Ulica i stary pan Mueller

II.

Gdańsk, w lipcu.

Rzym należy zwiedzać z Baedeckerem, Konstantynopol z zapasem bakszyszowej monety. W zaułkach portowych Szanghaju przyda się rewolwer. Gdańsk należy zwiedzać z walizką w ręku.

Z walizką w ubraniu podróżnem i płaszczu (upał był szalony) rozpocząłem zaraz po przybyciu poszukiwanie jakiejś tymczasowej kwalery w śródmieściu. Od dworca – obskoczyli mnie pośrednicy. W ten sam sposób mali żydkowie w Równem lub Czerniowcach łapią, ludzi do swych cuchnących „Ermitaży” i podejrzanych obyczajowo „Imperjalów”. Podobno w Sopotach na jednego gościa rzuca się dziesięciu takich gentlemanów. Kryzys.

Tego ranka byłem poprostu zdumiony uprzejmością ulicy. Powiedziano mi gdzie jest (znienawidzona tu powszechnie) „Gazeta Gdańska” i księgarnia „Ruch” i polski hotel „Continental”. Jakiś starszy pan o wyglądzie emeryta podprowadził mnie osobiście do cudnej Marienkirche. Inny (zapytany tylko o drogę), zalecił mi, bym ciceronom w domu Artusa „Artushof” dał najwyżej 15 groszy napiwku. „Wie pan, to natrętna nacja”… Blada Grethen (naprawdę, to jej było na imię Katinka) z Molkerei przy „zielonej bramie” ofiarowała mi gościnę u swych rodziców, gdzie będzie tanio, wygodnie, trzy minuty od plaży.

Przy 30 stopniach Celsiusa niedługo nosi się walizkę, płaszcz i ubranie sportowe. Ulokowawszy siebie i bagaż, rozpocząłem wędrówkę po mieście. Jakżeż szybko odczułem brak walizkowego talizmana!

Teraz opryskliwy był nawet konduktor w tramwaju. Młody robociarz zapytany o drogę do „Komisarjatu Rzeczypospolitej Polskiej” najpierw odpowiedział mi frazesem, który tu widać jest ogólnie przyjęty, bo go słyszałem dwa razy: „Es interesiert mich nicht”. Ponieważ wrażenie tych słów nie było jednak porywające, pospieszył dodać „że być może, ze go już niema, a jeśli jest – to go wkrótce nie będzie, ani jego, ani was wszystkich”. Bursz zapytany o nasz Bratniak oświadczył, że mi „nie radzi” studjować w Gdańsku. „Już studjuję” odparłem. Bo też właśnie studjowałem ulicę gdańską.

Wieczorem znajomy Polak wytłumaczył mi ową zmienność Gdańska. Poprostu z walizką w ręku byłem „ein Gast”, który szuka hotelu, może zamieszkać w Gdańsku. Bez walizki nie byłem już gościem in spe, a tylko „ein Polacke”, może kandydatem na gdańską Politechnikę. O, wybić mu to z głowy!

* * * * *

Dwa pierwsze dni szwendałem się po Gdańsku. Bez przewodników; bez cudzych okularów oglądałem to miasto, zachodziłem wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. Słuchałem rozmów, rozmawiałem i dowiedziałem się najpierw, że nigdzie jak w Gdańsku nie istnieje taki przedział między generacją młodych i starych.

Generacja starych wykipiała już z pierwszej nienawiści do Polski. Nienawiść ta powstała była spontanicznie po Wersalu. Podsycała ją wówczas nadzieja: ludzie, którzy jeszcze 10 lat przedtem płacili składki na Flotenverein i tem stworzyli potęgę morską Niemiec, ludzie, dla których przedwojenny Reich był tylko wstępem do Mitteleuropy przyszłości z plejadą marchij – ludzie ci nie mogli uwierzyć, by w parę lat po 1918 r. nie miał nastąpić powrót do stanu rzeczy z przed Sarajewa, wydawało im się to wszystko tak potworne, że byli pewni, iż świat spostrzeże swą „pomyłkę” i sam ją naprawi. Stąd ludzie ci „nie wierzyli” w stałość nowej organizacji Wschodniej Europy – absolutnie tak samo, jak u nas nie wierzono do niedawna w trwałość Bolszewji.

Otóż nie odmieniło się nic.

Tak samo zawiodła się i stara generacja. Nienawidziła Polaków dalej. Ale jednocześnie odpadła konkurencja Szczecina; Gdańsk niegdyś trzeciorzędny port, stał się drugim co do znaczenia portem na Bałtyku. Miasto rosło w ludność i pieniądze. Całem miastem nowych domów, domów-koszar, urzędniczych, robotniczych stał się Langfuhr. Oliwa, Sopoty, dziesięć mniejszych miejscowości zamieniły się w rozlegle miasto i ogrody. Dziś na „dzikich”
plażach biwakują setki samochodów i motocykli. Jeden z mych niemieckich znajomych ma auto. Wcale nie jest człowiekiem zamożnym, ale 10 lat prosperity portu zbliżyło ludność Gdańska do amerykańskiego standartu. Tego wszystkiego nie było przed Wersalem. Ale generacja Flottenvereinów przeklinała dalej na Wersal.

