W akademickim Domu ukraińskim

Reportaż „Buntu Młodych”

Idziemy pod górę ulicą, zdaje się, Mochnackiego. Jestto jedna z ładniejszych dzielnic Lwowa. Po obu stronach uliczki wille i pałacyki; są to przeważnie nazwiska arystokracji polskiej. Tak, że nawet dowcipni dorożkarze lwowscy dali dzielnicy tej nazwę: „górka hrabiowska”.

Minęliśmy już górkę i jesteśmy na ulicy Supińskiego. A więc to tu jest Dom akademicki studentów ukraińców. Zagadujemy przechodnia. Pokazuje nam ręką gmach, na którym widnieje duży napis ukraiński. Nie spostrzegliśmy budynku zaraz, choć jest on dosyć duży, bo wznosi się, wsunięty o 30 metrów od ulicy. Budynek oddzielony jest od niej dwoma kortami tennisowemi, koloru tartej cegły.

Stajemy i przyglądamy się chwilę. Ten ciemny szarozielobawy, brzydki i posępny, trzypiętrowy dom będzie może kiedyś sławnym i przejdzie do historji ukraińskiego narodu, tak jak mała zawileńska stacyjka przeszła do historji polskiej. Już i dziś jest ten dom sławny: co jakiś czas akademicy Polacy przychodzą tu z kamieniami wybijać szyby. Bo, jak fama niesie, z tego domu biorą się co roku uzupełnienia bojówek z U. O. N.

Zaczynamy po niemiecku…

Kilkanaście schodków i jesteśmy w hallu. Wszystko przypomina przeciętny dom akademicki polski: hall jest ciemny, brudny, schody też, na ścianach duże czarne tablice z białemi ogłoszeniami. Tylko, że napisy są w alfabecie ukraińskim.

– Wir wollen ein Reportage für den „Bunt Młodych” machen, – zwracamy się do młodzieńca, który wygląda tu dość zadomowiony. Zaczynamy po niemiecku rozmowę przez uprzejmość dla naszych gospodarzy. Podobnie, jak dobrze wychowany Rosjanin zaczynał z Polakiem przed wojną rozmowę po francusku.

Grzeczność skutkuje. Po chwili wprowadzają nas przez jeszcze ciemniejszy jak hall korytarz do małej salki, pół biura, pół poczekalni. Pierwszy kolega ukrainiec, ten co nas wprowadził, zostawia nas, mówiąc, poszedł szukać kogoś z zarządu Domu: narazie korzystamy, by z obecnymi w salce dwoma chłopakami zacząć pogawędkę. Są oni uprzejmi i zdaje się, dość ubawieni naszą wizytą. Bo Polacy – to rzadki gość w ich domu.

Zaczynamy od spraw gospodarczych. Ile ich jest, z jakich uczelni, kto wybudował Dom i t. d. Okazuje się, że na 1000 blisko studentów ukraińców studjujących we Lwowie, w Domu mieszka ich 150. Pokoje są 3-osobowe i 2-osobowe. W 3-osobowym czynsz miesięczny wynosi 12 złotych, w 3-osobowym – 15 zł. Kuchnia jest w domu. Pytamy się o ceny. Są niskie, niższe, niż w polskich bratniakach. Zupa kosztuje 15 gr., mięso 60, razem obiad – 75 gr., ale są i tańsze obiady, trochę gorsze, te się kalkuluje na 40-45 gr. zależnie, czy z zupą, czy bez.

Z jakich uczelni są tu studenci? Przeważnie z U. J. K., mniej z Politechniki. Dużo z teologji. Najmniej z akademji weterynaryjnej, medycyny i farmaceutyki. Bo tu stosuje się numerus clausus.

Wprawdzie oficjalnie go niema, ale w rzeczywistości jest.

– Na medycynę w przeszłym roku wstąpiło tylko 2 Ukraińców – dostaję odpowiedź. W tym roku żaden. – To już nie jest nawet numerus clausus, to jest numerus nullus.

Ciekawi nas historja Domu. Opowiadają ją mam. Dom należy do fundacji. Zarządza nią Towarzystwo miłośników oświaty. Ono przydziela mieszkania akademikom. Do Towarzystwa wchodzą ludzie ze starszego społeczeństwa i akademicy. Dom wybudował Eugenjusz Czekałenko. Słyszałem o nim. Był to działacz z Ukrainy naddnieprzańskiej, ziemianin z guberni połtawskiej, przed wojną wydawał w Kijowie „Radę”, był monarchistą, bliskim współpracownikiem hetmana Skoropadskiego.

