• Czas
  • / 07.01.1927
  • / Kraków
  • / Rok 79, Nr 5

Z dokumentów chwili

Dar-er-Islam

„Dar-el-Islam” znaczy dosłownie dom Islamu. W przenośni nabiera to pojęcia solidarności religijnej, która sprawia, że wszyscy wyznawcy proroka bez różnicy rasy i narodowości czują się niejako braćmi, że są częścią pewnej całości, że istnieją między nimi więzy, łączące ich silniej i potężniej niż wszystko to, co ich dzielić skądinąd może. Jest to coś podobnego do naszego wyrażenia „Europa” -tylko ma cechy o wiele bardziej konkretne i jest o wiele wyraźniej odczuwane: poczucie łączności istniejące wśród Mahometan jest znacznie silniejsze, niżeli analogiczne poczucie między Europejczykami, a nawet chrześcijanami.

Otóż ten „Dar-el-Islam” znajdował swe zewnętrzne i praktyczne oparcie w dwóch instytucjach: w kalifacie i w „Hadż” t. j. pielgrzymce do Mekki, którą Mahomet nakazał jako najdobitniejszy akt wiary. Tylko, że wbrew temu co się powszechnie myśli nie kalifat, lecz właśnie „Hadż” najbardziej przyczynił się do wytworzenia jedności mahometańskiej. Niemniej gdy przed trzema laty kemaliści skasowali kalifat, wrzenie zapanowało ogromne w całym świecie Islamu i poczęto mówić o zwołaniu panislamicznego kongresu w celu zastanowienia się nad wytworzoną sytuacją.

Projekt ten po wielu trudnościach doszedł ostatecznie do skutku bieżącego lata w postaci aż dwóch odrazu zebrań – jednego w Kairze, drugiego w Mecce, – na które przybyli przedstawiciele wszystkich narodów i sekt, z których składa się dwustu miljonowa rodzina wyznawców Mahometa. Był nawet przedstawiciel Mahometan polskich — effendi Jakub. Coprawda nie wszyscy delegaci byli na obu zjazdach jednocześnie: niektórzy będący w Kairze nie byli w Mecce i odwrotnie. Oba też zjazdy dały mierne bardzo wyniki: kairski, poświecony raczej sprawom dogmatycznym, zakończył się w zupełnym chaosie i najkompletniejszej konfuzji pojęć. Zjazd w Mecce, chytrze przez wodza Wahhabitów, Ibsz-Sa-uda, skierowany na sprawy ekonomiczno-gospodarcze tyczące się miejsc świętych, zakończył się również bez większych rezultatów. Na obu zaś zjazdach panowały spory, rozterki i intrygi. Nietylko nie wybrano nowego kalifa – nie uzgodniono się nawet co do pytania – czy jest on w ogóle potrzebny i czy stanowi rzeczywiście niezbędny moment religijny w pojęciu Koranu. Tembardziej nie osiągnięto żadnego wyrównania głębokich różnic dzielących muzułmanów na niezliczone sekty, ani nie ustalono nawet w przybliżeniu wspólnego dla wszystkich pojmowania przepisów Koranu i ich komentowania.

Pozornie wypadło zatem najpospolitsze fiasco. Ale tylko pozornie.

W rzeczywistości stała się rzecz wielkiej wagi, a pełna groźby na przyszłość. „Dar-el-Islam” – dom Islamu – po raz pierwszy od tysiąca czterystu lat swego istnienia zebrał się był w komplecie i radził konkretnie pod wspólnym dachem. To, co dotąd było jedynie wyrażone w postaci ideowej, nabrało obecnie kształtów namacalnych: poczucie solidarności i jedności świata muzułmańskiego przyoblekło się w ciało, które dążyć zamierza – jak to już oświadczają jego autorytatywni wodzowie -do stworzenia Ligi narodów mahometańskich.

