzuca tych wszystkich, których w ludzkie łachmany przemieniła sytuacja panująca w tej dżungli.

Niema w słownictwie ludzi cywilizowanych dostatecznej ilości wyrazów, któreby chociaż w nikłym fragmencie mogły otworzyć nędzę królującą w tem mieście jaskiniowców i psich bud. Widziałem tam ludzi, którzy bardziej podobni byli do szkieletów, obciągniętych skórą, widziałem dzieci, jakie kiedyś mogliśmy oglądać na fotografjach nadchodzących z głodowych dzielnic Sowieckiej Rosji, widziałem „mieszkania” tak koszmarne w swej nędzy, że trudno znaleźć dla nich jakiekolwiek porównanie.

Nieliczna garść mieszkańców Radwanki korzysta z zapomóg miejskich, olbrzymia większość żywi się własnym „przemysłem”. Jak?

W Użhorodzie jest coraz mniej kotów, a psów również nienależy wypuszczać samopas…

„NARÓD LENIÓW”

– A teraz niech pan sobie wyobrazi, – mówi mi jeden z użhorodzkich znajomych, wyższy urzędnik czeski, któremu opowiedziałem o swych wrażeniach z Radwanki, – niech pan sobie wyobrazi, że rząd nasz daje Rusi autonomję…. Jestem przeświadczony, że w przeciągu pół roku cała ta połać kraju byłaby taką właśnie Radwanką. Ci ludzie brzydzą się pracą!

Korzystając z listów polecających, jakie mam z Pragi do przedstawicieli inteligencji czeskiej mam okazję rozmawiać z szeregiem ludzi nie zaangażowanych bezpośrednio w administrowaniu tem krajem.

Mówią chętnie, dużo, starając się przedewszystkiem uwypuklić wszystkie walory jakie ludność miejscowa osiąga dzięki przyłączenia Rusi do republiki.

I wszędzie spotyka się ten sam motyw: nędza jest istotnie, ale to wina ludności, która niechce pracować…

– Oni wolą leżeć na łące i patrzeć w niebo, – konstatuje sympatyczny Czech-inżynier, – wolą trudnić się kłusownictwem, bo to bardziej odpowiada ich pierwotnej naturze.

Zdaje mi się, że już kiedyś, gdzieś spotkałem się z temi słowami… Tak mówili europejscy plantatorzy do Giżyckiego o swych – niewolnikach.

Ci tutaj, są coprawda biali, ale nędza coraz bardziej oksyduje ich, mają coraz ciemniejsze twarze i coraz bardziej wrogo patrzą na czeskich żandarmów, którzy z wspaniałego użhorodzkiego pałacu rządzą tym bogatym krajem nędzarzy.

BOGACI NĘDZARZE

Bo Ruś Podkarpacka przeładowana jest w gruncie rzeczy bogactwami. Jest tu i marmur, ponoć piękniejszy od karraryjskiego, jest ruda, są złoża solne i pyszne wody mineralne, są lasy, których drzewo mogłoby skutecznie konkurować z najpierwszemi drzewostanami Europy i przy tem wszystkiem jest nędza…

Jakże to?

I znów powtarza się wygodna legenda o ludności, która niechce pracować, tak jakby patyną wieków okryte były te czasy, kiedy chłop z „werchowiny” schodził wiosną na roboty polne na węgierską równinę, a końcem lata wracał do chałupy obładowany ciężko zdobytym groszem i strawą. Zimą też nie odpoczywał, bo wyrąbywał drzewa i spławiał je górskiemi potokami do Cisy, na węgierską równinę.

Ciężka to była praca, ale – była.

Na początku rządów republiki co sprytniejsze i energiczniejsze jednostki zaczęły eksploatować naturalne bogactwa Rusi. Uruchomiono kilka hut, zaczęły dymić fabryczne kominy. Nie na długo… Syndykaty, kartele, groźna konkurencja bajecznie taniej robocizny miejscowej i – powtórzył się klasyczny warjant kolonjalnej polityki.

SMUTNY RACHUNEK

A teraz obliczajmy:

Cały teren Rusi Podkarpackiej leży odłogiem jeśli idzie o eksploatację bogactw naturalnych. Niema, albo prawie niema czynnych kamieniołomów, niema kopalń rudy czy pieców hutniczych, nikt nie kwapi się wydobywać sól, w mikroskopijnych dawkach korzysta się ze źródeł doskonałych wód mineralnych, lasy rosną ku radości zwierza w nich zamieszkującego i chwale Pana…

Chłop z „werchowiny” nie chodzi już na równinę węgierską na roboty polne. Odgrodziła go od nich nieprzebyta barjera graniczna, na równinie ruskiej też nie potrzebują jego pracy, boć dość jest bezrobotnych miejscowych. W którąkolwiek stronę by się niezwrócił wszędzie słyszy jedno i to samo słowo: NIE!

