Rzeczy, które się pamięta

Gdańsk w lipcu.

(Korespondencja własna).

I. Der Untergang des Abendlandes.

Wczoraj błądząc miastem około godz. 6 popołudniu byłem świadkiem dość symptomatycznego zdarzenia:

Przechodząc ulicą Altstädtischergraben, która w tem miejscu rozwidla się w niewielki targowy placyk, ujrzałem grupę ludzi słuchających jakiegoś mówcy. Stanęłem przy nich. Wcisnąwszy się w tłum, liczący tu może 60 do 120 osób znalazłem się prawie tuż przy samym mówcy, czarno ubranym człowieku z bladą twarzą, z jakimś wyrazem przerażenia, półobłąkania w oczach. Zacząłem słuchać.

Mam bardzo zły akcent niemiecki i mówiąc robię również dosyć błędów. Ale rozumienie tego języka nie sprawia mi najmniejszych trudności. Człowiek, który mówił, mówił rzeczy dosyć proste, ludzie którzy go słuchali byli miejskim proletarjatem. A jednak po 7 minutach przysłuchiwania się nie wiedziałem absolutnie z kim mam do czynienia: komunista -protestancki kaznodzieja sekciarski, czy warjat.

Było coś niesamowitego w mowie, coś niesamowitego w postaci kaznodziei, coś niesamowitego w tej psychozie, z jaką go słuchali zebrani. „Czyż nie widzicie, że żyjecie w świecie potępionym, czyż nie widzicie, że to nie chleba i nie pracy wam dzisiaj potrzeba i nie żadnych sztandarów, tylko czegoś więcej. Lud musi sobie stworzyć wielką rzecz, zerwać z tem wszystkiem, co mu jego wrogowie narzucali przez wieki. Oto nadchodzi nasz koniec i koniec ich wszystkich i oto musicie być przygotowani na rzeczy, które czujecie, że idą. Więc szukacie rady i ratunku i jakiegoś nowego ustroju i jakichś nowych praw, albo brońcie starych. Ale wszyscy wiecie dobrze, że jest to chwytanie się tonących, chwytanie się odłamów okrętu, które zatoną razem z wami. Niema, niema, niema ratunku. Musicie wejść w siebie i wglądnąć w siebie i stać się sobą, bo oto przyszedł czas zatracenia i czas gniewu, bo oto przyszedł czas końca”.

W tej chiwili wszczął się jakiś rumor. Do mówcy podskoczył, o dziwo, jakiś mały wylękniony żydek z czarnemi, niespokojnie biegającemi oczyma. Ten był napewno warjat. Żyd zwrócił się do mówcy i rzekł: „A dlaczego nie mówisz, że my żydzi jesteśmy tu prześladowani, a dlaczego nie mówisz, że nieszczęścia w jakieście przeklęty naród wpadli, jest to kara Jachwy za to, coście mnie zrobili?”

Zrazu wystąpienie żydka przyjęto śmiechem (musiał on tu być znaną postacią) później na słowa o „przeklętym narodzie” poczęto go turbować, wszczął się rozruch i nadeszli policjanci. W tej chwili doszedłem do wniosku, że dowiem się nareszcie, co zacz jest ów mówca. Komunistę napewno zaaresztują, warjata również. Otóż policja zasalutowała grzecznie memu mówcy, który zaczął mówić dalej, natomiast wzięła pod ręce żyda i wywlokła go z tłumu. Widziałem później, jak bijąc go gumowemi pałkami po ramieniu odprowadziła go zapewne do komisarjatu.

W tym czasie zdołałem zagadnąć kogoś z tłumu. Dowiedziałem się, że ów mówca jest to kaznodzieja anababtysta.