Rozmowa toczy się coraz swobodniej. Ponieważ po niemiecku i my i oni słabo umieją, więc już przedtem umówiliśmy się, że my będziemy mówić po polsku, oni po ukraińsku. Ale chwilami tylko po polsku mówimy, zwłaszcza gdy oni widzą, że czegoś po ukraińsku nie rozumiemy.

Nędza

Bieda i kryzys daje się im we znaki. Prawie połowa nie je obiadu, pije tylko herbatę. Chleb i cukier każdy ma własny, bo tak taniej wychodzi – słyszymy. To zresztą zrozumiałe. W 80 proc. są tu synowie włościan którzy mogą synom posyłać jedynie i zaledwie po 15, 20, a już najwyżej 30 zł. miesięcznie. Gdy za mieszkanie chłopak zapłaci 12 zł., na jedzenie zostaje mu się na cały miesiąc 8 zł., a więc przeciętnie 35 gr. dziennie. Lekcjami mało co dorobi. 30 proc. mieszkających w domu daje korepetycje. Ale podaż na 4 gimnazja ukraińskie Lwowa jest tak wielka, że licytują się poniżej 50 gr. za godzinę.

Innych kosztów prawie, że nie ma. Bieliznę sam sobie pierze – pralnia – to byłby luksus.

Dlaczego niema bratniaka ukraińskiego?

Zapytujemy się o organizacje i związki. Wymieniają ich trzy. Są to „Warta” – koło naukowe studentów weterynarji, „Osnowa”, która skupia studentów Politechniki i „Medyczna hromada”, koło studentów medycyny. Ale to wszystko są koła naukowe. Mnie chodzi o organizacje samopomocowe ukraińskie, o odpowiedniki naszych „Bratniaków”.

Okazało się, że „Bratniaka” ukraińskiego wogóle we Lwowie niema. Ani na Politechnice, ani na U. J. K., nie mówiąc o akademji Eksportowej, czy Weterynarji. Dlaczego?

– Władze uniwersyteckie nie chcą nas legalizować – odpowiedziano nam.

Nie chce mi się wierzyć. Jak to, dlaczego? Jakiem prawem?

– Jakiem prawem – uśmiechnął się Ukrainiec. Dla nas niema praw. Poprostu wnosiliśmy szereg razy podania, zawsze je odrzucano. Wreszcie daliśmy sobie spokój.

– Ostatni raz kiedyście wnosili?

– Przed dwoma laty, w 1931.

– Ale co wam mówiono, gdy odmawiano legalizacji? Musiano dawać jakieś powody?

– Nie chciano w nazwie uznać słowa: „ukraiński”, ale „ruski”.

– A wyście nie chcieli się na to zgodzić?

Wszyscy trzej dają jedną odpowiedź:

– Nie.

Pawło Hałyk daje jednego złotego

Tymczasem jesteśmy już w większem gronie, bo zjawił się członek zarządu Domu i młody doktór, zastępca asystenta na U. J. K., urzędnik Domu.

Korzystamy, by dowiedzieć się czegoś o gospodarce finansowej bursy.

– Skąd idą pieniądze?

W odpowiedzi młody inteligent bierze leżącą przed nim na biurku kopertę z nadrukiem P. K. O., taką, która przychodzi codzień do każdej instytucji korzystającej z czekowego pocztowego obrotu, i otwierając ją, wyjmuje kilkanaście odcinków.

– Codzień poczta przynosi nam wpłaty na złoty, dwa, czasem i 50 groszy.

Wyciągam rękę i biorę pierwszy odcinek. Opiewa on na jeden złoty. Adres nadawcy: Pawło Hałyk, miejscowości nie mogę odcyfrować, ulica widnieje wyraźnie, Polna 46.

Pawło Hałyk nie jest odosobnionym. Takich Hałyków są w społeczeństwie ukraińskiem setki. Ilość tych złotówkowych fundatorów lepiej świadczy o nastrojach społeczeństwa, aniżeli pojedyńczy fundator w stylu Rockefellera.

Rozmowa staje się coraz bardziej ożywiona. Zaczynamy rozmawiać, jak koledzy , tak, poprostu jak koledzy, którzy w tej chwili stoją zdaleka od walk ich dwu narodów, a mają blisko, bardzo blisko: obiady co drugi dzień tylko, korepetycje opłacane groszami, brak przyszłości.

Czytają „Bezdany”

– A jakie gazety czytacie?

– Wymieniają nam kilkanaście pism. Są dzienniki, miesięczniki, tygodniki. Prawdziwa powódź ukraińskich, prawie wcale nie mają zagranicznych.

