Fałszywa droga (cz. 2)

Taki system gospodarczy był mniej lub więcej systemem panującym przed wojną. Ograniczenia, którym podlegała wolność indywidualna w dziedzinie gospodarczej, pokrywały się prawie w zupełności z ogólnymi ograniczeniami, mającemi na celu zapewnienie ładu, porządku i bezpieczeństwa. W jednej dziedzinie była już wtedy wolność jednostki gospodarującej skrępowana ograniczeniami odmiennego charakteru, a mianowicie w dziedzinie pracy, której reprezentantów już przedwojenne państwo wzięło pod swoją specjalną opiekę, rozbudowując ustawodawstwo robotnicze i socjalne. Pozatem energja gospodarcza jednostki mogła się naogół wolno rozwijać. Polityce gospodarczej przyświecała teza, że każdy jest twórcą własnego szczęścia. System ten okazał się korzystny; finanse państwowe były w porządku, dobrobyt rósł, międzynarodowy handel kwitnął, żywy ruch kapitałów użyźniał gospodarstwo świata, kredyt był łatwy i tani, bogate kraje Zachodu Europy swemi kapitałami umożliwiały uboższym krajom rozwój produkcji surowców i środków żywności, za które one zakupywały od pierwszych ich produkty fabryczne, przy wolnym obrocie kapitałów i towarów, bilanse płatnicze wyrównywały się automatycznie, wskutek czego, pominąwszy wypadki złej gospodarki skarbowej, systemy walutowe były zdrowe. Przy rosnącym dobrobycie podnosiła się też kultura. Państwo nie interesowało się gospodarstwami prywatnemi, władza nie łamała sobie głowy nad stworzeniem powszechnej pomyślności i nie konstruowała planów dla narodowej gospodarki, nie prowadziła też prawie żadnych przedsiębiorstw (wyjąwszy komunikacyjnych), a nieliczne monopole utrzymywano tylko dla celów czysto fiskalnych.

Przyszła wojna. Zmieniła ona z gruntu misternie zbudowany, a wolno oddychający organizm. Miejsce wolności zajęła niewola. – Nietylko produkcja, ale i rozdział dóbr przeszedł w ręce państwa, które dyrygowało wszystkimi objawami życia gospodarczego, rynkami i cenami, dochodami i kredytem, stopą procentową i płacami, i oczywiście (i tak bardzo wówczas ograniczonym) międzynarodowym obrotem dóbr i kapitałów. Miejsce jednostki gospodarujacej zajęło wszędzie gospodarujące państwo. Ta radykalna zmiana gospodarczej struktury znaczyła jej rozbicie. Dowodnie wykazały to powojenne wypadki. Jeżeli podczas wojny gospodarcza niewola służąc do osiągnięcia jedynego celu, wyższego ponad najwyższe, tj. do obrony państwa, dała się oczywiście usprawiedliwić jako zło konieczne, to po wojnie straciła ona zupełnie rację bytu. A przecież świat i po wojnie jej zasadniczo właściwie nie zniósł i trwa ona do dziś dnia chociaż, co jasne, nie w tej brutalnej formie, która da się usprawiedliwić tylko grozą samej wojny. Przypisać to należy złudzeniu, jakoby gospodarka wojenna przebyła próbę ogniową, jako najlepszy system gospodarczy. Nie da się wprawdzie zaprzeczyć, że gospodarce wojennej nie brakło istotnie sukcesów, ale były to sukcesy ad hoc, albowiem umożliwiały tylko prowadzenie wojny, natomiast stworzyły dla gospodarki narodowej najbardziej opłakane warunki. Podczas wojny niema jednostek i niema też ich interesów. Drakońskie nakazy i zakazy w dziedzinie gospodarczej niszczące egzystencje jednostek są przecież drobnostką w porównaniu do obowiązku ciągłego narażania swego życia na niebezpieczeństwo śmierci. Przekonanie, jakoby te nakazy i zakazy gwarantujące realizację typowo „planowej” gospodarki wojennej, były najlepszym środkiem usunięcia wszelkich trudności życia gospodarczego, jest oczywiście czystem złudzeniem. Atoli po wojnie tych trudności nagromadziło się aż za wiele; powojenna sytuacja gospodarcza nie potrzebuje bliższych komentarzy. Cóż było zatem najnaturalniejszego, co się narzucało samo przez się, jak nie aplikować wypróbowany system wojenny i w czasie pokoju. Sądzono powszechnie, że otrzymano do ręki najlepszą broń przeciw złu, gdy tymczasem w istocie zatrzymano w ręku truciznę. Jest nią bowiem polityka, dążąca do zastąpienia najpotężniejszego bodźca wszelkiej gospodarczej aktywności tj. inicjatywy indywidualnej nakazami i izakazami zwierzchności, wydanymi celem przeprowadzenia ułożonego zgóry dla wszystkich planu. Zaiste nie są to bodźce, ale proste zapory. Najlepszy plan robi sobie sama gospodarująca jednostka, a fundamentem tego planu będzie zawsze przypuszczalny stosunek kosztu (nakładu) do ceny sprzedażnej. Akywnością gospodarczą rządzą bowiem ceny wolnego rynku, które jedynie trafnie pouczają co, jak i gdzie i w jakich rozmiarach wytwarzać należy.