Na równinie, w okolicach Mukaczewa jakoś tam koniec z końcem można powiązać. Jest w Svalavie mikroskopijny przemysł drzewny i z nim związany chemiczny, jest w Serednie z roku na rok marniejąca produkcja kiedyś wyśmienitych win karpato-ruskich, jest tu i owdzie nikła, ale jest… peryspektywa zarobku.

OD 200 DO 400% MIESIĘCZNIE

A tymczasem na „werchowinie” chłop chce także żyć. Żyd, który osiadł nieomal w każdej wiosce panując na sklepiku czy karczmie, daje na kredyt, pożycza i… liczy sobie 200 do 400% miesięcznie.

Jest coś upiornego w tych żydowskich pożyczkach, ale… procent procentem, a chłop długu nie zwraca.

Niema z czego.

Na tragicznie jałowych poletkach zboże ledwie obradza, trochę ziemniaków, co je trzeba dla dzieciaków zostawić, a jeszcze deszcze popadają, ten czy ów potok wzbierze, rozleje się szeroką strugą i zbiory djabli wzięli…

Chłop drapie się w skołtuniony łeb i… nie płaci, a wierzyciel mimo to nie traci ducha.

– W lesie aż się trzęsie od zwierzyny. Upoluj, przynieś, dług się zmniejszy, – tłumaczy mi taki jeden żydowskie namowy, – ale rękami polować nie pójdziesz. Żyd to wie i… daje strzelbę na rachunek, daje naboje. Tak dług rośnie.

– Dobrze, – przerywam, – ale lasy są przecież państwowe.

– A… – tu mówi dosadnie o swym stosunku do republiki, -ja z głodu zdycham, baba i dzieciaki też, to co mnie państwo.

POLOWANIE NA CZŁOWIEKA

Według oficjalnych informacyj, największą plagą czeskich władz administracyjnych na Rusi Podkarpackiej jest kłusownictwo.

Kłusownik nie chodzi tutaj chyłkiem, nocą, tchórzliwie kryjąc się przed leśniczym. Strzelba czy karabinek dostarczone przez mukaczewskiego czy użhorodzkiego Zacharowa równie dobrze strzelają do zwierzyny, jak do człowieka. Zabijesz leśniczego, to albo nie dowiedzą się kto, albo jak się dowiedzą?…

– No to co, panoczku – śmieje się beztrosko chłop z „werchowiny”, – pójdę na dwa lata do turmy, a może nawet na cztery. Jeść będę dostawał, codzienie czyste, bez robaków, a babą i dzieciakami gromada zaopiekuje się…

Śmierć przychodzi zresztą tylko wtedy, kiedy chłop ma jakiś zadawniony gniew do leśniczego. Mierzy wówczas dokładnie w łeb albo w serce, ręka mu nie zadrży…

Bez gniewu, ot tak tylko, żeby się pozbyć, wali w nogi czy w rękę i… wraca do wsi wcale się z tem nie kryjąc. Żandarmi zabierają go do aresztu, sława Panu na wysokościach! Jest parodniowa „peredyszka”, a leśniczy jeśli na drugi raz go spotka i wcześniej zauważy, pewno zastrzeli pierwszy, jeśli będzie zapóźno – ucieknie.

„PSIA PIECZEŃ”

Widziałem na „werchowinie” całe gminy, gdzie niebyło ani jednej krowy, ani jednego prosiaka… Widziałem wsie, gdzie dzieciaki nie wiedziały co to kura i nie słyszały piania koguta…

Ba, iluż to kurnych chat, a innych w głębi „werchowiny” prawie niema, nie strzeże pies.

– Coście z sobaką zrobili, batko? – pytam.

– Zjedlim, panie!

– Człowieku, własnego psa?

– Żandarmy każą płacić 40 koron podatku, a ja 40 koron przez rok nie zarobię, to co było robić, nędza w chałupie.

Jeden z wybitnych przemysłowców czeskich, człowiek światły i bywały opowiadał mi, jak skuszony propagandowemi afiszami, wybrał się zimą b. roku na polowanie na Podkarpacie.

RODZĄ SIĘ DZIECI

Chcąc użyć Swobody pełną piersią, mieszkał z jakimś gazdą ruskim w kolebie na „werchowinie”.