Islam jest czemś takiem, czego nie umiemy określić. Był i pozostaje dla nas, giaurów -a może nawet i dla swych własnych wyznawców – tajemnicą, w pełni tego słowa znaczeniu. Jest bowiem czemś więcej niż tylko religją. Jest wspólnym DOMEM, pod którego dachem zebrały się i mieszkają, najróżnorodniejsze rasy, narody, szczepy, o wielce nieraz różnych tłumaczeniach Koranu, lecz o poczuciu, że wyznają tę samą wiarę i że są wszystkie u siebie w tym DOMU: są jego właścicielami tak samo, jak on jest ich własnością.

Dlatego też nie można brać nazwy Ligi narodów muzułmańskich w znaczeniu u nas powszechnie przyjętem. Do takiej Ligi nigdy zapewne wśród narodów Islamu nie dojdzie. Natomiast dojdzie – i zdaje się, że dojść musi z nieubłaganą koniecznością, – do coraz to żywszego i konkretniejszego odczuwania owego „Dar-el-Islam”: – wspólnoty, solidarności i odrębności mahometańskiej. Tkwi już w tem wystarczająca groźba i niebezpieczeństwo dla Europy. Skutki bowiem są jasne: dążenie narodów muzułmańskich do zrzucenia jarzma europejskiego. Wszystkie, prócz jednej tylko Turcji, pod nim się dziś uginają i wszystkie chcą się zeń oswobodzić. Dotąd czyniły to każdy oddzielnie – dziś poczynają wspólnie i solidarnie nad tem pracować. Zjazdy w Kairze i Mecce były nie pierwszemi zresztą zewnętrznemi przejawami tego nowego stanu rzeczy. Prekonizowała go Abdul-Hamidowska koncepcja panislamizinu, a potem Enver-Bey’owski panturanizm. Pracuje nad nim niezmiernie intensywny ruch religijny, obejmujący cały świat muzułmański i noszący wszystkie cechy głębokiego odrodzenia duchowego Islamu. Przyspiesza go przeobrażenie socjalne i ekonomiczno-gospodarcze, rozwijające się wśród społeczeństw mahometańskich pod wpływem wzorów płynących z Zachodu. Wszczepia go w świadomość mas namiętny nacjonalizm, siejący zarzewie nienawiści do chrześcijan i dążący do obalenia ich panowania.

Daje mu wreszcie cały wypracowany plan strategiczno – taktycznego postępowania ten sam Mustafa-Kemal, który skasował kalifat i zabrania swym podwładnym nosić fezy: „starajcie się – pisze on w swym manifeście do ludów muzułmańskich – starajcie się przedewszystkiem zdobyć na waszych białych najeźdźcach utworzenie rządów lokalnych, któreby były w waszych rękach. Jest to ważniejsze od pozornej jedności religijnej pod egidą kalifatu. Prawdziwem wiązadłem duchowem między prawowiernymi jest nie zewnętrzna forma kalifatu, lecz poczucie, że wszyscy wyznawcy Koranu są braćmi. Umiejcie raczej tem się przejąć; zaś w dziedzinie politycznej zadawalniajcie się narazie częściowemi odwetami…”

…Na dzień wielkiej bowiem rozgrywki czas nie nadszedł jeszcze. Tego Mustafa-Kemal nie pisze, lecz daje to wszystkim jasno do zrozumienia. I świat muzułmański doskonale to rozumie i do rozgrywki tej się przygotowywuje. Przygotowywać się powinna i Europa -a to tem bardziej, że nie posiada nic takiego „coby dało się porównać z pojęciem „Dar-el-Islamu”. Coprawda, kiedyś coś podobnego posiadała, lecz zagubiła i roztrwoniła ten skarb na manowcach subjektywistycznego indywidualizmu. A teraz w przerażeniu szuka jakby, go odnaleźć.

Miejmy nadzieje, że się jej uda, boć tu o jej istnienie może chodzi.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Close