Widziałem w Gdańsku wiele rzeczy, które dla wielu względów trudno opisać. To jednak było wrażenie najbardziej przejmujące. W tem mówieniu o końcu świata, który nie jest jakąś daleką wizją apokalipsy, ale staje się rzeczywisitością, w tej mieszaninie pojęć religijnych i komunizujących niekiedy, rewolucyjnych i sekciarskich było już coś niezwykłego. Ale nie to uderzało najsilniej. Co było naprawdę niesamowite, to zasłuchanie tłumu. Przekupki i straganiarze, bezrobotni i urzędnicy pocztowi, inteligenci w schludnych ubraniach, młody człowiek z partnerką od tenisa wszyscy słuchali tych słów tak, jak słucha się tylko rzeczy, których się jest pewien, że nastąpią. W Polsce taki sam kaznodzieja byłby zlekka wyśmiewany przez urwisów. Człowiek, który podszedłby zaciekawiony zbiegowiskiem, odszedłby po chwili z lekceważącym uśmiechem i zawodem, że spodziewał się jakiejś ulicznej hecy z wymyślaniem od prowadzenia się rodziców i z „happy end’em” w komisarjacie. „To jakiś kiepski warjat” powiedzianoby w Polsce. Trzeba widzieć, jak słuchali Niemcy.

Mimo traktatu wersalskiego, dzięki podstępnej polityce Berlina, Gdańsk jest wciąż jeszcze wciągnięty w orbitę tego świata, który wije się w konwulsjach wielkiej i ciężkiej choroby i jest w przededniu jakichś wielkich wydarzeń. Nie wiemy co za miesiąc, za dwa, za trzy stanie się z Niemcami, jesteśmy pogrążeni w tysiącach hipotez i tysiącach niepewności. Mamy w Berlinie korespondentów, mamy agencje prasowe, mamy codziennie setki komunikatów, a jednak nikt nam nie powie nic więcej nad to, że w Niemczech rzeczy idą ku jakiemuś końcowi, który być może będzie wieszczonym przez anabaptystę końcem .

Z Gdańska wyczuwa się najlepiej psychozę niemiecką. Najgroźniejszem to nie jest bezrobocie, to nie są hitlerowcy, to nie są komuniści, to nie jest nędza i krach i kryzys. Najgroźniejsza rzecz to to, że ludność niemiecka ogarnięta jest psychozą kończącego się świata, psychozą jakby Sądu Ostatecznego.

II. „Niech pan nie mówi nic”.

Tego samego dnia i wieczoru miałem przeżyć niemniej silne wrażenie. By ła to sobota około godziny 7 wieczorem. Zaszedłem do kawiarni niewielkiej, ale bardzo przepełnionej. Po chwili obok mego stolika ulokowała się rodzina złożona z ojca, matki i 18-letniej córki. Zauważyłem, że rozmawiali po polsku i po niemiecku. Zauważyłem, że rozmawiali po niemiecku wtedy, gdy myśleli, że ktoś może usłyszeć.

W chwili, gdy zacząłem przeglądać pisma hitlerowskie zobaczyłem, że ludzie ci patrzą się na mnie trochę jak na wroga, trochę jak na niebezpiecznego człowieka. Po chwili starszy ów pan wstał i siadł tuż blisko przy mnie na miejscu, gdzie przedtem siedziała jego córka. Umieszczono ją najwidoczniej dalej za mną.

Wówczas wyjąłem z kieszeni „Czas” i zacząłem go dość manifestacyjnie przeglądać. Po chwili zwróciłem się do sąsiedniego stolika i najuprzejmiej, kalecząc w okropny sposób niemiecczyznę poprosiłem mego sąsiada, czy nie byłby łaskaw przetłomaczyć mi nieznany niemiecki wyraz. Wyraz ten był oczywiście, bardzo prosty. Pan zrobił to bardzo chętnie, przyczem nawiązała się rozmowa. Ludzie ci dowiedzieli się że przyjechałem tutaj z Krakowa zapisać się na politechnikę gdańską, bo słyszałem, że studja trwają tu krócej, niż w Warszawie, niema egzaminu konkursowego i t. d. A przy tem ilość polskich słuchaczy w Gdańsku zmniejsza się podobno co rok.

Parę takich zdań wystarczyło do rozchwiania ostatecznie wszelkich podejrzeń. Po chwili siedziałem przy ich stoliku, opowiedziałem parę historyj polskich, parę anegdot. Za chwilę też usłyszałem głośno na całą salę wypowiedziane zdanie o niebywałej bezczelności Polaków, którzy wciskają się wszędzie. Mamy dosyć tych szpiegów (Spion und Spioninen). Szczęściem nie doszło do niczego więcej. Chwilę później wyszliśmy na ulicę, gdzie ów starszy pan gwałtem przestrzegał, by jednak mniej głośno mówić po polsku. Odprowadziłem ich do tramwaju, ale zostałem zaproszony na kolację i przyjąłem zaproszenie w nadziei, że się wiele dowiem z rzeczy takich, o których mi nie powie nikt w komisarjacie Rzeczypospolitej.

