„Heil Hitler” w Czesko-słowackiej Republice

Sprawa zaczęła się zupełnie niewinnie. W r. 1929 przedłożono czeskiemu ministerstwu spraw wewnętrznych do zatwierdzenia statuty niemieckiego towarzystwa gimnastycznego „Volkssport”. Pozornie jednego z wielu takich niemieckich stowarzyszeń – Niemcy sudeccy rozwinęli je jeszcze bardziej, niż Niemcy Rzeszy. Zatwierdzono też statuty bez żadnych trudności. Patrzano jeszcze z dużą, pobłażliwością na to, że młodzi czescy gimnastycy używają, hitlerowskich „hakenzreuzów”, jako odznak, że paradują z czerwonemi chorągwiami z Hakenkreuzem w rogu, że witają się głośno i hałaśliwie „Heil Hitler”. Już pewne zastanowienie wzbudził fakt, że członkiem „Volkssportu” mógł zostać tylko członek niemieckiej partji narodowo-socjalistycznej w Czechach …lub członek niemieckiej partji narodowo-socjalistycznej z Rzeszy. Gdy zaś spostrzeżono, że wszyscy gimnastycy „Volkssportu” są pięknie w bronzowe koszule umundurowani, zaczęły te wszystkie objawy dawać nieco do myślenia.

Okazało się, że „Volkssport” nie jest niczem innem, jak hitlerowskiemi „oddziałami szturmowemi” na czeskim terenie. Gimnastycy mieli swoje „regulaminy służbowe” będące dosłowną kopją regulaminów armji niemieckiej i mieli nawet specjalne „przepisy karne”. Komendę mieli zorganizowaną wojskowo. Ćwiczenia gimnastyczne łączyli z ćwiczeniami w ostrem strzelaniu i w rzucaniu granatami ręcznymi. Podlegali komendzie hitlerowskiej w Dreźnie, skąd otrzymywali stale zasiłki finansowe. Przyjmowali z Niemiec szereg instruktorów, odbywali na pograniczu wspólne ćwiczenia z niemieckimi bojówkami hitlerowskimi i w tym celu Niemcy przekraczali bezceremonjalnie i bez żadnych formalności granicę czeską, a Czesi niemiecką a dla zaznaczenia solidarności urządzali defilady połączonych czeskich i niemieckich bojówek po czeskich miasteczkach. Nie ukrywali, że legalnym ich celem jest gimnastyka, że legalnym celem politycznym całego ruchu jest stworzenie niemieckiej autonomicznej prowincji w Czechach, a nielegalnym celem politycznym włączenie tej prowincji do hitlerowskiej „Trzeciej Rzeszy”.

Prokurator liberalnej i demokratycznej republiki musiał wyciągnąć z tego pewne konsekwencje. Przybrały one formę procesu przeciw hitlerowskim gimnastykom o zdradę stanu, który się właśnie rozpoczął w Brnie Morawskiem. Prokurator republiki stwierdził, że „dla zdobycia władzy hitlerowcy używają w Rzeczy niemieckiej wszystkich środków, nie wyłączając gwałtu – czego dowodzi stworzenie wojskowo zorganizowanych oddziałów szturmowych”. Po tem oświadczeniu prokuratora, który tak stanowczo uznał stronnictwo – może niedługo rządzące – sąsiedniego państwa za stronnictwo rewolucyjne, nastąpiło określenie roli hitlerowskich bojówek w Czechach. „Organizacja tych bojówek była tak daleko posunięta, że w chwili, w którejby partja Hitlera ujęła (w Niemczech) w swe ręce władzę państwową, bojówki te mogły z jednej strony zabezpieczyć partję od ewentualnej (chyba czeskiej?) zagranicznej interwencji, z drugiej strony zaś były gotowe do ewentualnej aktywnej interwencji w Czechosłowacji”. Interwencji oczywiście, prowadzącej do oderwania czeskiego terytorjum od państwa i oddania go nowemu władcy Niemiec.

Tyle oto czeski prokurator. To co mówił i o co oskarża jest niezwykle dla czeskich i dla polskich stosunków charakterystyczne. Główny atak rewizjonizmu niemieckiego szedł dotąd na Polskę, raczej omijał Czechy. Ale nigdy dotąd w Polsce nie mieliśmy monstre-procesu przeciw obywatelom polskim narodowości niemieckiej o zorganizowanie spisku dla oderwania naszych prowincyj zachodnich i nigdy dotąd polski prokurator nie wystawiał polskim Niemcom świadectwa, iż organizacje ich zdolne są z bronią w ręku uniemożliwić interwencję państwa na zewnątrz i wzniecić rewoltę na wewnątrz. Nasz sąsiad czeski miał dotąd oczy zrócone na południe i szukał łatwych tryumfów w dyktowaniu Węgrom, kto nie może być ich monarchą. W rezultacie dowiaduje się, że jego właśni obywatele uniemożliwiają taką jego ewentualną interwencję w Niemczech. Może obecnie wyciągnie konsekwencje z tego faktu, iż historycznym granicom królestwa św. Wacława grozi niebezpieczeństwo nie z Budapesztu, lecz z Berlina.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close