– Mróz nie spadał poniżej 25 stopni, – opowiada mi, – w kolebie, mimo ogniska było tak piekielnie zimno, że leżąc w futrze owijałem się czterema kocami. Gazda siedział przy ogniu tylko w portkach, bez koszuli… Pytam go dlaczego? Powiada – nędza. Wiedząc, że Ruś ma w Czechosłowacji największy przyrost naturalny, zagaduję go ile ma dzieci? Powiada – siedmioro. Na moje mimowolne zdziwienie gazda kręci głową i mówi: „albo to moje…” A czyje? pytam. „No niby moje, ale, sąsiad jest bogaty, baba mu umarła, potrzebował żeby mu kobieta w domu porządek zrobiła. Moja baba młoda, do pracy chętna. Dał jej trzy kwarty kartofli i… tak przyszło jeszcze jedno dziecko, do tych trojga, cośmy mieli… Żyd niechciał dłużej kredytować, kobieta poszła go prosić, no i… Potem ja poszedł budować domy czeskim panom w  Użhorodzie i… zrobiło się siedmioro, więc niby moje…”

„PASY CNOTY”

Tak jest zresztą na Rusi na porządku dziennym. W żandarmskiem muzeum można oglądać między innemi eksponatami, jakiś dziwaczny koszyk druciany.

– Pan pewno myśli, że to do węgla, – śmieje się beztrosko mój towarzysz, – a to tymczasem jest zwyczajny „pas cnoty”, który góral, idąc w poszukiwaniu pracy, nakłada swej żonie. Niedawno wydarzył się wypadek, że podczas nieobecności męża, kobieta opancerzona taką właśnie drucianką, zaszła w ciążę. Trzeba było skomplikowanej operacji chirurgicznej aby ją z tego uwolnić…

Średniowiecze? Nie, rok 1935, piętnasty rok panowania republiki Czechosłowackiej.

SYFILIS, GRUŹLICA, TYFUS

Procent wenerycznie chorych sięga na „werchowinie” do 85, na równinie sytuacja jest znacznie lepsza. Obok chorób wenerycznych, króluje gruźlica, co i raz powtarzają się wypadki tyfusu i nagminnie rozpanoszonych chorób skórnych.

Lato mija tym ludziom coprawda w nędzy, ale nastręcza różne możliwości czy dorywczego zarobku czy znalezienia kawałka chleba. Bezgraniczny tragizm rozpoczyna się z zimą.

„Czynniki kompetentne” zdają sobie z tego sprawę, że głód jest złym doradcą, Praga wyznacza specjalne fundusze na zakup w Rumunji kukurydzy i dożywianie nią najbiedniejszych.

ZGNIŁA KUKURYDZA

Sumy są spore, możnaby w Rumunji kupić ładną kukurydzę, ale… poco? Kiedy tą zgniłą, której niechciało wziąć do pyska bydło rumuńskie, dzieciaki „werchowińskie” też pożrą, a pieniądz mile pobrzękuje w kieszeni „dożywiających”.

Poruszała tę sprawę uczciwsza prasa miejscowa. Był ponoć nawet proces. Nie na wiele widocznie przydał się, bo co i raz, niby krwawe race strzelają z „werchowiny” bunty chłopskie, obwieszczane sąsiednim wioskom biciem w dzwony i złym klekotem karabinów maszynowych ze strony żandarmskiej i… chłopskiej także.

Tak było w Medzilaborcu, tak było w Głuchu, tak było…

Czy można przytoczyć wszystkie wypadki tych, najczęściej bardzo krwawych rewolt chłopskich w najbardziej „demokratycznej” republice Europy.

O skrajnej nędzy Rusi Podkarpackiej raz zrobiło się głośno w świecie. Było to w roku 1931, kiedy do tej dżungli republiki zjechała specjalna wycieczka dziennikarzy zagranicznych, kiedy niemiecki pisarz komunistyczny Ludwik Renn widział na „werchowinie” koszmary, które reportaż jego zaprowadziły na… indeks cenzury czechosłowackiej.

„MY DO NYIREGYHAZA”

Podczas tej to wycieczki, jeden z dziennikarzy zagadnął górala rusińskiego czy zadowolony jest z czeskich rządów.

– Nie, – odpowiedział chłop szczerze.

– Wolelibyście Węgrów?

Chłop skrzywił się.

– Może Polaków? – podsunął zaintrygowany dziennikarz.

– Nie.

– Więc do kogóż chcielibyście należyć? – zniecierpliwił się.

– Do Nyiregyhaza, – odparł pytany wskazując palcem w dół ku węgierskiej równinie, gdzie leży miasto o tej nazwie sławne kiedyś z tego, że tam schodzili się zarówno chłopi z „werchowiny” szukający pracy, jak i ci, którzy pracowników potrzebowali.

Ale te czasy minęły. I kto wie, czy gdyby dzisiaj Ruś wróciła do Węgier, chłopy werchowińskie znalazłyby pracodawców w sennem Nyiregyhaza.

