Obcy o Polsce

Podróż do Polski. (Reise in Polen von Alfred Döblin 1926, 366 str. S. Fischer Verlag, Berlin).

Reise in Polen – Alfred Döblin, Berlin, 1926 rok

Reise in Polen – Alfred Döblin, Berlin, 1926 rok

Książka nie pozbawiona znaczenia dla uważnego czytelnika, aczkolwiek więcej charakterystyczna nawet, niż udokumentowana i wyargumentowana. Możnaby mniemać, że chwilami autor pisać chciał obszerny feljeton, w którym jak wiadomo pewne kombinacje większą odgrywają rolę, niż znajomość przedmiotu, chwilami jednak autor i tu błyska, – jego prawdziwy talent wznosi się na wyżyny przenikliwej interpretacji, jakby olśniony spostrzeżeniami, które niespodziewanie jego mózg poczynił. Bo nie trudno spostrzec, że Döblin wsiadając do pociągu, który wiózł go do Warszawy, rozpoczynał podróż w nastroju nie różniącym się od uczuć wielu globetrotterów, którzy wyjechawszy za Królewiec czuli się już jak w Azji, a z opisów Rosji powojennej i sowieckiej uczynili właściwie nowy temat dla wszystkich zblazowanych Europą, inflacją i teatrem publicystów. Gdy inni opisywali Kreml, Tairowa i to wszystko co się miało wydarzyć na terenach rosyjskich – inni byli w Palestynie, Syrji, Azji mniejszej. Döblin dostatecznie inteligentny, by zorjentować się, gdzie może znaleźć jajko Kolumba, swój teren odnalazł tuż za granicami niemieckiemi. Pojechał do Polski. Jego opisy podróżnicze, obliczone na listy dziennikarskie, rozrosły mu się pod ręką do całkiem innych rozmiarów. Nie mógł ominąć zastrzeżeń, które ujawnia wobec Polski każdy Niemiec (tem bardziej publikujący książkę o Polsce) nadał im jednak inny charakter, jakby mniej aktualny, natomiast bardziej zasadniczy, wieczny, historyczny. Döblin nie formułuje dostatecznie tych zastrzeżeń, pragnie konkretnej dyskusji ominąć, by nie przyznać się, że do dyskusji nie bardzo jest przygotowany. I tu możemy zahaczyć o istotę książki, która jest jej największą słabością. Mianowicie Döblin, mimo, że to pisarz wybitny, autor rzeczy niepospolitych, do tematu swego zabrał się naiwnie, nieposługując się istotnymi informacjami, które mógłby zebrać nawet u swoich rodaków choćby śmiertelnych wrogów państwa i narodu polskiego. Döblin jednak lekceważył te źródła, czy licząc na swoją poetycką intuicję czy zarzekając się przed wszelką możliwą dyskusją. Dzięki temu książka, którą napisał, wysilając się na materjały historyczno-psychologiczne, na epizody socjalne i nastroje gromadne – cierpi na znaczne braki w tych dziedzinach, w których najłatwiej się zorjentować nawet cudzoziemcowi, zjeżdżającemu na moment do Polski. W tej książce niema śladu żywotności polskiego społeczeństwa, niema przęseł, które łączą chłopa z inteligencją, inteligenta z parobkiem lub księdzem. Niema gdy autor pisze o Polakach, natomiast jest to, gdy pisze o żydach. To znaczy, że u żydów informował się o sprawy polityczno-społeczne, u Polaków nie.

Książka jest bardzo zajmującą w ustępach, w których Döblin daje impresje intelektualne. Döblin tak pisze o burzonym na Saskim placu soborze: „Ta budowla wznosząca się przedemną nie była pomyślaną tylko jako kościół. Miała być także pięścią w żelazo zakutą, spadającą na najpiękniejszy plac miasta z rozgłosem, który miał zawsze brzmieć w uszach. – Ten kościół mieli wszyscy widzieć. To był drugi pomnik Paszkiewicza”. O galerji obrazów w Zachęcie pisze: „Przeszedłem całą salę okropnych obrazów historycznych w stylu Makarta, nie mogę zmusić się do dłuższego patrzenia. Historja, historja i jeszcze raz historja. Wiem: te obrazy nie wyrażają w żadnej mierze uczuć narodu. Podobnie jak ich nie wyraża nasza alea zwycięstwa. Naród jest bogatszy, aniżeli mniemali ci malarze. Czy wogóle „historja” może dać nam coś z prawdziwego tchu narodu?”

