Hitlerowcy – i kureń śmierci

III

Gdańsk w lipcu.

Pęta się to po ulicach i skwerach, wysiaduje w szynkach nad Radunią i bliżej portu. Widać ich najwięcej po godzinie szóstej: jedni wracają z pracy, drudzy z plaży. W koszulach z bronzowej khaki, ciemniejszych bryczesach, sznurowanych butach lub owijakach, z dość oryginalnemi oznakami na kołnierzach pozwalają się łaskawie podziwiać. Armja „Trzeciego Reichu” (pierwsza – Hohenstaufowie, druga – cesarstwo Hohenzollernów), walczące naraz ze wszystkiemi wrogami niemczyzny, z marksizmem, żydostwem, słowiaństwem, łaciństwem, „dyktatem” wersalskim. Walka o Niemcy z Alzacją i Lotaryngją, ziemiami flamanckiemi Belgji, – może Holandją? Austrją i południowym Tyrolem włoskim, z Pomorzem, Poznańskiem, Śląskiem, całą b. Kongresówką, której ludność (pocóż germanizować?) przesiedli się wagonami gdzieś na południe Syberji. Przyłączenie Niemców sudeckich z Czech, Litwa, Łotwa, Węgry, Białoruś, Ukraina (po Bug, wspólna granica z Niemcami) wasalaty…

Wytępienie komunizmu i socjalizmu, ale upaństwowienie banków, ale kontrola robotniczego państwa nad produkcją. Oczyszczenie rasy. Więc wygnanie żydów, rozkładowego elementu, odejście od chrystjanizmu, wiary izraelskiej i przecedzonej przez filtr romański, germanom wrogi. Wskrzeszenie dawnej Germanji, Germanji i Tacyta i Nibelungów choćby z religją Wotana. Pod sztandarem czerwonym, z czarną na białem polu swastyką, świętem godłem czystego ognia, godłem Arjów.

Jest ich w Gdańsku 4 tysiące umundurowanych. Mają bowiem różnego typu oddziały bojowe. Siedzą tu w paru kwaterach, od dwóch lat. Dość późno: Hitleryzm w Niemczech ma 10 lat rozwoju za sobą.

Dowodzi „Gauleiter” Forster. Gdańszczanin z prapradziada? – nie, Bawarczyk odkomenderowany przez Hitlera na teren wolnego miasta. Obywatel Rzeszy, poseł do parlamentu berlińskiego. I szef Hitlerowców gdańskich.

Standartenführer Lindsmaier, generał en chef sił zbrojnych Forstera, również obywatel Rzeszy, i również gdzieś z południa. Dopiero wśród pomniejszych kierowników spotkać można żywioł lokalny. Gazety polskie pisały nie raz, że Hitlerowcy gdańscy to poprostu odkomenderowane bojówki z Niemiec. Byłem na paru zabawach ludowych, gdzie roiło się od „bronzowych koszul” niczem od krokodyli w Ugandzie. Przysłuchiwałem się rozmowom w szynkach. Po paru dniach sam się do nich – gdy można było powiedzieć tylko parę słów – wtrącałem. Nie zdołałem jednak stwierdzić, czy pochodzili z samej Rzeszy. Jeśli jednak sztab pochodzi z Bawarji, to czemu żołnierze nie mogą być n. p. z Prus Wschodnich?

Hitlerowcy są w Gdańsku wszystkiem.

Poparciu ich 11 posłów w Volkstagu zawdzięcza senat (rząd) prawicowo centrowy swe istnienie. Sami nie chcąc w nim zasiadać, mają tem wygodniejsze stanowisko. Tembardziej ulega im koalicja rządowa.

Socjaliści zupełnie rozbici, komuniści słabi. Wprawdzie bezrobocie wzrasta – ale jak dotąd żerują na niem głównie Hitlerowcy. Za nimi stoi młode pokolenie. I robotnicze i studenckie. Cały młody Gdańsk jest na paradach, uczęszcza na zabawy publiczne oddziałów dzielnicowych partji, na wspólne wycieczki morzem lub w lasy pod Oliwą. Ten tłum sympatyków – miałem sposobność się o tem na własnej skórze przekonać – jest bardziej agresywny niż umundurowana „regularna bojówka”.

