Gdańsk pierwszych wrażeń

Nasz specjalny wysłannik p. Ksawery Pruszyński udał się w tych dniach do Gdańska celem dokonania reportażu o obecnej sytuacji w Wolnem Mieście. Dajemy poniżej jego pierwszy artykuł:

Pan, który w Warszawie prosił mnie po polsku o pożyczenie mu mego numeru „Vossische Zeitung”, gdyśmy minęli Tczew zwraca się do mnie wyłącznie po niemiecku. Drugi sąsiad, jadący ze Lwowa, patrzy na mnie uważnie: ten młody człowiek przed nim siedzący po co jedzie do Gdańska? Dlaczego w rozmowie przed godziną zdawały się go bardziej interesować ilość sztandarowych i szturmowych oddziałów hitlerowskich niż ponętne lieux de plaisirs sopockie, o których tak tajemniczo a z upodobaniem próbował mówić pan od „Vossische Zeitung”.

Dziwne to bardzo uczucie z jakiem patrzę przez okna Pullmana na to, co się tam wyłania czarne przed nami, – a jest Gdańskiem. Niema żadnych wieżyc gotyckich kościołów, nie góruje nad tem miastem średniowiecza zrąb żadnego zamku. Szara plama skupionych domów przegryziona tu i tam rdzą zieleni, jakiegoś parku, przebita czerwonym kominem fabryki. Koszary czy domy robotnicze, czy jakieś humanitarne więzienie tam na lewo? Już niema, już za nami. I dopiero teraz widzę jedną, drugą, trzecią wieżę; hełmy wieżyc takie, jak renesansowy szyszak najpiękniejszego ratusza w Polsce, w Poznaniu. Osobno wielki i ciężki, ucięty jak wieże Notre Dame, cały w patynie sadz setek kominów od setek lat Marienkirche. To wszystko, to już nie Danzig. To wszystko, to owe Gedanum przywileji jagiellońskich, Gdańsk tysięcy, tysięcy łaszt spławianego zboża, misternej stolarki w czarnymi dębie w której tak bardzo lubowali się sarmaccy szlachcice.

Nie jadę do tego – Gdańska – Gedanum, do rzeczy skończonych, cmentarzem i lamusem trącących. Mam gdzieś wetknięty w walizce „Berliner Tageblatt”, gdzie w artykule wstępnym mówi się o Lozannie. Och, nic nudnego; żadnych plotek antyszabrowych. Sam sens. Lozanna, czytam, była etapem końcowym drogi, którą Niemcy przebywały przez lat dziewięć: Genua, Londyn, Haga, Paryż, znowu Londyn, Bazylea – to były kamienie milowe tej drogi, na której Niemcy rzucały jedne po drugich worki balastu reparacyj wojennych! Te trzy miljardy marek, które ostatecznie zapłacą, to będzie ostatni ciężar finansowy Traktatu Wersalskiego. Koniec – nic więcej.

Koniec – ale czego? Koniec reparacyj czy też koniec krecich podkopów pod inne stypulacje Traktatu? Może właśnie siły niemieckie wyzwolone z odcinka walki o odszkodowanie pieniężne przerzucone zostaną zwycięsko na teren, gdzie dotąd wszystkie szturmy i ataki dwunastoletniej ofensywy były równie bezskuteczne jak ataki armji Kronprinza na betonowe kazamaty „Verdun”?

Pamiętam te ataki. Zrazu na wszystkich frontach, od Tyrolu po Szlezwig od Eupen i Malmedy po Katowice. Potem Stresemann dał ścichnąć działom zwróconym na Strassburg, Ruhrę, terena zabrane przez Belgję. Jednocześnie przyjaciel faszyzmu Hitler zapomniał o „Südtirolu”. Nie wyrzekano się niczego, ale przycichano. Czasu wojny, gdy państwa centralne usłyszały pierwsze zgrzyty w swej wewnętrznej maszynerji przyspieszyły zawarcie traktatu brzeskiego, by wyzwolonemi na Wschodzie siłami złamać nareszcie Focha, Perschinga, Haiga. Czasu pokoju Locarno i Lozanna czyż byłyby powtórzeniem à rebours brzeskiego manewru?

Tor drugi, trzeci, szósty i dziewiąty – który z nich idzie z Prus Wschodnich? zbiegły się z naszym. Nasyp rozszerza się w coś, co za dziesięć minut będzie peronem. U wjazdu na torze nad nami czerwone i białe ramiona semaforów. Wjazd wolny. Na wszystkich torach, jedenastu torach do Gdańska, wjazd wolny, wjazd wolny. Czyżby… dobry omen?

„A pan czemu jedzie do Gdańska?”

