Dwie wizje przyszłości (cz. 2)
Aldous Huxley czyli przerażenie człowieka

Rządzący w świecie przyszłości klerkowie, zachowali w Meksyku rezerwat, gdzie dla celów doświadczalnych hodują człowieka w stanie naturalnym, płodzonego przez ludzi, a nie przez sztuczne zapłodnienie, jak w społeczeństwie przyszłości, rozwijającego się swobodnie, nie zstandaryzowaniego. Oto jeden z „dzikich” który zna tylko jedną książkę: Szekspira, wyrwał się z rezerwatu i ogląda świat zracjonalizowany. Takie jest założenie nowej książki Huxleya („Brave New World”, London Chatto et Windus. 1932).

W świecie, który ogląda „dziki” patrzący nań oczyma Szekspira, dokonano rzeczy, której zaczątki widzimy już w Rosji, czy w Stanach Zjednoczonych: maszynie państwowej dostarczany jest taki materjał ludzki, który umożliwia jej funkcjonowanie bez zarzutu. – Państwo otrzymuje takie istoty żyjące, jakich potrzebuje, w takiej ilości, jakiej wymaga produkcja i konsumcja. Ludzkość jest standaryzowana, ale nie w ten naiwny egalitarny sposób, jaki głoszą komuniści. Hodowane są różne rasy, począwszy od najprymitywniejszej, wykonującej wiecznie takie same ruchy rąk potrzebne do obsłużenia maszyny, rasy prawie pozbawionej zdolności myślenia, zadowolonej ze swego losu. W świecie przyszłości bowiem wszystkie rasy (czy też klasy) są szczęśliwe, są bowiem tak „wyprodukowane”, by były zadowolone ze swego losu i by nic innego nie było w stanie ich zadowolić. Jak osiąga się podobne rezultaty:

„Stali w wielkiej, jasnej i słonecznej sali, w której całą jedną ścianę zajmowało okno. Na podłodze ustawiono wazy napełnione różami… pomiędzy wazami ustawiono wielkie książki i jasne, kolorowe, ilustracje zwierząt, kwiatów, roślin… Weszły pielęgniarki z ośmiomiesięcznemi dziećmi, zupełnie podobnymi do siebie (wszystkie należały do grupy Bokanowskiego) i ubranymi w kolorze khaki (wszystkie należały do klasy Delta). „Połóżcie je tak, by widziały kwiaty i książki”. Dzieci ucisżyły się szybko, zaczęły pełzać do barwnych plam, do jasnych błyszczących kształtów, do białych stronic. Radośnie podniecone, mlaskały i gulgotały. – Najszybciej pełzające były już u celu. Małe rączki wyciągały się, chwytały i mięły róże, ujmowały kartki. Dyrektor czekał, aż wszystkie były radośnie zajęte. „Patrz pan uważnie”, powiedział wtedy i dał znak ręką. Kierowniczka pielęgniarek dotknęła małej dźwigni. Rozległa się gwałtowna eksplozja. Syrena jęczała coraz przeraźliwiej. Sygnały ostrzegawcze ryczały jak szalone. Dzieci rzucały się, twarzyczki ich były przerażone. „A teraz”, krzyknął dyrektor wśród ogłuszającego hałasu „wzmocnimy lekcję małym wstrząsem elektrycznym”. Pielęgniarka poruszyła inną dźwignię. Krzyk dzieci zmienił gwałtownie ton. Było w tych ostrych spazmatycznych wyciach, które obecnie wyrzucały z siebie, coś graniczącego z szałem… Eksplozje, dzwonki, sygnały cichły stopniowo. Sztywno wyprężone ciałka dziecięce. „A teraz proszę im podać kwiaty i książki”. Gdy tylko pielęgniarki zbliżyły się do dzieci z obrazkami i różami, maleństwa zaczęły znów jęczeć i zawodzić. „Patrz pan – mówił dyrektor z dumą – będą odtąd wzrastały w instynktownej nienawiści – jak mówili dawniej psychologowie – do książek i kwiatów. Wychowujemy masy w ten sposób, by nienawidziły „natury”, ale równocześnie wychowujemy je w miłości dla sportu i dbamy o to, by sport odpowiadał potrzebom, które dawniej zaspakajał skomplikowany aparat „miłości natury”.

