Polska „wina”

(m.sz.)
Łuna nad Warszawą paloną przez Niemców świeci w oczy wszystkim ludziom z sumieniem.

Są tacy, co próbują odwracać uwagę od tego podwójnie – bo od ognia i krwi – czerwonego wyrzutu, wskazując na brak „koordynacji ” powstania warszawskiego ze strategią i taktyką Sprzymierzeńców. Nie „uzgodniono” należycie bohaterstwa Warszawy z wszystkimi właściwymi instancjami i komendami… Prasa brytyjska oddaje pełne honory wojskom walczącym w Warszawie. Ale znaleźli się dziennikarze – zawsze ci sami – którzy wolą rozważać kto jest „odpowiedzialny” za to, że w Warszawie gromi się Niemców.

Gotowi jesteśmy przyznać, że nie jesteśmy narodem kalkulatorów. Gdybyśmy kalkulowali, bylibyśmy w roku 1939 poczekali, aż wojna wybuchnie w wygodniejszym dla nas miejscu. Trzymalibyśmy też dwa żelazka w ogniu – walcząc za granicą, a w kraju ratując, poprzez ugodowców, żywą substancję biernego narodu. Aleśmy nie czekali i ugodowcy nie wyrośli na polskim gruncie. Bierności też nie było ani przez chwilę.

Gdybyśmy kalkulowali, „uzgadnialibyśmy” swój udział w armiach sprzymierzonych z bezpośrednimi swoimi interesami. Ale stare i nowe zastępy Polaków biją się na obcych ziemiach obok swych przyjaciół za wspólną sprawę bez żadnych warunków, bez uzależniań, kiedy ci przyjaciele będą za tę samą sprawę walczyć obok Polaków na polskiej ziemi.

Myśleliśmy tylko, że gdziekolwiek bije się Niemców, tam wszędzie ma się prawo do pomocy ze wspólnej puli wojennej. Nie przypuszczaliśmy, że za to, iż nie zostawiamy tylko innym krwawienia się za naszą wolność i że nie czekamy, aż ta wolność spadnie nam z nieba kojunktury – otrzymamy uwagi o porywczości Polaków i medytacje, czy w porę uderzamy na Niemców w jednym z najczulszych ośrodków ich organizacji wojennej.

Tyle razy sławiono walki na tyłach nieprzyjaciela w Jugosławii, Grecji, Francji i w samej Polsce. Nie było wątpliwości, że każdy najmniejszy nawet sabotaż machiny wojennej wroga „koordynuje” się ostatecznie z ogólnym wysiłkiem na polach bitew. Dopiero dziś, gdy Warszawa walczy, po raz pierwszy spotykamy się z filozofowaniem na temat, czy to dobrze, że wypędzą się Niemców z milionowego miasta, w którym zbiegają się najważniejsze linie ich pozycji frontowych.

Nie przychodziło nam wreszcie na myśl, że – gdy podziemny garnizon warszawski przyłączy się do nagonki na cofającą się armję niemiecką – powstaną zarzuty, że ten wybuch należy przypisać niskim kalkulacjom polityków, a nie energii oporu narodu, sprężonej już do ostateczności i nie dającej się pohamować.

Być może, że Polacy są „nieobliczalni.” Prasa częstowała nas wielokrotnie fotografiami wzruszających scen w wyzwalanych krajach. Widywaliśmy na nich jak kobiety obrzucają kwiatami wkraczających zwycięzców. W Warszawie kobiety rzucały butelki z benzyną na tanki niemieckie. Brak koordynacji jest więc istotnie duży. Ale my za te niespodzianki gotowi jesteśmy przyjąć odpowiedzialność przed historią i przed sądem honoru narodów.

Słupami dymu nad Warszawą bije w niebo głos osamotnionego bohaterstwa. Skarga to straszna, choć – niestety – może jeszcze nie ostatni jęk polski.

Najpopularniejszy dziennik emigracyjny w Wielkiej Brytanii. Powstał w wyniku połączenia londyńskiego „Dziennika Polskiego” (1940 – 1943) oraz wydawanego w Szkocji „Dziennika Żołnierza” będącego dziennikiem I Korpusu Polskiego. Wydawany w Londynie od stycznia 1944 roku. Do 1945 roku organ rządu polskiego na uchodźstwie. Pismo ukazuje się do dnia dzisiejszego. 

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close