Drugi rozdział Döblina zowie się: Miasto żydowskie Warszawy. Tutaj należy wspomnieć, że żydzi i ich sprawy zajmują nieproporcjonalnie dużo miejsca w książce Döblina. Nie tylko skwapliwie maluje „żydowskie miasto Warszawy” (co zresztą stanowi najbardziej zajmujący rozdział książki), lecz nie zapomina o żydach w Łodzi, Lublinie, a przedewszystkiem Wilnie i Lwowie. Widać, że stamtąd płynęły doń potokiem trafne i nietrafne, lecz źródłowe i interesujące dla autora informacje. Oczywiście niepodobieństwem jest z tego powodu polemizować z autorem i byłoby małostkowem szukać przyczyny, dla której te żydowskie rozdziały tak bardzo się rozrosły w książce o Polsce. Autor miary Döblina nie powinien tylko ułatwiać sobie zadania i przechodzić pospiesznie około tej historji, która „nie ma w sobie nic z tchu”, natomiast korzystać z łatwiejszej roli obdarowywanego informacjami o społeczności żydowskiej, która – cokolwiek o jej tendencjach powiemy, była już tą samą manierą opisywana nie jeden i nie dwa razy. Döblin pisze: „W roku 1924 istniały 103 świeckie szkoły żydowskie w 69 miastach i miały razem 13.000 uczniów. Oprócz tego istnieją żydowskie świeckie gimnazja i seminarja nauczycielskie. Ogółem 200 szkół tego typu z 20.000 uczniów. -Oznacza to emancypację robotniczych mas narodu żydowskiego. Nie są one już teraz sjonistyczne, nie chcąc mieć z klerem nic wspólnego, sprzeciwiają się jednak jako socjaliści obecnemu złemu porządkowi społecznemu. Toczy się walka na dwie strony: o polityczne i gospodarcze wyzwolenie. Akcja ta przypomina program dawnej P.P.S. W jednym z zeszytów programowych powiada znany dramaturg Szalom Asch: Nasza szkoła musi jeszcze bardziej, niż jakakolwiek inna zwalczać wszelką tendencję. Dusza dziecka do nikogo nie należy. Nasza droga do ludzkości wiedzie drogą żydowską”. Kapitalnie Döblin opisuje sądny dzień na cmentarzu żydowskim w Warszawie, gdzie różne postacie, których odzież wskazywałaby na obycie się ze światem nowoczesnym rzucają się na ziemię i jęczą długiemi godzinami stare modlitwy hebrajskie. Döblina ten widok przeraża (choć oko jego jako lekarza psychjatry dostrzegło wielu symulantów). „To coś okropnego, nienaturalnego, atawistycznego. Co to ma wspólnego z żydowstwem? To są naprawdę resztki prastarych tradycyj. To są resztki trwogi przed umarłymi, trwogi przed wędrującemi duszami. To resztka jakiejś innej religji, animizmu, kultu zmarłych”.

Gdy turysta berliński ruszył w dalszą drogę po Polsce zaczęły się także drobniutkie trudności, wynikające z nieznajomości języka i umyślnie stosowanej nieporadności autora. Na wstępie np. podróży do Wilna Döblin raczy opowiadaniem, że mając w ręku bilet jazdy i bilet do wagonu sypialnego, nie mógł na dworcu odnaleźć swego wagonu, znalazł się w jakimś zwyczajnym przedziale, gdzie zresztą dobrze się przespał (bez pościeli), lecz mimo, że ciągle oba bilety pokazywał, nie odnalazł swego właściwego wozu sypialnego, aż w Wilnie na stacji. Czyżby żaden z konduktorów nie zauważył biletu pana Döblina i czyż koleje przygotowane są na oprowadzanie pasażerów, którzy nie umieją na malutkim warszawskim dworcu odnaleźć przy małym ekspresie dużego wozu sypialnego? Lecz to tylko charakterystyczne a nie przekonywujące. Wilno podobało się Döblinowi i opis tego miasta jest piękny i oryginalny. Trudniej zrozumieć, czego Döblin szukał w Lublinie, gdy nie chciał wejść w kontakt ani z ziemianami, ani z chłopami, lecz przepędził czas swój na irytacyjnem poszukiwaniu jakiegoś klucza w hotelu, co jakby mu na słowo wierzyć możemy, nie należy do przyjemności, o których się pisze, lecz o których się zapomina.