Wysoko opłacalne ceny pobudzają do zwiększenia produkcji wskutek czego automatycznie spadają, a nieopłacalne ceny powodują zmniejszenie produkcji, wskutek czego automatycznie się podnoszą. W swej niezamąconej w niczem ich funkcji wolno kształtujące się ceny automatycznie stwarzają więc równowagę gospodarczą. Czyż tego naturalnego kierownika wytwórczości, jakim jest wolny ruch cen, może zastąpić rozkaz zwierzchności?

Oddanie kierownictwa produkcji władzy wywołuje zwykle wprost przeciwne skutki od tych, które winny racjonalnie nastąpić i stwarza chaos w życiu gospodarczem, którego następstwem są ciężkie jego niedomagania. Wolno kształtującym się cenom winna być daną możność automatycznego oddziaływania na wytwórczość, bo to jedyna gwarancja organicznego jej rozwoju. To co powiedziano tu o cenach dóbr odnosi się oczywiście do wszystkich innych cen, kapitału, pracy, kredytu. – Tymczasem gdzie okiem sięgnąć, wszędzie panuje ta sama mentalność, o wszechpotędze zwierzchniego rozkazu. Mentalność ta jest dowodem zarozumiałości, bo tkwi w niej przecenienie zdolności człowieka do jasnego zdania sobie sprawy nietylko ze skutków całego szeregu przyczyn, zdarzeń, wypadków i splotów, ale wogóle możliwości ich zaistnienia. Czy nie logiczniej zamiast nieudolnych planów, które, mając przynieść pomyślność, w stocie stoją jej na przeszkodzie, pozostawić jednostce wolność dbania samej o siebie i nie przeszkadzania jej w tej pracy, o ile nie przekracza granic dozwolonych ogólnemi ustawami? Szkodliwość planowości tkwi także i w tem, że wobec niemożności przewidzenia na podstawie logiki skutków przyszłych wypadków, zamiar realizacji zgóry określonego planu prowadzić musi do konfliktu z pewnymi automatycznie działającemi prawami gospodarczemi, które chociaż nie tak ściśle i precyzyjnie, jak prawa przyrody, przecież istnieją i działają. Oto przykład. Klasyczna waluta kruszcowa jedynie zapewnia automatycznie stałość wartości pieniądza. – Znanym jest jej mechanizmi, który po przekroczeniu pewnych granic (punkty złote) wypycha z kraju względnie ściąga do kraju złoto podwyższa względnie obniża przez to siłę nabywczą pieniądza, tj. ceny, wywołuje przez to odpływ względnie przypływ towarów względnie kapitałów i kruszca i przez te automatyczne procesy przywraca równowagę, a krajowej walucie jej wartość. Miejsce tego systemu zajął dzisiaj powszechnie system waluty quasi kruszcowej, który nie funkcjonuje automatycznie, lecz w którym wszystkimi wymienionymi procesami kieruje się planowo. To kierownictwo jest jednak prostą manipulacją, gdyż ruchy złota, kapitałów i towarów nie mogą następować organicznie wobec istniejących nakazów i zakazów ich przywozu lub wywozu. Ruchy te występują zatem sporadycznie według przepisów planu. Przy takiej planowej manipulacji o organicznym wyrównaniu bilansów płatniczych nie może