– Polskie czytacie?

– Naturalnie. Słowo Polskie, Kurjera Lwowskiego, nawet I. K. C. – dodają.

– A „Bezdany”, czytaliście? – zagadujemy.

– Naturalnie – mówią. To dobra książką…

Okazuje się, że dwóch z nich czyta „Bunt Młodych”. Wolą go od Biuletynu polsko – ukraińskiego. Motywują poprostu:

– Bo „Bunt” wiemy, że to pismo Polaków. A Biuletyn to ni to, ni owo. Ani polskie, ani ukraińskie.

Obiecujemy im posyłać „Bunt Młodych” dla świetlicy.

Najłatwiej też idzie nam rozmowa na tematy samopomocowe. Pytamy się, czy jeden dom im wystarcza.

– Nie – odpowiadają – tembardziej, że akademików naszych będzie coraz więcej ze wsi, z prowincji przybywać. W ostatnich czasach kryzys wstrzymał napływ, ale u nas tak silnie rośnie inteligencja w liczbie, że musimy myśleć o nowym domu.

– A robicie jakie przy gotowania?

– Naturalnie. „Osnowa” o której jużeśmy wam mówili (koło naukowe Ukraińców na Politechnice) ma już nawet plac od lat kilku. Tylko nie mamy pieniędzy jeszcze na budowę. Nędza, szczególnie na wsi dziś straszna. Trudno ludziom nam pomagać.

– A na subsydja nie liczycie? Od Senatów Uczelni, od Rządu?

– Senaty nie dadzą, a rządu nawet prosić nie chcemy.

– A żeby Rząd wam sam dał, wzięlibyście – pytamy dalej.

– Nie – pada odpowiedź.

Wolicie sanację, endeków, czy socjalistów?

Rozmowa przechodzi na Rząd. Cenzura bywa na to dość czuła, więc wolimy się nie rozwodzić dłużej nad tem, co o Rządzie, powiedzieli nam Koledzy z ukraińskiego Domu akademickiego. Na pytanie: „Jaki rząd wolicie, dzisiejszy, czy endecki” -odpowiedzieli z miejsca:

– Oba są takie same dla nas – jeden wart drugiego.

– A socjalistyczny – pytamy.

– Taki sam.

– A konserwatywny.

– Taki sam.

Ta szczerość wreszcie zaczyna nas bawić. Śmiejemy się. Oni też.

Inżynier, który sprzedaje jabłka

Kierujemy rozmowę znów na tematy gospodarcze. Chcemy się dowiedzieć jak się przedstawia w społeczeństwie ukraińskiem sprawa bezrobocia wśród absolwentów Wyższych Uczelni.

– Bezrobocie u nas jest ogromne, zastraszające. Bo pomyślcie tylko: do służby państwowej ani samorządowej od lat nie przyjmuje się ukraińców: pozostały więc tylko posady w przedsiębiorstwach prywatnych. W czasach konjunktury można było jeszcze liczyć na przyjęcie na urzędnika do spółdzielni: Dziś wszędzie redukują, od dwóch lat na palcach można wyliczyć przedsiębiorstwa we Lwowie, które przyjętły w tym czasie nowego pracownika.

– No dobrze, więc co robią absolwenci?

– Radzą sobie, jak mogą, by nie umrzeć z głodu. Nasz jeden kolega co kończył akademję Eksportową jest szewcem. Drugi, inżynier skończony, założył sklep z jabłkami.

„Sołówki” i „Kamczatka”

– Czy możemy zwiedzić „Dom”, zobaczyć, jak mieszkacie?

– Dobrze.

– Możemy Wam nawet pokazać Kamczatkę – dodaje jeden, uśmiechając się.

– Albo Sołówki – dodaje drugi.

– ?…

To najgorsze pokoje nazywa się popularnie w Domu w ten sposób -wyjaśnia nam uprzejmie urzędnik „Domu”.

– Doskonale, idźmy na Sołówki – mówię.

A mój towarzysz pyta się jeszcze przez wrodzoną ciekawość.

– A polskich nazw nie macie?

– Polskie i tak mamy blisko… odpowiadają śmiejąc się.

Wychodzimy z salki zarządu i wchodzimy na schody, po których drapiemy się na piętro jedno, drugie, trzecie. Ciemny korytarzyk, kilka schodków w dół, drzwi i jesteśmy.

