Z dokumentów chwili

Depolonizacja

Zamieszczając poniższe uwagi – pochodzące z poważnej strony – o obecnem położeniu na Wołyniu, musimy dodać, że obraz tam nakreślony, wydaje się nam zbyt czarny; w każdym razie, jest to głos przestrogi zwrócony do czynników rządowych, przypominający im, że problemat naszych kresów nie może być rozwiązany metodami dotychczas stosowanemi.

Powstanie Polski wywołało na terenie naszych kresów wschodnich zadziwiające i wprost nieoczekiwane zjawisko: zamiast wzmocnienia tam polskości spowodowało jej regresję. W stosunku do stanu rzeczy pozostawionego tam przez zaborcę rosyjskiego rezultat naszego ośmioletniego panowania określić się da krótkiem słowem: depolonizacja. Najbardziej autorytatywne i kompetentne świadectwa zgodnie to stwierdzają. I fakt godny uwagi: wszystkie rządy, wszystkie gabinety, które kolejno władzę w swych rękach piastowały, a bez względu na kierunek i zabarwienie polityczne wszystkie osiągały jako następstwo swej polityki kresowej ten sam rezultat. A przecież nie było z pośród nich żadnego, któryby świadomie cel taki sobie postawił. To też zapewnie winowajcy szukać tu trzeba zgoła gdzieindziej i bodaj jeszcze głębiej niż w nieudolności rządu, a nawet w pewnych błędnych założeniach naszego państwowego ustroju: sięgnąć by tu może należało w sam głąb duszy nowoczesnej Polski i w jej psyche szukać wytłumaczenia.

Krótki rzut oka na sytuację pod tym względem choćby Wołynia – bierzemy go przykładowo – daje nam już bogaty i obfity materjał do rozmyślań.

Jasnem jest, że to co stanowi może cechę polskości tego kraju jest jedynie polski element osiadły. Element bowiem urzędniczy cechy tej nadać nie jest w stanie, jak poucza nas chociażby nasze własne doświadczenie, np. z Poznaniem, który pozornie był zupełnie prawie niemieckiem miastem jeszcze w końcu 1918 roku, a w parę miesięcy później – gdy odpłynęła fala urzędników pruskich – stał się odrazu miastem polskiem. Otóż na Wołyniu elementem osiadłym polskim jest jedynie ludność wiejska. Miasta są przeważnie żydowskie. Przemysłu i handlu polskiego tak jakby nie było. Ta polska ludność wiejska da się rozbić na cztery grupy. Rozpatrzmy każdą z nich oddzielnie.

Mapa województwa wołyńskiego

Mapa województwa wołyńskiego

Bezsprzecznie najsilniej działającym elementem polskim jest ziemiaństwo. Wynosi ono dzisiaj jeszcze 254 odśrodków dworskich (ponad 180 ha) coprawda rzadko po kraju rozrzuconych, lecz potężnie promieniujących polskością. Poza lasem, który odgrywa w jego posiadaniu poważniejszą rolę jedynie w części północnej Wołynia, główną podstawą ziemiaństwa jest ziemia orna. Skutki zniszczeń wojennych z konieczności ponownego zagospodarowywania się zmusiły wielu ziemian do parcelacji. Wykonywanie reformy rolnej, uwłaszczenie drobnych dzierżaw i przeciążenie podatkowe sprawiają, że obszar posiadanej przez ziemian roli szybko się zmniejsza i wynosi dziś około tylko pięciu procent użytków rolnych wógóle. Wnioskując z cyfr znajdującego się w naszych rękach bardzo ciekawego memorjału wypada, że najdalej za dwa – wyraźnie dwa lata, Wołyń stanie wobec zupełnego wyczerpania zapasów ziemi, co będzie rezultatem nietylko powyżej wyłuszczonych przyczyn, lecz i całej polityki agrarnej, która dąży na Wołyniu do zlikwidowania większej własności w jaknajprędszem tempie. Pozostaną wtedy – już za dwa lata – ośrodki rolne polskie zredukowane wszystkie do ustawowego minimum (300 ha) poza nielicznemi podpadającemi wyłączeniom, przewidzianym przez ustawę kontyngentu, która dla polskich i niepolskich majątków wyniesie conajwyżej tylko około 20.000 ha. Nie mówiąc już o fatalnych skutkach takiego wyczerpania zapasów ziemi dla skuteczności projektowanej reorganizacji stanu posiadania drobnej własności (scalania, serwituty) – zmniejszy to ogromnie znaczenie promieniowania i wpływu ośrodków ziemiańskich polskich, o ile wogóle nie doprowadzi je do ruiny zupełnej, w bardzo przynajmiej znacznej ich ilości. Gospodarować w stosunkach tamtejszych na trzystu hektarach znaczy prawie, że zchłopieć już w drugiej generacji. Właściciel takiego „majątku” będzie miał też do wyboru albo właśnie zchłopieć, albo wysprzedać się do reszty i wynieść – w obu wypadkach odbije się to na promieniowaniu ośrodków polsko-ziemiańskich: zmniejszy ich intensywność i liczbę. Z owych 254 polskich osiedli ziemiańskich pozostanie być może tylko kilkadziesiąt, opartych o las lub o jedną drugą jaką fabrykę przetworów rolniczych. Reszta zniknie lub w marazmie dogorywać będzie. Nie trzeba dowodzić skutków tego dla polskości Wołynia ani jak się to odbije na jego fizjonomji układu narodowościowego.