* * *

Świeżo stała się rzecz nie do wiary, rzecz oburzająca. W Polsce istnieje mianowicie Związek Obrony Kresów Zachodnich. Prywatna ta organizacja proklamowała bojkot Sopot i Gdańska przez obywateli polskich. Co gorsza bojkot ten się udał. Co najgorsza, na apel do Rzeszy, by właśnie do Sopot przyjeżdżali Niemcy, jedyną, odpowiedzią było milczenie. Ciężkie czasy, Sopoty drogie. Polskich gości zaledwie czterdzieści osób. Jawna szykana. Skandal. Noty dyplomatyczne.

A teraz dessous sprawy. Ostatnie dni dwadzieścia:

Gdzieś po 20 czerwca: Gdańsk, dworzec główny, w dzień. Obrzucenie wagonu kamieniami szkolnej wycieczki dzieci polskich, śpiewały one bowiem prowokacyjną pieśń „Ułani, ułani, malowane dzieci…”

Dwa dni potem: polski urzędnik kolejowy Antczak jedzie z Sopot do Gdańska pociągiem. Towarzysze śpiewają pieśni nacjonalistyczne niemieckie. „Jak jedziesz pan z nami, to śpiewaj z nami”. „Jestem Polak”. Antczaka pobito.

Idzie trzech Polaków na Langgasse. Rozmawiają. O zgrozo! Polacy! i rozmawiają po polsku. Pobici.

Znowu po paru dniach spaceruje sobie rabi Segułowicz i dwóch polskich obywateli, mojżeszowego wyznania i wyglądu, Kagan i Glass. Zapewne broniąc Gdańska przed niebezpieczeństwem żydowskiem Hitlerowcy poturbowali Kagana i Glassa. Segułowicza nie. Rabin zachował się podobno jak Almanzor:

„…widząc swe roty zbite (c’est le mot) w upornej obronie
przedarł się między szable i groty
uszedł – i zmylił pogonie.”

Na drugi bodaj dzień Izaak Pleskin, kupiec z Warszawy, zobaczył dwóch Hitlerowców w mundurach idących naprzeciw niego, na Langer Markt, w śródmieściu. Chciał ich ominąć. Hitlerowcy zawezwawszy trzech innych, sponiewierali i pobili „polskiego żyda”.

Pomijam, zapomniałem, inne pomniejsze lub bardziej znane wypadki. W ostatnią niedzielę było ich tylko trzy. W niedzielę trzeba sobie użyć.

Jest na terenie Wolnego Miasta miasteczko Nytych. To co się tam zdarzyło, wystarczy za wszystko.

Żona socjalistycznego radnego, Niemca, p. Grühna, spotyka szefa miejscowej bojówki hitlerowskiej Rudzińskiego, w rynku. Ten zaczepia ją kosz rowem przekleństwem na jej męża. Pani Grühn coś odpowiada. Rudziński policzkuje ją.

Spoliczkowana publicznie kobieta biegnie z płaczem do męża. Jest głęboki tragikomizm, przed którym należy stanąć z szacunkiem: p. Grühn wychodzi na rynek przeciw dzikiemu watażce uzbrojony… w parasol. Atakuje go wobec kilku przywołanych już przez Rudzińskiego bojówkarzy. W mgnieniu oka Grühn jest powalony, skrwawiony, skopany. Wówczas oddaje jeszcze Rudziński strzały z rewolweru, kładąc go trupem.

Było to 3 maja. Niedawno zapadł wyrok. Sąd gdański skazał Rudzińskiego na dwa tygodnie więzienia za zelżenie pani Grühn. Odegrano komedję z niepoczytalności i uniewinniono od zarzutu morderstwa.

Wszystko to było uwerturą letniego sezonu. Gazety polskie o tem pisały. Goście polscy nie przyjeżdżają. Szykana!

Oto jest właśnie typowa, polska „szykana”.

* * *

Wieczorem w dzień mego przyjazdu do Gdańska widziałem wracający z ćwiczeń na peryferjach pierwszy oddział bojowy hitlerowców. Byli to młodzi, bardzo młodzi chłopcy o pogodnych modrych oczach i bardzo jasnych włosach. Ale byli i starsi, twarze ciężkie, czasem tępe i groźne. Przypomniał mi się – zrazu nie wiedziałem czemu – „kureń śmierci”.