Pokój raczej duży i jasny. Okna są wprawdzie wykuszami w dachu, ale są duże i widne. Tem wyraźniej bije nam w oczy z tego pokoju: bieda. 6 czy 7 łóżek żelaznych, z pod ciemnych prawie prześcieradeł wystaje tu i ówdzie wytarty siennik. Koło łóżek parę krzeseł, jakiś stolik, na nim leży mydło, brudny ręcznik, śledź w papierze i bochenek chleba – oto folklor pokoju. Bieda z nędzą.

Chłopaków jest z pięciu. Patrzą na nas trochę zdziwieni, że do tej ich „Kamczatki” przyszli nagle goście i to nieznani. Oprowadzający nas, objaśniają, że jesteśmy redaktorami pisma, że zwiedzamy gmach, i że przyszliśmy specjalnie odwiedzić „Kamczatkę”. Uradowało ich, że ,,Kamczatka” jest tak sławna i prędko zaczyna się rozmowa w dziwnej, a jednak tak często spotykanej w Małopolsce wschodniej mieszaninie języka ukraińskiego i polskiego.

Gadamy na stojąco, odrazu tym razem idą tematy polityczne. Już i tak ze dwie godziny jesteśmy w gmachu, za chwilę wyjdziemy, więc ta typowo reporterska obawa spłoszenia zwierzyny nas opuszcza. Już przedtem w rozmowie na dole, gdyśmy rozmawiali z absolwentem uniwersytetu (zastępca asystenta na U. J. K.) studentem III roku (członek Zarządu Domu) oraz studentem I roku – zauważyliśmy, że im student jest młodszy, tem jest skrajniejszym nacjonalistą. Na „Kamczatce” sprawdza się ta teorja. Mieszkają tu sami pierwszoroczniacy, jest tylko jeden z II-go roku, wszyscy są takimi szowinistami, że wprost trudno z nimi gadać, choć jest może w tem i trochę licytowania się w nacjonaliźmie.

Ci to już nie ukrywają swej szczerości. Na pytanie kogo wolą rząd dzisiejszy, czy rząd endecki, odpowiadają:

– Wolimy endeków, ci choć mówią otwarcie, czego chcą.

Na pytanie, jaki polak jest u nich jeszcze najpopularniejszy, gdy myślimy, że usłyszymy nazwisko Hołówki, pada odpowiedź:

– Najbardziej chyba wolimy Grabskiego. On nie bawi się w kręcenie, ale zwalcza nas, jak może i gdzie może.

Uniwersytet ukraiński

Próbujemy inaczej.

– A czy stworzenie przez Rząd uniwersytetu ukraińskiego przyczyniłoby się do polepszenia stosunków współżycia?

– Nie.

A drugi dopowiada.

– Tak uniwersytet, ale we własnym kraju.

Na to się znów oburza mój współtowarzysz.

– Jak to „we własnym kraju”?

– A tak, bo my tu jesteśmy autochtoni.

Tu się dopiero zaczyna szczere oburzenie mojego towarzysza kol. B.

– Co, a my to mamy być nie autochtoni!? Zaczyna krzyczeć – mój dziad po kądzieli był hetmanem zaporoskim, a wy śmiecie mi teraz mówić, że nie jestem autochtonem!?…

Poczciwe w gruncie rzeczy chłopaki w pierwszej chwili się zacukali na widok świętego oburzenia potomka ich dawnych wodzów. Ale ponieważ byliśmy w dobrych humorach, więc konflikt narodowościowy nie przybrał groźniejszych rozmiarów.

Dla odmiany pytamy teraz, kto z ich społeczeństwa cieszy się największą sympatją u akademików. Pada nazwisko mecenasa Starowolskiego: Jest to słynny obrońca, który bezinteresownie podejmuje się od lat obrony w sprawach politycznych.

– A procentowo dużo akademików ma sprawy polityczne?

Okazuje się, że na 90 osób przebywających obecnie w areszcie w sprawach politycznych znajduje się 40 akademików. Odsetek więc ogromny.

Policja, bolszewicy, żydzi

– A jak z policją żyjecie?

– Specjalnie dobrze, nie – odpowiadają tym samym tonem. Nieraz tu przychodzą, robią rewizję, po dwie godziny i dłużej w nocy u nas szukają.

– Ostatni raz dawno byli?

– Dwa dni temu. Wzięli jednego i poszli.

Przerzucamy się z tematu na temat:

– Komuniści są u was?

Okazuje się, myśmy zresztą o tem wiedzieli, że komunizm nie czyni u nich żadnych postępów – społeczeństwo ukraińskie jest wprost wyjątkowo wrogo nastawione. Dziwi nas to nawet, zwłaszcza o ile chodzi o młodą inteligencję, która stoi wobec przerażającego bezrobocia, pozbawiona skutkiem zamknięcia przed nią drogi do służby w urzędach i instytucjach państwowych i samorządowych – wszelkich widoków na przyszłość. Ci koledzy potwierdzają nam to samo, cośmy słyszeli na dole.

