Po egzekucji hr. Ciano
Błazen czy bohater?

Zaprosił mnie na lunch jeden z szefów policji w koncesji francuskiej Szanghaju. Z rozmowy o sytuacji w Chinach i uwzględniając specjalność mego gospodarza, który dobrze znał kulisy życia w tym kraju, a mógł z tytułu swego stanowiska dostarczać pomysłów autorom sensacyjnych powieści, zeszliśmy na tematy europejskie. Rok był 1933. Opowiadałem o niedawnym pobycie we Włoszech Mussoliniego.

– Nie znam osiągnięć teścia, ale znam trochę robotę zięcia – powiedział mój rozmówca. I córkę znam, oczywiście. Byli tu czas jakiś oboje, pod moimi skrzydłami, że się tak wyrażę. Ciano jako włoski konsul generalny. Przeglądałem znowu niedawno jego dossier w naszych archiwach policyjnych. Ciekawy ptaszek. Maczał ręce w różnych sprawach polityki i – finansów. Interesował się aferami i ludźmi, którzy nie podlegają wcale kompetencji konsula generalnego. Nasz tutejszy półświatek, proszę pana, jest tylko ekspozyturą innego ciekawszego środowiska z podziemi i z poza prawa… Każdy inny skręciłby sobie kark na tym, co uchodziło konsulowi generalnemu Ciano. Ale mając takiego jak on teścia, nie sposób skręcić karku…

Byłem wówczas sam zdania, że tak to wygląda.

—To jest człowiek niewątpliwie zdolny, natura błyskotliwa, ale i przebojowa, arogancka, żyjąca poczuciem powodzenia i świadomością, że się jej nic nie oprze. Robi karierę wyzywająco, bezczelnie, tak, że wszyscy dokoła to czują. Jego małżeństwo z Eddą to także tylko szczebel, nic więcej. I dlatego nie jest lubiany. Ale w jego sytuacji można już o to nie dbać.

Zatrzymał się na chwile mój informator, zamyślił się, sądziłem że zmieni temat, ale dodał jeszcze, jakby podsumowując:

– Wie pan, ja mimo wszystko twierdzę, że ten człowiek zajdzie daleko.

Kiedy dziś czytam o wyroku w Weronie i widzę oczami wyobraźni drogę Ciano na miejsce egzekucji, przypominają mi się słowa,usłyszane w Szanghaju przeszło 10 lat temu. Zaiste, daleko zaszedł.

I przypomina mi się on sam. Poznałem go i widywałem codziennie w czasie pobytu na froncie włoskiej ofensywy w Abisynji. Występował tam w podwójnej roli: ministra propagandy i dowódcy dywizjonu „La Disperata.” Dywizjon miał na kadłubach maszyn trupie czaszki i skrzyżowane piszczele. Oficerowie włoscy mówili o Ciano z przekąsem „Jego Ekscelencja Kapitan.” Miał on nawet w wyglądzie pewnę napuszoność, tendencję do wysuwania dolnej szczęki i zaciskania jej, wzorem teścia; robił wrażenie dobrze odpasionego koguta którego roznosi od środka chęć pokazania się. Był wrażliwy na aplauz prasy. Pragnął stale żyć w światłach wielkiej sceny, odkąd się na nią wdarł. Kokietował co ważniejszych dziennikarzy. Toteż w pierwszej fazie abisyńskiej kampapanii prasa włoska i zagraniczna pełna była artykułów i opisów, w których główną rolę grał kapitan Ciano. Drażniło to niezmiernie samych Włochów. Ale cóż można zrobić ministrowi w mundurze?

Wieczorami zbierał nudzących się na zabój w Asmarze korespondentów wojennych stawiał szampana marki „Asti Spumante” i po koleżeńsku dyrygował ich chórem, kiedy śpiewali popiwszy dobrze, włoskie, piękne, żołnierskie piosenki. Sam też śpiewałem pod jego batutą skocznego „Facietta nera, bel Abissina,” albo rzewne i melodyjne „Si rado in Abissinia.”

I słyszałem z własnych jego ust opowiadanie o wyprawie „Disparaty” na teren nieprzyjacielski, kiedy trafiwszy na skupienie białych namiotów w ciasnej dolinie między dwoma wzgórzami, o mało nie padł ofiarą chytrej pułapki wroga. Na grzbietach wzgórz mieli Abisyńczycy „Oerlikony”. Namioty były puste, ustawione tylko na przynętę. A kiedy dywizjon pod dowództwem Jego Ekscelencji zniżył lot i pikując na obóz wplątał się między ściany wąwozu – jak nie zaczną pruć do nich Abisyńczycy ze wszystkich przyczajonych na wzgórzach luf! Z grzbietów w dół celowali, jak do kuropatw, ciągnących głębokim rowem. Ale strzelali kiepsko, nieprzywykli do nowoczesnej broni. Wyciągnął Ciano swój dywizjon z tej bardzo czarnej przeprawy, wrócił z dziurami w ogonach samolotów, z jednym strzelcem rannym. I odrazu wyrósł na bohatera. Synowie Mussoliniego, służący obaj w tym samym dywizjonie, paradowali dumni i nieprzystępni na lotnisku „La Disperaty.”

