Rokosz

Polska ma dawną, a ohydną tradycję rokoszową. Magnat niezadowolony z rządów królewskich, urażony o to, że mu odmówiono buławy czy pieczęci, podburzał tłumy szlachty hasłami popularnemi, wypominał królowi i sejmowi popełnione i niepopełnione winy, rzucał czasem słuszne, ale częściej niesłuszne podejrzenia o frymarki i konszachty z zagranicą i wywoływał wojnę bratobójczą. Nie bywały to walki o zasady i o dobro ojczyzny, ale walki o prywatę i o ambicję. Walki takie nie prowadziły też do ulepszenia organizmu Rzeczypospolitej, ale do zepchnięcia nas w coraz to niższe kręgi zguby. Od legendarnego, ale jakże charakterystycznego, rokoszu gliniańskiego poprzez anarchiczną wojno kokoszą Kmity, poprzez bunty Zebrzydowskich, obu Radziejowskich, Lubomirskiego – aż do rokoszu targowickiego snuje się smutna nić tradycji polskiej: nić walk bratobójczych, bezpłodnych, bezprogramowych, bezcelowych, dyktowanych wygórowaną pychą osobistą, kończących się niestety – jak nie mogło być inaczej – śmiercią państwa.

Trzeba by mieć moc słów Izajasza, aby oddać w tej chwili uczucia targające duszę polską. Trzebaby mieć potęgę Skargi, aby wypowiedzieć, co się dzieje w sercu polskiem, patrzącem, jak wszystkie dawne nałogi i grzechy, wychodzą strupieszałe z pod ziemi, aby ssać szpik żywotny i pić krew narodu polskiego. Jak grzech pychy i ambicji, tyle razy triumfujący w naszych dziejach, święci znowu pełne swoje triumfy. Jak wybucha wojna bratobójcza, która nie może doprowadzić do żadnego postępu naprzód, do żadnego uzdrowienia chorych naszych stosunków; okrywa nas tylko niesławą i popycha do upadku. Jak szyderczo przyglądają nam się od zachodu i wschodu nasi wrogowie, przygotowując coraz wyraźniej atak wzorem Karola Gustawa, Fryderyka czy Katarzyny. Jak sprawiają swoje szeregi nieprzyjaciele wewnętrzni państwa, licząc niecierpliwie czas dojrzewającego coraz szybciej rozkładu.

To, co się w Polsce bowiem dzieje, jest rokoszem i wewnętrznym rozładem, a nie zamachem stanu. Zamach stanu jest aktem stanu, a więc aktem rozumu państwowego. Zamach stanu podejmuje polityk, oburzony i zatrwożony pewnym systemem rządów i starający się przeciwstawić mu choćby środkami nielegalnemi jakiś nowy -lepszy jego zdaniem – system rządów. Bonaparte 18 brumaire’a, Napoleon III w połowie zeszłego wieku, Mussolini w naszych czasach zdecydowali się na czyny nielegalne, ale nieśli ze sobą pewną nową myśl polityczną, pewien plan działania, pewną wyższą ideę, jaką można i warto było przeciwstawić groźnej anarchji gubiącej państwo. Rządom dyrektorjatu, chaosowi rewolucji 48 roku, bolszewizmowi włoskiemu z r. 1922 przeciwstawili oni śmiało, zręcznie i szybko plan uporządkowania państwa na nowych zasadach, wprowadzenia ładu i podniesienia społecznej pomyślności. Ich czyn – niewątpliwie nielegalny – szukał w tem swojego usprawiedliwienia. Był czynem pozytywnym, a nie czynem destrukcji. Formę złą i groźną zastępował formą lepszą. Nie pogrążał społeczeństwa w bezrząd i w walkę, ale je przed nią ratował. Był aktem racji stanu.