Gdy wracałem do domu było już po godzinie 12. W domu tym przesiedziałem pełne cztery godziny. To co usłyszałem było opowieścią, jakiej nie spodziewałem się usłyszeć po sześciu dniach wytężonej pracy reportażowej. Już w mieszkaniu zaczęły się powoli rozwiązywać języki. Coraz dyskretniej począłem ciągnąć za język mych gospodarzy, pytać o położenie Polaków w Gdańsku. Gospodarze moi byli to rodowici Gdańszczanie, siedzący jednak zdaleka od wszelkich władz polskich, do których w ciągu ostatnich lat przylgnęło wiele rozczarowań… Jedna za drugą padały opowieści. Ojciec mówił głosem monotonnym, zmęczonym głosem, który już nie potrafi brzmieć oburzeniem czy skargą. W tym głosie był tylko czasami głęboki ludzki żal. Czasem jakiś szczegół bardziej porywczo, dorzucała matka.

Była to jedna litanja, jeden różaniec rzeczy czasem drobnych, czasem małych, a czasem wprost strasznych, zbierających się w olbrzymią krzywdę, jaka jest tu monetą obiegową Polaków. Już przy końcu kolacji zadzwonił ktoś. Obejrzano się cokolwiek trwożnie. Nie mówię: z przerażeniem, ale głos dzwonka w Krakowie, w Poznaniu, w Warszawie wywołuje wszędzie wrażenie jakiegoś zaciekawienia. Tu był niepokój.

Do pokoju wszedł pan w wieku 50 może lat. Później znowu zadźwięczał dzwonek i weszła jakaś pani z córką, potem znowu jakiś pan, potem jakichś dwóch studentów, witanych z widocznym zadowoleniem przez pannę domu, potem znowu jacyś panowie. Widocznie jest tu w zwyczaju składanie wizyt w wieczór, zwłaszcza w sobotę wieczór. Mój gospodarz mnie przedstawił: „Pan z Krakowa i właśnie mu mówiłem, jak my tu żyjemy w Gdańsku”.

I każdy zkolei począł wydobywać fakta, daty, nazwiska. Te fakty, te daty i nazwiska były tu wszystkim znane. Mówcę poprawiano, przypominano mu zapomniane szczegóły.

Każdy po kolei mówił bardzo krótko, samymi faktami, streszczając się. Jakby wiedział, że nie trzeba zabierać dużo czasu, jak człowiek, który do opowiadania ma jeszcze wiele, bardzo wiele… Nigdy nie słyszałem opowieści bardziej monotonnej, wypowiedzianej z mniejszą dykcją i z mniejszą swadą naratorską. Nigdy może nie słyszałem nic bardziej urywanego, określeń bardziej lakonicznych. Rzeczy równie silne słyszałem już raz w życiu, w Bolszewji. Powiedziałem słowo „w Bolszewji”. Czynię to z całą świadomością. Określenie to jest oskarżeniem. Za to oskarżenie przyjmuję pełną odpowiedzialność.

Groza tego, co mi opowiadano – znowu z całą świadomością używam słowa „groza” – nie polegała na tem, że to były jakieś rzeczy wielkie (choć były i takie), że to były rzeczy tej samej miary co rzeczy z czerezwyczajki. Groza polegała na tem, że nawet gdy to były rzeczy małe, rzeczy bolące tylko moralnie, były to jednak rzeczy powszednie, organizowane z premedytacją, z całym systemem, z całem wyrafinowaniem, że to były rzeczy codzienne. Wokoło tego obrazu wyrastała nieświadomość, czem jest życie Polaka w Gdańsku. Urzędnik polski co innego. Przedewszystkiem jest to element blisko stojący Komisarjatu generalnego Rzeczypospolitej. Pozatem to ludzie, którzy nie zagrzeją miejsca w Gdańsku. Oczywiście i ich się szykanuje. Ale inaczej.