Więc potem Lwów. Döblin odkrywa wiele rzeczy. Przedewszystkiem mieszany charakter miasta, specjalny urok starych zaułków, ślady starej a świetnej przeszłości (gmach poselstwa weneckiego). Niezmiernie inteligentne uwagi czyni o muzeum Dzieduszyckich, podziwiając aktywną filantropję hrabiego, tak bardzo różniącego się od Morgana, który także funduje, lecz ogranicza się do podpisania czeku. Widok dziewcząt, uczących się rysunków na wypchanych egzemplarzach zwierząt, zachwyca go i czyni znośnym zdaje się pobyt w innych miejscach miasta, które go irytuje z wielu powodów. Pomnik Fredry uznał okropnym, szowinistyczne pogromy inscenizowane, premedytacyjnie, jak go pouczono, przygnębiają. Miasto całe niepokoi go trochę i nasuwa wiele zapytań, na które nie stara się znaleźć odpowiedzi. Potem jedzie do Borysławia. Oczywiście nie zdołał tam doraźnie niczego wydobyć, prócz doraźnych opisów, lepszych zapewne od przeciętnych feljetonów dziennikarskich, lecz nic nowego nie przynoszących. Potem znajduje się w Krakowie w przedostatnim etapie swojej podróży. Skrępowany przeróżnemi względami wobec politycznej Warszawy, nieznanych bliżej sobie kresów wileńskich i lwowskich, nieobeznany z przemysłem naftowym w zagłębiu, musiał pokonywać bardzo wielkie przeszkody, chcąc przynajmniej to, co niezbędnie potrzeba napisać, zachowując objektywność merytoryczną, w Krakowie znalazł się w położeniu bez porównania pomyślniejszem. Tam chciał i mógł naprawić te ujemne kreski, które stawiał uprzednio. Jeśli czuł kiedykolwiek autor sympatję dla narodu opisywanego (nie mamy zaś powodu przypuszczać, że tylko chęć powiększenia swej produkcji literackiej i egzotyczność tematu go nęciła) w Krakowie starał się pisać rzeczy najlepsze nastrojowo. Bo oto kościół marjacki podobał się mu nad wszystko inne. Wielokrotnie był w tym kościele i bardzo dokładnie go opisuje. Legendę o Twardowskim przetwarza dowcipnie i ze znajomością rzeczy. Potem znowu Kazimierz i żydzi, tasowani tym razem inaczej, procesy żydowskie, gwałty i wreszcie rozmowa z rabinem krakowskim, który nie tyle mu się podobał, co cadyk z Góry Kalwarji. Piękny opis dworca krakowskiego w okresie największego ruchu z wkładkami etnograficznemi ku zabawie niemieckiego czytelnika. Kilka dni w Zakopanem, gdzie autor nie bardzo dobrze się bawił, bo nie miał go kto oprowadzać, natomiast wiele rozmów prowadził z właścicielką domu, w którym zamieszkał i chybko wyjechał do Łodzi, gdzie znowu opis szwankuje, gdyż temat to zbyt dobrze znany w odcinkach feljetonowych (milieu fabryczne, 8 godzinny dzień pracy, trudności kredytowe itd.) wreszcie wyjazd przez Gdańsk. Podczas tej drogi zdarza mu się (czy naprawdę wtedy?) epizod nie do pozazdroszczenia. – Gdyż w przedziale gdańskiego pociągu natyka się na oficera, który rozpoczyna rozmowę od tego, że „w Polsce chcąc dostać odpowiedź, nie należy pytać się po niemiecku”. Potem tenże oficer uznaje za stosowne zabawiać go swoimi wywodami na temat ślepej nienawiści, którą cała Polska gorzeje do Niemców (nazwali nas Slaven od Sklaven). Döblin konkluduje: nienawiść ta wywodzi się z trwogi przed nami. Rozmowa schodzi na żydów. Oficer deklaruje „swą czystą nienawiść spotęgowaną do wstrętu”. Przygodny ten towarzysz przez dwie godziny wyłuszcza Döblinowi swą całą wściekłość na żydów, wyolbrzymiając tak przyczyny zła, jak i swą nieporadność. Döblin słuchał i zaopatruje książkę w ten bądź co bądź negatywny epilog. Gdańsk, krótkie w Gdańsku rozmowy i wyjazd do Niemiec.

Nie powinniśmy umniejszać znaczenia tej książki. Znany powieściopisarz niemiecki politycznie indyferentny (o ile to z poprawnością wobec Niemiec da się pogodzić) opisał Polskę tak, jak widział, pragnąc uczynić z rzeczy widzianych interesującą lekturę dla liberalnych i burżuazyjnych czytelników niemieckich. – Przekonają się z niej, że proces stawania się państwa polskiego nie jest ukończony, lecz jest też normalny i konsekwentny. To, co mu się nie podobało nawet, to więc, co dzieli Niemca od Polaka ubrał w formę polemiki, na którą można się nie zgadzać, lecz która ma wszelkie cechy intelektualnego stawiania sprawy. Oczywiście uprzedzenia, które przywiózł z sobą, nie pozwoliły mu na dokonanie zabiegu niezbędnego, mianowicie na kontakt z politykami, a nawet z chłopami i robotnikami w drodze bezpośredniego zetknięcia się i choćby chwilowego pobytu na wsi i w fabryce. Dlatego książka przy całej inteligencji autora robi wrażenie niedopowiedzianej, może się jednak „pokazać” obok innych, nawet francuskich i angielskich. Gdyż politycznie możemy na nią wskazać z gestem niepozbawionym złośliwości: Patrzcie panowie, tak piszą o nas wrogowie. Pod względem literackim zaś przykład Döblina wykazuje, że literat nawet niemiecki i pisarz nawet intelektualny może jechać do Polski, pisać o sprawach polskich, bogacąc swój dotychczasowy dorobek, zaznajamiając się z problemami, które opisawszy, zostawia w tym samym stadjum pęcznienia i tworzenia, które z Polski czyni kraj godny poznania dla „zgniłego Zachodu”.

Mieczysław Rettinger.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close