* * * * *

I przyszły lata chude, lata kryzysu; i przyszła Gdynia. Ciekawa jest nienawiść z jaką Gdańszczanin starej generacji mówi o Gdyni. Gdańszczanin starej generacji widział od kilku lat, że w zatoce o 20 minut drogi autem od granicy Wolnego Miasta wbija się w morze koły i pale przyszłego mola. Że maszyny czerpią piasek i pogłębiają dno, że płyną kapitały francuskie, że to będzie prawdziwy port. Pan Müller (nazwijmy go tak) widział – a nie wierzył. Albowiem uczono go za młodu o „polnische Wirtschaft”. Więc uśmiechał się ironicznie – nie wierząc, by to molo kiedy naprawdę stanęło; bo kapitały ktoś rozkradnie a ową łuszczarnię ryżu można będzie za dwa lata rozebrać na cegłę.

A tymczasem Gdynia przyszła.

Żal mi pana, panie Müller, chociaż przez lat czternaście byłeś nieznośnym sąsiadem i choć nie obiecujesz poprawy. Jest mi pana żal, bo twoja wielka niemiecka wiara załamała się po raz wtóry.

Pierwszy raz to było w mglisty dzień 11 listopada 1918 roku, gdy trzech delegatów byłej cesarskiej armji dopraszało się o pokój, o zawieszenie broni, przed salonką francuskiego marszałka…

A drugi raz – to było bardzo niedawno panie Müller. Nie znam daty. Ale ty ją znasz. To było tego dnia, gdyś pojechał – do tego portu, którego, być może, nie byłoby nigdy, gdyby nie twój patrjotyczny niemiecki upór. Oglądnąłeś, wróciłeś – i jeszcze głośniej niż dotąd wyśmiewałeś „polnische Wirtschaft”, ale tego samego wieczora kazałeś słać do Berlina i „bronzowego domu” i do Królewca i do Hagi i do Genewy rozpaczliwe S. O. S. swego miasta: Gdingen, Gdingen! Gdingen Twoja wiara w niezwyciężoność Niemiec zawaliła się niegdyś u stóp salonki w Rethondes. Teraz zkolei twe uparte przeświadczenie o nieudolności słowiańskiej rozprysło się jak bałwan morski o molo polskiego portu.

Twój pierwszy, powersalski gniew wykipiał starszy panie Müller. Jesteś dziś rozgoryczony, mówisz, jak niegdyś my „nie damy ziemi”, rad jesteś z szykanowania Polaków, cieszy cię każde niepowodzenie Polski. Ale dziś panie Müller możebyś i poszedł na porozumienie z nami, możebyś i poszedł…

Tylko, że dziś w cieniu twej starej nienawiści wyrosło obok ciebie młode pokolenie. Pozwoliłeś, by się uczyło rasowej nienawiści, dawałeś do rąk książki o przyszłości gdy Polaków z Płocka, Krakowa, Sandomierza przesiedli się do Turkiestanu i zastąpi Niemcami. Znasz książkę „Parthenau” panie Miiller? Dziś, gdy idą na Sporthalle standarty młodych i gdy się burzą w codziennych burdach i prowokacjach – to już wiesz, że nie przeciw Polsce idą – lecz właśnie przeciw Gdańskowi. Dlatego wczoraj, w tramwaju, na ordynarne odezwanie się jakiegoś młokosa – ty, starszy pan, objaśniłeś mnie – ku jego zgorszeniu – więcej niż uprzejmie. Ale jeżeli młode pokolenie żyje, nienawidząc – sam tego chciałeś stary panie Müller.

Ksawery Pruszyński.

[ czytaj kolejną część reportażu ]
[ czytaj pierwszą część reportażu ]

Konserwatywny dziennik informacyjno-polityczny wydawany w Krakowie od roku 1848, a od 1935 do wybuchu wojny w Warszawie. Lata świetności czasopisma przypadały na „okres krakowski”, kiedy to reprezentowało bardzo wysoki poziom merytoryczny i dziennikarski. „Czas” był jednym z najdłużej ukazujących się pism polskich. O jego popularności ś‌wiadczy także to, że jako jedno z nielicznych pism był kolportowany we wszystkich zaborach. Współpracownikami „Czasu” byli min. Kazimierz Tetmajer, Stanisław Wyspiański, Ludwik Rydel, Władysław Stanisław Reymont, Tadeusz Boy-Żeleński czy Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close