Stosunki nasze polityczne w ostatnich miesiącach przedstawiały się tak rozpaczliwie i groźnie, że z pewnością dojrzeliśmy – podobnie zresztą, jak niejedno społeczeństwo europejskie do rozumnego zamachu stanu. Gdyby był dokonany w imię racji stanu, a nie ambicji osobistej, gdyby dawał rękojmię zastąpienia nieudolnego sejmu i bezsilnego rządu jakimś lepszym, zdrowszym, energiczniejszym sposobem rządzenia Polską, możnaby patrzeć na niego tak, jak patrzy dzisiaj po pięciu latach cała Europa na zamach Mussoliniego. Byłby zawsze czynem nielegalnym, niósłby ze sobą wielkie niebezpieczeństwa, przedstawiałby ujemne strony tego rodzaju, jak zaostrzenie nienawiści partyjnych, prejudykat dalszych prób zamachów, zachwianie się kredytu zagranicznego – ale okupywałby te ujemne i groźne strony konsekwencjami dodatniemi. Niestety, wypadki warszawskie nie przypominają jak dotąd w niczem marszu na Rzym, bo nie mają żadnych dodatnich cech tamtego, a natomiast cechę destrukcji.

Przywódca i twórca warszawskiego rokoszu przygotowywał go od szeregu miesięcy rozpolitykowaniem wojska, rzucaniem podejrzeń na jego zwierzchników, polemikami prasowemi, krytyką swojego odsunięcia od armji i negacją wobec wszelkich pozytywnych prób naprawy, a te negatywne i osobiste cechy nosi też całe jego obecne nielegalne wystąpienie. Nie zdobył się, jak dotąd, na żaden program naprawy stosunków w państwie, na żaden plan uleczenia rany, którą zadał burząc legalny porządek dotychczasowy. Poza pokrzywdzeniem własnej osoby i poza szeregiem zarzutów rzuconych na przeciwników, nie zdobył się na żadne inne hasło. Dlatego to właśnie czyn jego jest rokoszem, a nie aktem twórczym i państwowym; dlatego to grozi Polsce rozkładem i anarchją, a nie wróży odrodzenia i naprawy. Dlatego przypomina najgorsze tradycje naszej przeszłości i nie odrabia w niczem pierworodnej skazy, tkwiącej w każdym akcie niepraworządnym.

Wypadki warszawskie są i będą też nieszczęściem dla Polski bez względu na to, jak się zakończą. Im dłużej się będą przeciągać, im dłużej będą wywoływać ohydną, bratobójczą walkę, tem silniej będą nas pchać w odmęt rozstroju i anarchji społecznej. Należy też całą siłą wołać o ich jak najszybsze zakończenie. Legalny przedstawiciel państwa, jego głowa i najwyższa w państwie powaga, po myśli konstytucji – powinien w tej chwili wystąpić z akcją zdolną położyć kres walce i buntowi. Akcja jego znajdzie z pewnością poparcie wszystkich rozumnych i prawych obywateli. Potępiają oni jak najgoręcej i najbardziej stanowczo zarówno sam rokosz, jak i sprowokowaną w ten sposób walkę wewnętrzną. Żądają, aby Prezydent Państwa, jako legalny Przedstawiciel majestatu Rzeczypospolitej został uznany przez wojska zbuntowane za organ Narodu, wobec którego wystąpienia na widownię powinni akcji swojej zaniechać. O ile Prezydent Rzeczypospolitej nie będzie zdolny na czyn tego rodzaju podniosły i stanowczy się zdobyć, albo o ile zaciekłość po stronie przeciwnej byłaby tak wielka, iż raczej rozpali w Polsce pożar wojny domowej, aniżeliby się przed Dobrem i Majestatem Narodu opamiętała, to należałoby się obawiać, że na Polskę przychodzi zmierzch, a na pokolenie nasze spadnie zarzut równie wielkiej hańby, jak na tych, którzy w XVIII wieku niepodległość polską niezgodą, anarchją, prywatą i wzajemną nienawiścią zaprzepaścili.

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Close