„Gdańsk le mort”

Gdańsk w lipcu.

(Korespondencja własna).

W Gdańsku pracuje właśnie specjalna komisja Ligi Narodów, mająca na celu zbadanie, czy Polska w pełni wykorzystywuje ten swój port; Koszmar Gdyni zatruwa skołatano sny senatu i VoIkstagu. A przecież…

A przecież miałby rację człowiek, który stanąwszy przed ową międzynarodową i wielojęzyczną komisją, powiedziałby im tak:

„Słyszeliście już Panowie o tem, że to Polska na złość i konkurencję Gdańskowi wybudowała na piachach i torfowiskach zupełnie nowy port? Syszeliście, że ku temu portowi ciąży cały ruch handlowy Polski? Że zamiera Gdańsk?’

– Otóż, w części tylko jest to prawda. Konkurencja Gdyni szkodzi Gdańskowi. Bez Gdyni Gdańsk byłby większy. Ale bez Polski Gdańsk byłby zamarł.

Nie jest zaś prawdą, że Gdynię zbudowała Polska…”

Ongiś chanowie tatarscy mieli podobno zwyczaj klaskania w ręce, gdy ich ktoś bardzo zadziwił. Komisja Ligi Narodów nie hołduje zapewne temu zacnemu zwyczajowi, ale komisja Ligi Narodów byłaby napewno bardzo zdziwiona.

Zaś człowiek ów ciągnąłby dalej:

„Wygląda to na paradoks, ale jest prawdą. Nic mnie nie przekona przypomnienie, że to sejm polski, a nie gdański Volkstag uchwalił budowę portu, nic mnie nie przekona, że setki miljonów włożyły w Gdynię rządy marszałka Piłsudskiego. To się tak wydaje. Prawdziwe etapy założenia Gdyni są inne: pierwszą datą są parne dni gorącego lata 1920, gdy Gdańsk zrobił wszystko co mógł, by amunicja z angielskiego statku nie przedostała się do okopów radzymińskich. Ten moment zapadł głęboko w pamięć polską: w tym samym, dniu i godzinie, gdy Gdańsk odmówił swej pomocy, zapadła w trzydziestomiljonowem społeczeństwie decyzja o Gdyni. Potem przyszło lat kilka codziennych brużdżeń o rzeczy wielkie i małe, żywotne i prestigeowe. Te brużdżenia wyżłobiły baseny portowe, te ataki wznosiły betonowe łamacze fal u progów gdyńskiego portu. Jako Polacy jesteśmy bardzo wdzięczni panu burmistrzowi Sahmowi i panom senatorom Wolnego Miasta. Im właśnie zawdzięczamy Gdynię”…

* * *

Komisja odstąpiwszy na chwilę od pojęć tak elastycznych, jak kwesja „pełnego” wykorzystania portu w dobie kryzysu, nie mogłaby nie przyznać podobnemu twierdzeniu rację.

Najwyższym możliwym sukcesem Polski w Wolnem Mieście byłoby moralne zmuszenie każdego gdańszczanina do zrobienia politycznego rachunku sumienia z ubiegłych lat trzynastu. Niestety! człowiek może się przyznać do grzechu, ale nigdy się nie przyzna do pomyłki.

Pomyłka była fatalna. Gdańsk w 1919 roku posiadał dwa przywileje: monopol na wywóz morski jednego z większych krajów Europy, a jednocześnie prawie – niezależność. Gdańsk zrobił wszystko, by ów kraj do siebie zrazić. Polityka walki z Polską, polityka prowadzona przez ściśle z Berlinem, związane czynniki, opierała się na następujących przesłankach:

1. Polska nigdy się nie zdobędzie na własny port.
2. Gdyby to nawet nastąpiło, Polska jako „Saisonstaat” prędko zniknie.

Obie przesłanki były mylne. Polityka dra Sahma zbankrutowała. Pierwszy burmistrz Gdańska rządzi dziś w Berlinie. Nabędzie tam może sławę dobrego administratora. Jestem jednak przekonany, że w Gdańsku burmistrz Sahm będzie miał za lat kilkanaście, gdy wyrok historji zapadnie, smutną sławę. Dr Sahm był może bardzo dobrym patrjotą niemieckim, ale dlatego, właśnie dlatego, fatalnym dla Gdańska włodarzem.