Najtrudniejsze jest położenie gdańskich Polaków. Dużo rzeczy wiemy z komunikatów policyjnych. Jest to b. mało w porównaniu z tem, co ma miejsce w rzeczywistości. Racje tego zatajania są b. proste: przedewszystkiem w naturze ludzikiej leży, że istnieją krzywdy, o których woli się, by było cicho. Nie każdy człowiek spoliczkowany uda się na komisarjat, nie każda zniewolona dziewczyna da znać prokuraturze. Zresztą – i poco? wyroki sądowe, jakie zapadały tu, czyż nie są odstraszającym przykładem? Marynarz, któremu banda hitlerowców wycięła nożem na piersi swastykę, został sam skazany na więzienie. Dzieci polskie jednej ze szkół gdańskich udały się na wycieczkę do Gdyni. Na drugi dzień nauczyciel kazał każdemu z nich przepisać i to po czterysta razy -„Danzig bleibt deutsch”. Wiadomość o tem dostała się do prasy polskiej w Gdańsku. Redaktor odpowiedzialny „Gazety Gdańskiej” został przez owego nauczyciela zaskarżony. Sąd pierwszej instancji skazał redaktora na dwa miesiące więzienia. Redaktor widocznie nie znał stosunków gdańskich. Redaktor bowiem apelował. Druga instancja uznała rzeczywiście wyrok pierwszy wysoce nie odpowiadający wymogom sprawiedliwości. Zasądziła redaktora tym razem na sześć miesięcy więzienia.

Istnieją prześladowania, które zorganizowane są przeciw poszczególnym jednostkom, rodzinom. Mieszkające w ich sąsiedztwie grupy bojowców mają sobie poruczone działanie przeciwko nim. Istnieje najnormalniejsza w świecie rejestracja ofiar. Na ulicy, w klatce schodowej własnego domu, wszędzie gdzie się pojawią, mogą się spodziewać, że spotka ich prześladowca i wskaże innym: oto oni. Czasem te „drobne” prześladowania przechodzą w rzeczy większe, rzeczy wstydliwie tajone. O rzeczach tych napomykano mi tego wieczoru po kilkakroć, zawsze z niemem zakłopotaniem na twarzy. Zrazu nie chciałem wierzyć. Ale jeżeli w Düsseldorfie był możliwy Kürten, to dlaczegóż nie mają tu odżyć te metody walki, jakie znamy z tragedji Juranda ze Spychowa?

Dlaczego te rzeczy nie wychodzą na jaw, dlaczego nie uderzą protestem w senne kuluary genewskie? Dlaczego? Poprostu dlatego, że ludność polska Gdańska wie dobrze, bo z doświadczenia lat dwunastu co to wszystko jest warte. Nie pomoże na to ani Komisarjat Generalny, nie wie o tem nic wysoki komisarz, niewiele o tem wie szeroka rzesza w Rzeczypospolitej. U nas właściwie – śmieszne to mówić – przywykliśmy już do tego wszystkiego, co jest chlebem powszednim Polaków. Przywykli do niego i oni. Więc wolą nie skarżyć, by nie narazić się na tem większe represje, a czasem – bo się wstydzą. Wielokrotnie byli i tacy, których zmuszano do tego, by wznosili, okrzyki liitllemwskie. Zapewne byli i tacy, których do tego zmuszono. Ci nie mogą skarżyć.

Przy samym końcu tego wieczoru powiedziałem kim jestem. Że trzy pisma w Rzeczypospolitej będą wiedzieć o tem co mi mówiono. Wówczas powiedzjano mi ni mniej ni więcej tylko tyle: „Niech pan nie mówi nic, to będzie jeszcze gorzej”.

A jednak mówię. Dla tych, co mi opowiadali zrobiłem jedno: najzmyślniejszy agent śledczy nie dojdzie z mego reportażu, gdzie u kogo i z kim odbyła się owa rozmowa. Ślady zostały zatarte, ślady te odnajdzie za to każdy Polak, który przybywszy do Gdańska, zechce jak ja, szukać prawdy o naszem położeniu.

Ksawery Pruszyński.

[ czytaj kolejną część reportażu ]
[ czytaj poprzednią część reportażu ]

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close