być mowy, wartość -pieniądza trzyma się sztucznie na fałszywym poziomie, gdyż jego zewnętrznej wartości nie odpowiada wartość wewnętrzna, co wywołuje chaos walutowy i rodzi nieufność własnego pieniądza z wszystkiemi jej znanemi konsekwencjami. Pomijam już zupełnie fakt, że ta manipulowana waluta jest źródłem sztucznego napęcznienia obiegu i wywołuje wskutek tego nadużycia kredytowe i fałszuje ceny. O szkodliwych skutkach gospodarki dyrygowanej w dziedzinie międzynarodowej wymiany możnaby wypisać folianty. Wprawdzie już przed wojną nie było nigdzie wolnego handlu w jego klasycznej formie, ale nikt nie mógł przypuszczać, jak obłędne iście stosunki wywoła polityka dyrygowanego gospodarstwa w tej dziedzinie. Bezwzględność i brutalność zwierzchnich zakazów i nakazów w dziedzinie handlu zagranicznego zniosła dziś właściwie międzynarodową wymianę, a szał samowystarczalności gwałci ciągle ideę liberalizmu, głoszącą, że najdoskonalszym sposobem zaspokojenia potrzeb, a równocześnie prawdziwego rozwoju wytwórczości jest organicznie, a więc odpowiednio do naturalnych bogactw, zdolności i sił produkcyjnych danego ośrodka, kształtujący się podział pracy między krajami świata. Przed takiem dyrygowaniem i kształtowaniem życia gospodarczego przez władzę nic się już dzisiaj ostać nie może. I tak rozbudowuje się dziś planowo obieg celem zwyżki cen, gwałcąc tem samem podstawowe prawo o organicznym rozwoju obiegu w związku z rozwojem życia gospodarczego. Już nawet i zobowiązaniom pieniężnym grozi atak ze strony zwierzchności, która je dekretem albo zniża, albo zmienia terminy płatności (notabene dzieje się to w interesie dłużników, a na szkodę wierzycieli, mimo to, że w epoce inflacyjnej pierwsi zostali już raz zupełnie zwolnieni z zobowiązań, przez co ostatni wszystko stracili; lecz bis repetita placet). Nie .zastanawiam się bliżej nad dyrygowaną gospodarką na rynku pracy. Przed wojną, gdy rosło bezrobocie równocześnie spadały i płace, co umożliwiało produkcji zatrudniać więcej robotników. Dzisiaj zwierzchnie nakazy odbierają płacom ich korzystną dla samych robotników elastyczność w kierunku spadku, co oczywiście przyczynia się do wzrostu bezrobocia. Lecz dosyć tych przykładów; dowodzą one, że większa część dzisiejszej niedoli gospodarczej jest wynikiem pogwałcenia zasad liberalnych. Powojenna mentalność świata jest dalej mentalnością wojenną, utrzymaną przy życiu w złudnem przekonaniu o skuteczności dyrygowanej gospodarki wojennej. Dlatego dzisiejsze zło wykorzenić się chce środkami tej gospodarki, chociaż polityka ta jest identyczną z wzniecaniem jeszcze większego ognia, a chyba dowodnie wykazuje to fakt, że mimo stosowania wszędzie tej polityki, sytuacja gospodarcza nigdzie się nie poprawia, a raczej wszędzie pogarsza.

Marcin Szarski.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Close