Druga grupa, którą brać pod uwagę należy z punktu widzenia polskości jest to osadnictwo wojskowe. Wiemy, że zawiodło ono zupełnie pokładane w niem nadzieje. Rozdane parcele są głównie niezabudowane i w najdzikszy sposób eksploatowane: oficerowie i urzędnicy mają je wydzierżawione, zaś żołnierze uprawiać je mogą często uciekając się do systemu… żenienia się z córkami zamożniejszych miejscowych włościan. Pod względem polskości nie odgrywają żadnej roli i tylko nominalnie do Polaków należą. Marzeniem ich właścicieli jest je sprzedać i jedynie fakt, że rząd nie daje im dotąd formalnego przewłaszczenia uniemożliwia im projekt ten wykonać. To też z całego osadnictwa wojskowego ostaną się jedynie nieliczne wyjątki, w rodzaju takiej np. osiedli krechowieckiej na dawnym polygonie w Szupkowie, koło Równego. Jako zasadę można przyjąć, że kto nie sprzeda i nie „ucieknie”, ten się wynarodowi, wsiąkając w masy autochtonów. W obu wypadkach znowu dla polskości jednakowy efekt.

Trzecia grupa to osadnictwo cywilne. W latach 1921-1922 rozwijało się ono bardzo intensywnie, gdy ziemia w rdzennej Polsce była droga a na Wołyniu tania. Wtedy chłop z „Polski” sprzedawał swą morgę gdzieś w Koziej Wólce i kupował za nią kilka hektarów pod Łuckiem czy Włodzimierzem. Dziś koniunktura jest odwrotna i ten sam osadnik wyprzedaje się na Wołyniu, wraca do rodzinnych stron i tam się z „przychówkiem” okupuje. W niektórych osadach polskich powstałych temu kilka lat i nawet pięknie rozbudowanych pozostało już zaledwie po kilku kolonistów, a i ci wcześniej czy później, znużeni odosobnieniem i niepewnością swego położenia wśród obcej mu masy sąsiadów, będą może zmuszeni się wysprzedać.

W ten sposób cały pochód kolonizacyjny polski na Wołyniu kończy się niepowodzeniem.

Ostatnia wreszcie grupa osiadłego elementu polskiego to miejscowi „katolicy”. Pod względem obyczajów a nawet języka zlali się prawie zupełnie z nielicznemi wyjątkami z miejscową ludnością tubylczą, od której dzieli ich właściwie nic innego, tylko rodzaj liturgii i język używany w kościele. Żadnego wyraźniejszego odczucia polskości trudno się w nich doszukać – przy ostatnich wyborach glosowali na listę Nr. 16. Oczywiście mogłoby ono być innem przy pewnych sprzyjających warunkach: dobrej szkole polskiej, dobrych władzach miejscowych, dobrem duchowieństwie… i przy odpowiednim autorytecie państwa. Jedynie zaścianki szlacheckie nieco lepiej pod tym względem stoją. W każdym razie ów element „katolicki” nie może jeszcze przedstawiać polskości na Wołyniu, a tembardziej promieniować.

Oto w krótkich słowach obraz położenia i historja depolonizacji Wołynia. Streszczając się można powiedzieć, że gdy jedni się nie liczą, drudzy uciekają, a trzeci wsiąkają w ludność tubylczą, to czwartych się przymusowo likwiduje – tak iż niezadługo z osiadłego elementu polskiego nie pozostanie na Wołyniu nic, lub prawie nic. Pozostaną jednak kolonje czeskie i niemieckie, które wykazują o wiele więcej hartu i odporności niż polski osadnik i w zmiennych kolejach losu potrafiły zachować swą fizjonomję własną i odrębność.

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż działa tu coś o wiele głębszego niż tylko zły system rządowy i zła polityka kresowa. Jest to coś jakby z osłabienia naszej zdolności kolonizacyjnej polskiej – tej zdolności, która ongiś pchnęła nasze placówki aż na Dniepr. Element, który wtedy szedł na Wschód, pozostawał na zajętych pozycjach, zachowywał swe cechy narodowe, promieniował nawet niemi dookoła siebie, a tak silnie, że do ostatnich lat nadawał olbrzymim połaciom kraju swe specjalne piętno. Element, który dzisiaj poszedł, załamał się odrazu w parę lat…

…A może to szły dwa całkiem różne tylko elementa, i tem się rzecz cała tłumaczy poprostu.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Close