Było to w 1918 roku, w Żytomierzu, na Ukrainie. Po cofających się Niemcach weszła do miasta poprzedzona sławą pogromów wataha kozaków petlurowskich. Był to – mimo wszystko jeden z najlepszych pułków ukraińskiej armji, co zresztą nie przeszkadza, że była to straszna banda.

Mieli oryginalne mundury, operetkową kombinację pseudo chmielnicczyzny, rosyjskich papach i koalicyjnych frenchów. Byli też oryginalną kombinacją ludzi. Obok typów zwyrodniałych wojną, kondotjerów każdej sprawy, zgoła bandytów, była i grupa zapaleńców, ideowców, młodych. Ci właśnie przeżywali tragedję.

Polegała ona na tem, że jeszcze trzy lata temu ich program pracy dla ojczyzny nie wykraczał poza ramy kulturalne regjonalnej działalności. Zaledwie niektórym przyświecał miraż Ukrainy niepodległej, miraż przedzielony dwoma lub trzema pokoleniaimi. Wojna światowa jednym skokiem przebyła ten dystans i ich nieprzygotowanych, niespodziewających się postawiła przed pokusą Wielkiej Okazji. Daremnie próbowali dogonić czas. Musieli patrzeć bezradnie na rozprężenie „swej” armji, swych „władz” i sztabów, czuli, że z każdą minutą oddalają się od niewyzyskanego dla ojczyzny momentu, że już wkrótce będzie za późno. Więc z goryczą w sercu gnali w „kureniu śmierci” ulicami miast ukraińskich niosąc śmierć małym i słabym jednostkom, zaprzepaszczając sprawę.

To co już mówiłem z pewnym hitlerowcem (napiszę jeszcze o tem obszerniej) co czytałem między wierszami ich prasy, przemów i akcji, skłania mnie do tego porównania. Po Niemczech krążą dziś tysiące „Kureni śmierci”, gdzie człowiek idei ociera się o opryszka jak ów Rudziński i usiłuje napróżno przekształcić tamtego w szlachetne narzędzie swojej sprawy. Ci ludzie nie czują, że nie dorośli do okazji: przeciwnie, czują, żeby jej sprostali. Ale okazja minęła, gdy byli jeszcze dziećmi i nie mogli w październiku 1918 wystawić Cesarzowi nowej armji.

Czy okazja ta wróci? Cięży im traktat wersalski, rozbrojenie, reparacje, umniejszenie granic. Ale cięży coś więcej jeszcze: przeświadczenie, tajone, skrywane, dławione, że czas nie pracuje dla ich Niemiec. Parę lat temu rzucono ciężkie miljony marek na Osthilfe, na Sofortsprogram. Wpłynęło złoto do Prus Wschodnich i polskiego pogranicza, ale nie powstrzymało odpływu niemieckiej krwi na Zachód, na Zachód. Emigracja rozpoczęta na długo przed wojną z nad jezior mazurskich do Nadrenii trwa dalej. Cała pomoc finansowa jaką Berlin dawał rolnictwu na Wschodzie nie dała temu rady. Jednocześnie rysuje się druga szczerba w wielkoniemieckich snach o jutrze: przyrost ludności w Rzeszy jest niezmiernie mały, w Polsce olbrzymi. A było to już troską germanizatorów Wielkopolski!

Więc nim ten moment nastąpi, wywołać wojnę? Tak – ale na Wschodzie czai się czerwona Moskwa z programem rewolucji wszechświatowej. Ma swoje armje i w Rzeszy. Może się i nie myli ten Coudenhove-Kalerghi mówiąc, że nowa wojna w Europie byłaby Europy zagładą. Gwiazda z sierpem i młotem zastąpiłaby nietylko białego orła ale i hitlerowską swastykę.

Z tych obaw bierze się – jakże nieuzasadniony! – lęk, że Polska napadnie na Prusy. Z obaw pochodzi i wołanie o nową pomoc dla Królewca, choć kasy Berlina są puste, i propaganda za liczną „germańską” rodziną. Wszystko bezskutecznie. Więc, aby o tem zapomnieć, mieć nadzieję, mieć iluzję siły, młody hitlerowiec maszeruje, ćwiczy, strzela, bije się i awanturuje, rzuca granatem i czeka, czeka, czeka.

Ksawery Pruszyński.

[ czytaj kolejną część reportażu ]
[ czytaj poprzednią część reportażu ]

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close