– Urzędy państwowe. Do tego trzeba mieć świadectwo lojalności. A tego nasi nie dostają.

– No dobrze, a jeśli ktoś jest naprawdę lojalny?

– To i tak nie dostanie. Wystarczy, że jest naszego obrządku.

Dowiadujemy się, jeszcze, że ukraińcy są antysemitami.

– Żydów nie lubimy mówi jeden.

– Tylko jesteśmy mądrzejsi od was – mówi drugi – zamiast krzyczeć lub bić ich, przy pomocy spółdzielni zmuszamy ich do usuwania się z handlu.

Stosunek do profesorów

Rozmowa znów schodzi na stosunki uniwersyteckie na U. J. K.

– Uniwersytet współpracuje z policją – informuje nas jakiś młodzieniec patrzący zpodełba.

Nie chcemy wierzyć. Przekonuje nas dalej:

– Zdarzają się wypadki, że gość ma wyznaczony egzamin na dany dzień. W przeddzień aresztuje go policja. Trzy dni potem go wypuszcza. Ale egzamin, często rok, jest stracony.

Ze swoich wspomnień uniwersyteckich wyniosłem głębokie poszanowanie dla profesora naszych uniwersytetów. To też nie mogę uwierzyć, aby podobna rzecz była możebna.

To też gdy tego jeszcze dnia rozmawiałem z profesorem U. J. K. b. dziekanem jednego z wydziałów nie mogłem nie skorzystać ze sposobności, by go nie zainterpelować o to.

– Łżą łajdaki – powiedział z uśmiechem, nie przejmując się tem bynajmniej nawet profesor. Kłamią jak najęci, nie można im we wszystko wierzyć. Przeciwnie jak często się zdarza, że przychodzi taki młody człowiek i prosi o przywrócenie straconego terminu. Dlaczego – pyta profesor. – Ja sedył… – odpowiada, drapiąc się z zakłopotaniem w rozczochraną czuprynę. I profesor zawsze im to uwzględnia. Naturalnie, że czasem jest jakieś seminarjum, czy colloquium konieczne, ale co do porozumiewania się Senatu z policją – o tem mowy niema.

Jedyna wspólna więź

Już czas na nas. Musimy opuścić ,,Dom” i szowinistyczną, skrajną , „Kamczatkę”. Na wszystkie pytania na temat ewentualności zbliżenia, czy porozumienia z nimi, młodzi ukraińcy dawali nam odpowiedzi negatywne. Próbowaliśmy i z uniwersytetem ukraińskim we Lwowie – nie poszło, próbowaliśmy wygrać porównanie z endekami – też nie chwyciło (a może chwyciło, ale wstydzili się przyznać). Ale nie chcemy opuścić „Kamczatki” bez cienia nadziei. Chcemy stąd wyjść z małą, choćby najmniejszą nicią jakiejś łączności, wspólności interesów. Znajdujemy ją wreszcie. Jest nią pytanie:

– Nas nie lubicie. Wiemy. Składa się na to wiele rzeczy, dużo winy i z naszej strony. Ale powiedźcie jedno: kogo wolicie, nas czy bolszewików?

Na pustej, białej ścianie pokoju, wiszą naklejone na karton jakieś wycinki z gazet. Podchodzę bliżej i poznaję. Fotografje ś. p. Biłasa i Danyłyszyna. Wiem co mam myśleć o mieszkańcach tego pokoju. Że to nie jest spokojne „Diło”, że to nie jest umiarkowane Undo.

A jednak dostaję odpowiedź:

– Tak, przyznajemy, że was wolimy jednak od bolszewików. Oni są dla Ukraińców jeszcze gorsi.

Żaden z kolegów jego, kolegów Danyłyszyna i Łemycha nie protestuje.

Czasopismo polityczno-społeczne wydawane od 1931 roku pod redakcją Jerzego Giedroycia. Pismo powstało na bazie „Dnia Akademika” będącego organem studenckiej organizacji konserwatywnej „Myśl Mocarstwowa”. Czołowymi publicystami „Buntu Młodych” byli bracia Adolf i Aleksander Bocheńscy, Ksawery i Mieczysław Pruszyńscy a także Kazimierz Studentowicz, Stanisław Swianiewicz, Stefan Kisielewski. W początkach 1937 roku pismo zmieniło nazwę na „Polityka”.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close