Zaraz po wojnie, władze czeskie skonfiskowały olbrzymie dobra hr. Shoenborna, jednego z wielkich magnatów Rusi Podkarpackiej. Mówiono wtedy dużo i głośno o tem, że skonfiskowane dobra zostaną rozdane miejscowej ludności.

Zanim nastąpił ten szlachetny podział, sprzedano wszystko francusko-szwajcarskiej spółce operującej żydowskiemi kapitałami „Latoryca”.

Spółka ta uzyskawszy dosłownie za grosze olbrzymie tereny, zaczęła parcelować je wśród ruskiego chłopstwa po cenach przeciętnie dwukrotnie większych od normalnych cen parcelacyjnych.

ŻANDARMSKIE PIASTUNKI

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że element zamieszkujący Ruś, zwłaszcza „werchowinę”, przez swą ciemnotę jest wyjątkowo trudny do prowadzenia, ale bo też chyba niesposób prowadzić go przy pomocy żandarmów, których zdolności pedagogiczne w żadnym razie nie pasują do tego kraju i tego, tak bardzo po macoszemu traktowanego ludu.

W rezultacie chłop ruski ma dwu wrogów: Żyda i żandarma.

Każdy „werchowiński” Janosik, występując przeciw jednym i drugim, zaskarbia sobie natychmiast sympatję całej ludności.

A jest tych Janosików co niemiara.

PRAWDA O LEPEJU

Jednym z ostatnich był sławny Jurko Lepej. Mówią o nim chłopi werchowińscy z równem nabożeństwem jak o pracy w Nyiregahaza, ba – czczą go, jeśli ci nędzarze cokolwiek czcić jeszcze potrafią.

Lepej wywodził się z zamożnej, gazdowskiej rodziny. Brat, który przed wojną do Ameryki Północnej wyemigrował, po wypowiedzeniu wojny przez Stany Zjednoczone, wstąpił na ochotnika do armji amerykańskiej i poległ we Francji, a rząd przyznał Lepejowej rodzinie wysokie odszkodowanie.

Spora część tych dolarów miała przypaść, po podziale, Jurkowi, ale to znów poszło nie w smak rodzinie i składając do władz czeskich fałszywe oskarżenie, wtrąciła Lepeja do jednego z najcięższych domów kary w Czechosłowacji, do Leopoldowa.

Siedział tam Lepej spokojnie, cierpliwie czekając końca niezasłużonej kary i kiedy od dnia zwolnienia dzieliło go zaledwie kilkanaście dni, dowiedział się jakoś, że rodzina knuje przeciw niemu nową intrygę i… uciekł.

Wtedy zaczęła się „robota”. Póki chodził sam, wystarczało, że pogroził Żydowi naganem i już pieniądze były. Obywało się wówczas bez „mokrego”, kiedy jednak przyłączył się doń drugi zbójnik – Klevec, zaczęło krwią broczyć. Krwią żydowską i żandarmską. Klevec pieniądze zrabowane chował, Lepej rozdawał nędzy werchowińskiej, gorzałkę pił i sypiał z otwartemi oczyma, jak zając, mucha by go zbudziła.

Zrobił się wreszcie tak groźny, że władze zmobilizowały 500 żandarmów. Obręcz zaciskała się coraz bardziej. Obydwa zbójniki przedzierały się ku polskiej granicy.

W nocy ich dopadli żandarmi, noc była księżycowa. Klevec gdzieś się przyczaił przezornie,Jurko Lepej, jak zawsze śmiały darł się po stromem zboczu i żandarmom odstrzeliwał.

Jakaś kula go dosięgła.

W trzy dni po śmierci, na miejscu gdzie padł, czyjeś ręce postawiły drewniany krzyż. Żandarmi krzyż zabrali. Na drugi dzień był nowy. Znów zabrali. I powtarzało się to pewno z kilkanaście razy. Żandarmi zrezygnowali i stoi dzisiaj krzyż tam gdzie zginął Jurko Lepej, jak mówią werchowińskie chłopy „wróg Żydów i żandarmów”.

Ten banalnie sensacyjny obrazek, nie jest pozbawiony głębszego znaczenia. Znacznie wymowniej oświetla on nastroje werchowińskie od zawiłych sprawozdań czy uczonych wywodów.

A przecież jest on zaledwie jednym promieniem wdzierającym się w tragicznie czarną dżunglę demokratycznej republiki Czechosłowackiej.

Aby uzyskać możliwie całkowity obraz tej przedziwnej krainy, niewolno pomijać milczeniem szeregu innych faktów, które postaram się odtworzyć w następnym reportażu.

Wł. Popławski.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close