Rewolucja niemiecka

„Druga rewolucja Hitlera”, „Sensacyjne oświadczenie Kanclerza Rzeszy” – oto nagłówki, któremi znaczna część prasy przyjęła ostatnią mowę Wodza Trzeciej Rzeszy w Norymberdze. I to ta część prasy, która stara się obiektywnie pisać o tem co się dzieje w Niemczech. Druga rewolucja? Ależ umówmy się przedewszystkiem co określamy słowem: rewolucja. Wszystko to co się w naszej prasie czyta o nowych Niemczech może dawać okazję do zdumienia czy zgorszenia, czy wreszcie pobłażliwego wzruszenia ramion – lecz nie daje okazji do używania słowa „rewolucja”. Więc jak jest naprawdę, czy jest rewolucja i grzeszy tutaj nasza prasa, robiąc z wielkiego procesu dziejowego rodzaj opery-buffo z akompaniamentem śpiewanego za sceną majufesa i z przewidywanym końcem „Hitler pada, Goering pada, Goebbels pada, zasłona spada” – czy to nie jest rewolucja, a jakaś „Koepenikjada” wyolbrzymiona do rozmiarów gigantycznych.

Jak jest naprawdę? Co się dzieje w Niemczech? Jest to pytanie, które sobie zadaje dzisiaj każdy myślący Polak. I jeżeli zaczynam garść uwag swoich od sprawy stosunku prasy polskiej do wydarzeń niemieckich, to dlatego, że na własnej skórze odczułem i zrozumiałem, zetknąwszy się bezpośrednio z rzeczywistością niemiecką jak dalece to wszystko co się w kraju czyta o życiu Trzeciej Rzeszy jest nieistotne lub wręcz nieprawdziwe.

Wiem, że pisząc to ściągam na siebie gniew reprezentantów ósmego mocarstwa. Zarzucą mi, że pojechałem „Odkryć Amerykę” lub, że wzorem owego hinduskiego szczura o którym Kipling pisze, że znalazłszy korzonek szafranu sklep chciał z nim założyć, zatraciłem wszelką miarę w ocenie własnych spostrzeżeń. Otóż nie. To nie jest megalomanja -to wynik dwóch rachunków sumienia, przeprowadzonych na temat „co wiem o Niemczech”. Jeden z nich zrobiłem jadąc do Niemiec na podstawie czytanych starannie wiadomości o tym kraju we wszelkich odcieniach naszych pism od „ABC” do „Naszego Przeglądu” po przez „biuletyny oficialne” p. Kazimierza Smogorzewskiego w „Gazecie Polskiej”. Drugi rachunek – to zestawienie własnych spostrzeżeń. Spostrzeżeń robionych na gorąco, bez żadnego nastawienia, bez „parti pris”. Różnica tych dwóch rachunków jest ogromna. I o to mam żal do prasy – nie za siebie – za innych, którzy wciąż, nic o Niemczech nie wiedzą.

Tu znowuż muszę się zastrzec: nie jestem „besserwisserem”. Niemcy znam dobrze i od dawna. Po powrocie jednak z Trzeciej Rzeszy mogę za Sokratesem powtórzyć, że doszedłem już do takiego rozumu i tyle wiem – że nic nie wiem. Nie wiem nic i nikt nic nie wie. Bo to co się w Niemczech dzieje to jest rewolucja. To wielki nurt, którego szybkość możemy zmierzyć lub spróbować ocenić głębokość – o którym nie wiemy, gdzie o jaki stromy brzeg się rozbije, czy załamie, lub… jakie lądy zaleje.

W tem uświadomieniu sobie, że hitleryzm to rewolucja, pierwsza wielka rewolucja w Niemczech leży klucz do zrozumienia sytuacji Trzeciej Rzeszy.

Czemże jest więc ten hitleryzm?