Byłem w kwaterze generała kawalerii Pirzio de Birolli w czasie ofensywy na Makalle, kiedy w rozkazie dziennym przeczytano w obecności oficerów jego sztabu, że Ciano odznaczony został srebrnym medalem za waleczność. Oficerowie wszyscy jak jeden parsknęli śmiechem. To tylko próbka nastroju, jaki panował w wojsku, jeśli idzie o latającą Ekscelencję.

Poznał się na tym Badoglio, obejmując dowództwo północnego frontu i zaraz na pierwszej odprawie dla dziennikarzy powiedział:

– Od tej chwili nie chcę już widzieć żadnych nazwisk w waszych artykułach i komunikatach. Jesteśmy wszyscy równi wobec zadań, jakie nas czekają. Nie chcę, aby za waszym pośrednictwem ktokolwiek był stawiany ponad innych.

Było nam łatwo zrozumieć kogo miał na myśli stary marszałek. Ale nie wszyscy chcieli być domyślni. Dowcipny korespondent Reutera telegrafował tego wieczora do Londynu: „Korespondenci wojenni na abisyńskim froncie przyjęci zostali dzisiaj przez pewnego anonimowego marszałka…”

Mało brakowało, a byliby go Włosi wyprosili za obrazę głownodowodzącego.

Ale Ciano, nie znosząc widocznie tego nastawienia najważniejszych czynników w wojsku, wkrótce już postarał się o odwołanie do Rzymu. Ministrowi Propagandy trudno było żyć bez propagandy.

*

Stosunkowo niedawno temu, bo przed niespełna rokiem rozmawiałem z ambasadorem Francji Francois-Poncet o tymże Ciano, jako włoskim ministrze Spraw Zagranicznych. Na początku i w czasie tej wojny Francois-Poncet chwalił go za dobry wpływ i energiczne, uczciwe próby zahamowania wybuchu tego szaleństwa, nim się jeszcze nie rozpętało na dobre.

— To był człowiek, który rozumiał niebezpieczeństwo. I który wbrew pozorom, miał pewien wpływ na teścia. Jako ambasador w Rzymie w czasie poprzedzającym wojnę i w pierwszych jej miesiącach, aż po wystąpienie samych Włoch – mówił Francois-Poncet — potrafiłem ocenić łagodząca działalność Ciano, który lękał się zbyt mocnego związania z Niemcami, jakby w przeczuciu, czym to grozi Włochom. Ale rozwój i ciężar wypadków okazał się silniejszy od niego…

– Silniejsza okazała się także pokusa należenia do zwycięzców, kiedy waliła się Francja – pozwoliłem sobie uzpełnić słowa ambasadora.

A kiedy Włochy raz znalazły się na pasku Niemiec, jedną z łatwiejszych pozycji do zupełnego przeciągnięcia na swoją stronę mógł się Niecom zdawać minister spraw zagranicznych, faworyt i zięć dykatora. Spostrzegli w nim już dawno pewną próżność. I zdawało im się, że za cenę jej zaspakajania potrafią go sobie kupić. I uczynić raz na zawsze swoim narzędziem.

Pomyłkę i rozczarowanie Hitlera przypłacił dziś Ciano życiem. Ale drastyczny wyrok weroński – reżyserowany przez Niemców, którego ofiarą pada nawet siwy jak gołąb i zasłużony dla faszyzmu uczestnik marszu na Rzym marszałek de Bono, lat 77 – ma wymowę nietyle na zewnątrz. Wpływ jego i działanie ostrzegawcze obliczone jest bowiem przedewszystkiem na pożytek wewnętrzny Niemiec. Jest dalszym ciągiem procesu usztywniania pozycji reżimu i partii. Jest przestrogą dla odszczepieńców. Jest dowodem, że Hitler odcina swoim ludziom mosty odwrotu, że zamyka furtki, którymi chcieliby się jeszcze wymknąć słabsi duchem! Że jest gotów do wyciągnięcia wszystkich konsekwencji, także z klęski.

Romantyczna karjera hrabiego Ciano, który zdobył się na niezależne zdanie w ocenie sytuacji wojennej i próbował wyprowadzić z niego wniosek, płacąc tę próbę życiem, będzie kiedyś zapładniać wyobraźnie biografów tego okresu historii. Czasem nawet poetów. Przeniosło to wydarzenie Ciano z kuluarowej komedii i kulis sceny dziejowej, w której grał rolę faworyta losów i fircyka swoich potężnych panów na wielkę scenę dramatu. Ten epilog może go uratować wprowadzeniem do historii Włoch jako swego rodzaju typ bohatera. Ale na pewno wyznaczy mu miejsce jako jednej z tragicznych figur obecnej wojny, pełnej gorzkich paradoksów, pomyłek i niespodzianek.

ALEKSANDER JANTA.

Najpopularniejszy dziennik emigracyjny w Wielkiej Brytanii. Powstał w wyniku połączenia londyńskiego „Dziennika Polskiego” (1940 – 1943) oraz wydawanego w Szkocji „Dziennika Żołnierza” będącego dziennikiem I Korpusu Polskiego. Wydawany w Londynie od stycznia 1944 roku. Do 1945 roku organ rządu polskiego na uchodźstwie. Pismo ukazuje się do dnia dzisiejszego. 

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close