A oto środek wzbudzania zadowolenia .ze swego położenia socjalnego – Hypnopadeia: „Dyrektor wprawił w ruch głośnik: wszyscy chodzą w zielonem ubraniu – zaczął mówić powolny, a wyraźny głos – a dzieci-Delta mają ubrania khaki. Nie chcę się bawić z dziećmi Delta. A dzieci Ypsilon są jeszcze gorsze, są za głupie, by się uczyć czytać i pisać… Jestem zadowolony, że jestem Alfa. Dzieci Beta noszą szare ubrania. Muszą pracować o wiele więcej niż my, bo są od nas o wiele mądrzejsze. Jestem zadowolony, że nie jestem dzieckiem Beta, gdyż nie muszę tak wiele pracować. Jesteśmy o wiele lepsi, niż Gamma i Delta. Dzieci Gamma są głupie -noszą zielone ubrania”. – Usłyszą to przed obudzeniem jeszcze czterdzieści do pięćdziesięciu razy, potem znowu w czwartek i w sobotę. Sto dwadzieścia razy po trzy razy w tygodniu podczas trzydziestu miesięcy. Potem się zaczynają trudniejsze lekcje”.

„Dziki” poznawszy świat, dostaje się do kierowników jego, do jednego z dyktatorów świata – i oto następuje punkt szczytowy książki, bilans „cywilizacji” i „barbarzyństwa”.

Mówi dyktator świata: „Świat jest ustabilizowany. Ludzie są szczęśliwi: mają to, czego chcą i nie chcą niczego, czego nie mogą dostać. Są zamożni, zabezpieczeni, nigdy nie są chorzy, nie boją się śmierci, nic nie wiedzą o bólu, ani o starości; nie dręczą ich rodzice, nie mają żon, dzieci, kochanków, do którychby żywili silniejsze uczucia. Są tak ukształtowani, że nie mogą się zachowywać inaczej niż powinni”. „To właśnie wydaje mi się przerażającem” – jęknął dziki…

„Nie chcemy żadnej zmiany, zmiana zagraża stałości… każde odkrycie czysto naukowe ma w sobie w istocie siły rewolucyjne. Także i naukę musi się czasem traktować, jak ewentualnego wroga… Nietylko sztuka nie da się pogodzić ze szczęściem, również nauka… Co za dziwaczne rzeczy pisali ludzie o postępie nauki… aż do dziewięcioletniej wojny… Wtedy doszli do rozsądku – mcóż pomoże prawda, piękno i wiedza wobec bomb gazowych? Wtedy rozpoczęła się kontrola nauki i nie znieśliśmy jej nigdy. Dla prawdy to nie zawsze oczywiście jest korzystne. – Ale dla szczęścia – a za szczęście trzeba płacić”. „Sztuka, nauka – mówił dziki – szczęście kosztowało was dość wiele, może i więcej?” „Oczywiście, kosztowało nas religję. Przed wojną dziewięcioletnią istniało coś, co nazywano Bogiem”. „Ale Bóg jest źródłem wszystkiego, co szlachetne i wzniosłe i heroiczne. Gdybyście mieli Boga…” „Mój młody przyjacielu, cywilizacja nie potrzebuje wzniosłowości i heroizmu. Są to symptomy politycznej niedojrzałości. W społeczeństwie dobrze zorganizowanem, jak nasze, niema nigdy sposobności do tego, by być szlachetnym i heroicznym… Tam, gdzie istnieją wojny, gdzie istnieją pokusy, którym się trzeba opierać, przedmioty miłości, o które trzeba walczyć – tam heroizm i szlachetność mają pewien sens. A dziś niema wojen. Pilnie czuwamy nad tem, by nikt nie kochał za silnie… każdy jest tak ukształtowany, by musiał czynić tylko to, co powinien czynić. A to co czyni, jest przeważnie tak dla niego przyjemne, że niema pokus. A sama uspokaja gniew, łagodzi nieprzyjaciół, daje cierpliwość… Dawniej trzeba było do tego wielkiej siły woli i lat kształcenia charakteru. Dziś połyka się dwie lub trzy tabletki po pół grama. Każdy może dziś być cnotliwym. Możesz we flaszce przy sobie nosić moralność dla połowy świata”. „Czego wam potrzeba – mówił dziki – to cierpienia. – Nigdy nie jest ono przepłacone… Nie chcę wygody. Chcę Boga, chcę poezji, chcę prawdziwego niebezpieczeństwa, chcę wolności, chcę prawdziwej cnoty. Chcę grzechu”. Krótko: chcesz prawa do nieszczęścia! „Tak, chcę prawa do nieszczęścia”. „A przytem chcesz prawa do tego, by być starym, brzydkim, bezpłodnym, by mieć raka i syfilis, by nie mieć co jeść, by żyć w ciągłej trwodze przed tem, co przyniesie dzień następny, by być dręczonym przez niewymowne bóle?” „Tak, chcę tego wszystkiego” – krzyknął dziki.

Jan Turzyma.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close