Pytanie to dręczyło mnie dniami i nocami przez długie dni pobytu w Niemczech. Szukałem odpowiedzi wszędzie: w „Mein Kampf”, w mowach Goebbelsa, w numerach „Völkischer Beobachter”. Przeczytałem nawet „der Mythus des XX Jahrhunderts” Rosenberga, co do którego mam poważne podejrzenia, że sam autor niektórych napisanych tam rzeczy nie rozumie. Upragniona synteza pojęcia hitleryzmu nie nadchodziła. Aż dał mi ją wreszcie przypadek – na ulicy w Essen. Stałem tam i przyglądałem się triumfalnemu marszowi poborowych, ukwieconych, rozśpiewanych. Obok mnie stanęła jakaś przygarbiona, ubogo ubrana staruszka. W oczach jej błysnęły łzy. „Żegna pewno wnuka lub syna” – pomyślałem ze współczuciem. Staruszka zauważyła, że na nią patrzę i uśmiechając się przez łzy, wskazując w stronę poborowych zawołała: „Na endlich. Kriegen wir mal wieder richtige Mäner”. W tym momencie dziwnym skojarzeniem myśli przypomniała mi się historyjka jak jeden z baronków galicyjskich, goszcząc u siebie przejeżdżającego Cesarza i Króla Monarchji Naddunajskiej wystawił w sieni żywy posąg: półnagiego człowieka z latarnią zapaloną w biały dzień. Na zdumione pytania Monarchy co ma oznaczać ten postument gospodarz, wskazując dziarskim ruchem na cesarza odrzekł: „Majestät, der Diogenes hat seinen Mann gefunden”.

Hitleryzm to ruch Hitlera. A Hitler to jest ten „richtige Mann”. Ten człowiek, którego miljony niemieckich Diogenesów odnalazły. Czy szukały? Co do tego nie może mieć żadnych wątpliwości kaźdy kto pamięta jak wyglądał nastrój społeczeństwa niemieckiego w 1932 r. Dziesiątki ludzi ginęło codzień w walkach bratobójczych. [Zdanie nieczytelne]. Kłócili się czy walczyli o swe poglądy, bo wierzyli, że właśnie ta wmówiona im na zebraniu wiecowem formułka zapewni im chleb i spokój. Chleb i spokój dał im Hitler. To też zwolennikami jego są dzisiaj nietylko ci, którzy walczyli wówczas w jego szeregach, ale niejednokrotnie i ci, którzy byli po drugiej stronie barykady, a którzy przekonali się, że dzięki zwycięstwu hitleryzmu osiągnęli to co najważniejsze.

Ta najprostsza definicja hitleryzmu, jako „ruch Hitlera”, definicja zawarta zresztą w samej nazwie jest jedyną słuszną, jaką temu nurtowi można wogóle dać.

Kimże jest Hitler? I dlaczego on jest tym właściwym człowiekiem. Dla zrozumienia tego musimy odbyć długą drogę myślową i zacząć od – truizmu. Musimy sobie mianowicie uprzytomnić, że tak jak my jesteśmy narodem o kulturze szlacheckiej (czy może raczej drobnoszlacheckiej) – tak podłożem struktury kulturalnej Niemiec jest światopogląd mieszczański. Tak jak wyobraźnię przeciętnego Polaka pociągała postać Marszałka, którego sylwetka tyle przecież miała w sobie cech gospodarza-szlachcica, tak na wyobraźnię Niemca działa Hitler przez cały szereg cech mieszczańskich dla ogółu swych rodaków zrozumiałych i bliskich. Żaden z dawnych bohaterów niemieckich tej siły atrakcyjnej nie miał. Ani Bismarck, podziwiany i czczony lecz dla ogółu zawsze daleki, wielki pan, ani Moltke esteta wojny, o profilu patrycjusza rzymskiego, ani Hindenburg, uosobnienie cnót dawnych Prus, ani żaden, żaden z plejady tych wszystkich, których liczne pomniki zdobią miasta i miasteczka niemieckie. Jeden jedyny Hitler swoim wyglądem, swym trybem życia odpowiada wyobraźni niemieckiego „szarego człowieka”. I to przejście ideału od feldmarszałka do feldfebla jest najistotniejszą cechą przemiany duchowej Niemiec. O Hitlerze nie setki lecz setki tysięcy mogą powiedzieć, że to „nasz” człowiek.

Jest rzeczą zawsze sporną w historji w jakim stopniu wielcy mężowie umieją wykrzesać i zrealizować drzemiące w duszy narodu tęsknoty w jakiej zaś mierze sami są rezultatami istniejących dążeń i tylko przypadek daje im do rąk możność przeprowadzenia wyniesionych z tłumu haseł. Można ocenić Hitlera i hitleryzm pod tym względem rozmaicie. Jedno jest pewne, że w Niemczech na długo przed przewrotem narodowo – socjalistycznym istniała potrzeba jakiegoś ruchu, któryby przeorał duszę narodu niemieckiego.

Dalszy ciąg w następnych numerach.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Close