* * *

Dziś rządzi w Gdańsku Dr Ziehm. Cała spekulacja polityczna jego poprzednika zawiodła. Logicznie sądząc, Gdańsk powinien był zainaugurować politykę przymierza z Polską. Ba, kiedy – Gdańsk jest właściwie rządzony z Berlina. Stąd tez w miejscu zbankrutowanej spekulacji Sahma (Gdyni nie będzie – Polska Saisonstaat) wstawiono nową koncepcję.

Skoro Polska ma nowy port, odpada racja, dla jekiej mocarstwa oddały jej Gdańsk. Należy na forum międzynarodowem wszcząć akcję zmierzającą do przyłączenia Gdańska z powrotem do Rzeszy. Akcję tę rozpoczną skargi na Polskę, że nie wykorzystuje portu; dalej żądania usunięcia Polaków z Rady portu. Krok za krokiem.

Ta część programu brzmi dla Gdańszczan mało atrakcyjnie: Gdańsk włączony do Rzeszy – to położenie kreski na handel z polskiem zapleczem. Rzecz jasna, że wówczas wszystko szłoby na Gdynię. Ale włączenie Gdańska ma być tylko początkiem. Później polski „korytarz” do morza zastąpi się korytarzem niemieckim do Królewca. Jak się tego dokona? Lewica niemiecka twierdzi, że „pokojowo”, prawica mówi o wojnie odwetu. Dość, że „Korytarz” Niemcy zabiorą. A wówczas…

W tem miejscu przeciętnemu Gdańszczaninowi tłumaczy się, że wówczas rozpoczną się dlań złote czasy. Gdynię się zburzy. Ponieważ zaplecze polskie będzie jednak istniało, więc bon gré mal gré skieruje się eksport polski na Gdańsk, niemiecki Gdańsk.

I otóż w tem właśnie miejscu, rozmawiając z pewnym handlowcem gdańskim zadałem cios rozwijanej przedemną koncepcji. Zapytałem:

„Czy pan jest pewien, że Gdynię się zburzy?”

Zaręczył, że tak. Napewno. Niewątpliwie. Zaręczał tak gorąco, że doszedłem do wniosku, iż on sam ma tu wątpliwości.

„Gdyni się nie zburzy – odrzekłem. – Dziś, gdy jest ona polskim portem, niemiecki Górny Śląsk już go używa. Jeżeli będzie niemieckim, będzie go również używać. Nawet gdyby przeniesiono pewne urządzenia do Gdańska, to nie przeniesie się głębokich, dogodnych basenów nad Motławę…”

Handlowiec począł zaprzeczać, zarzekać się, nie zgadzać. Nie miał argumentów, ale upór. Tu, niemal na finale, pogmatwał mu się niepowrotnie cały plan. Tu jest słaby punkt Gdańszczan. Tu winna uderzać dyskusja polska. -Kończyliśmy rozmowę:

„Zna może Pan w Belgji takie miasto Bruges? Kwitnący w średniowieczu port, którego zabytki świadczą o wspaniałej przeszłości? Dziś zamulony, wspomina melancholijnie dzieje swego upadku, walk wewnętrznych, zatargów z cesarzem Maksymiljanem?”

„Gdańsk – to będzie Bruges?”

„Nie wiem – odrzekłem. – Obawiam się, że ku temu idziecie. Dziś Bruges zwie się Bruges la morte. Umarłe. Nie chcemy, by kiedyś można tak było powiedzieć o jagiellońskim Gdańsku. A będzie to wasza wina”.

„Wyście też zrobili wiele błędów” – padła odpowiedź…

Ksawery Pruszyński.

[ czytaj poprzednią część reportażu ]

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close