To ów milczący towarzysz drogi, ten ze Lwowa, ten, co niedawno obserwował mnie ze zdziwieniem, gdym tak dokładnie i o tyle drażliwych kwestyj rozpytywał tamtego Niemca. Chce mi się śmiać. Byłem w duszy pewien, że nie wytrzyma i zapyta.

– Jadę do Gdańska na tydzień. Jestem wysłannikiem paru polskich pism konserwatywnych.

– I co pan będzie robił?

Tu już do ciekawości przybywa trochę zgryźliwej ironji.

– Będę chodził, patrzył, rozmawiał. Będę obserwował. Spróbuję z tego zrobić parę reportaży.

Mój rozmówca już nie jest wcale ciekawy. Mój rozmówca jest więcej niż zgryźliwy.

– Dobrze pana smarują, że nas pan osmaruje?

– Jestem dziennikarzem. Mam gadać z kim się da, nawet z bojówkarzami. Pozatem bardzo nie lubię patosów w wagonie.

– Moja prasa – mówię – nie jest koncernem Hearsta żeby móc smarować. Zresztą jak się dziennikarza kupuje, to człowieka z wpływami, starszego z nazwiskiem. Czasem korespondenta prasy zagranicznej. (Pan v. Oertzen jest tu chyba znany).

Ten pan milczy.

– Jeżeli was (chyba mogę teraz mówić, jak on, was do tego Gdańszczanina) chciałbym „osmarować”, to wystarczyłoby przedrukować parę rzeczy z waszych dzienników lub poprostu zajrzeć do kroniki policyjnej. Jadę do Gdańska po coś innego.

Ciekawość wraca.

– Widzi pan, mam wrażenie, że my czegoś nie rozumiemy w Gdańsku. I mam wrażenie, że Gdańsk to samo. Po wojnie port Gdańska otrzymał zaplecze z 30 miljonami ludności. Stał się jedynym portem dużego państwa -i znienawidził je. Państwo to buduje wobec tego drugi port. Gdańsk się nie wycofał z walki, choć walkę tę już przegrał.

– Polska jest krajem dość wielkim, by dwa porty przy nim pożywić. Zbudowanie Gdyni kosztowało nas miljony. Miljony te już są wydane. Ale niemniej możemy nie rozbudować Gdyni na nasz jedyny port… Być może, żebyśmy to nawet woleli… Robimy, będziemy robić, musimy robić inaczej, na stosunki polsko-gdańskie to coś nie sztymuje.

Jesteśmy ostatni w wagonie. Trzeba wysiadać. Mój rozmówca przedstawia mi się jaknajuprzejmiej. Żegnamy się, a idąc ulicą nieznanego Gdańska, dopowiadam sobie resztę postawionego sobie zadania:

Przed rokiem Niemcy parły na Anschluss, dużo przedtem mówiło się o dziwacznej zamianie Kłajpeda – korytarz. Od paru miesięcy mówi się o Gdańsku. Szło to w parze z zaburzeniami hitlerowskiemi, z pogłoskami o wojnie. Wolne Miasto nabrzmiewało z dniem każdym rewolucyjnem zapaleniem bezrobocia, kadrami szkolących się do wojny bojówek. Cały atak rewizjonizmu skoncentrował się na tę chwilę tu właśnie w nadziei, – że w Gdańsku uda się wyłamać pierwsze szczerby w granicznych postanowieniach traktatu.

A może strzały, jakie tu padną, będą brzemienniejsze dla Europy, niż bomby sarajewskie?

Gdy to piszę, jest noc. Ciepła miejska noc. Okno z mego pokoju wychodzi na starą uliczkę gdańską. Jest ona pusta niemal jak o tej porze ulice starego Krakowa. Domy patrycjuszów mają tu szerokie przedproża – cienione lipami. Siadywali tu niegdyś o wieczornym chłodzie kumowie – rajcy, syci a wielmożni. Motławą spływały galary…

Galary nie spływają Motławą i wygasły mieszczańskie dynastje. Ludzie, co tu siedzą na lewo w cieniu, na kamiennych ławkach przedproży – to bezrobotni. Spędzi ich może za chwilę milczących, zatajonych gdański Schupo i pójdą błądzić szerokiemi arterjami nowego miasta. Tam tłum wyszedł na jezdnię i rozgwarem ją zapełnił. Wśród tłumu grupami – samotrzeć, samopięć chodzą ludzie w jasnobronzowych koszulach wojskowych, w wojskowych bronzowych bryczesach. Odznaki mundurowe czerwona opaska na ramieniu lewem, z czarną w białem polu swastyką. Chodzą z namaszczeniem i powagą nie widząc niewinnych mizdrzeń dziewczęcych ani pokornych zaczepiań ulicznych kurtyzan. W tem leży charakter. Chodzą jakby szukając rozkazu, który nie nadchodzi, hasła, którego nie dano…

Ksawery Pruszyński.

[ czytaj dalszy ciąg reportażu ]

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close