Przygody lotników amerykańskich zestrzelonych nad Polską (cz. 1)

(PAT.) „Saturday Evening Post ” z dnia 30 grudnia 1944 ogłasza obszerne opowiadanie lotników amerykańskich z załogi bombowca, którzy podczas lotu operacyjnego zostali 21 czerwca 1944 r. zestrzeleni nad Polska. Lotnicy amerykańscy dostali się pod opiekę Armii Krajowej wśród której przebywali do dnia 28 lipca 1944. W tym dniu lotnicy amerykańscy zostali przekazani przez Armie Krajową dowództwu rosyjskiemu, a z Rosji powrócili na Zachód.

Opowiadanie lotników amerykańskich zostało opracowane przez kpt. Charles Finstona i por. Stefana Kossaka, którzy uprzejmie zgodzili się na publikację ich pracy w wydawnictwach polskich, obsługiwanych przez PAT’a.

Załoga ciężkiego bombowca amerykańskiego, który wyleciał 21 czerwca 1944 z lotniska na Zachodzie celem bombardowania objektów niemieckich, a następnie lądowania na lotnisku sowieckim – składała się z 10 ludzi.

Nad Warszawą

Po zbombardowaniu celu niemieckiego – opowiadają lotnicy amerykańscy – wzięliśmy kierunek na lotnisko sowieckie. Lecieliśmy nad Warszawa na wysokości około 4,500 metrów. Tam dostaliśmy się w silny ogień artylerii plot, która jednak nie wyrządziła nam szkód. Koło Białej Podlaskiej nadleciał samolot niemiecki Me.109 i ostrzelał nas. Szkoda była nie do naprawienia ponieważ dwa silniki przestały działać, a poza tym w skrzydle wyrwana została duża dziura. Samolot przechylił się gwałtownie na lewe skrzydło i zaczął opadać. Dowódca samolotu wydał załodze rozkaz skakania na spadochronach.

Po skoku na spadochronie

Sierż. Hutchinson, mechanik opisuje swoje wrażenia w następujących słowach:

„Kiedy wylądowałem i zrzuciłem spadochron oraz kamizelkę ratunkową podszedłem do ludzi pracujących w polu. Ludzi tych widziałem już podczas skoku. Bądąc o jakieś 25 kroków zawołałem: ” American” na co tamci odkrzyknęli mi: „Comrade, comrade”. Wyjąłem podręczny słowniczek angielsko – polsko – niemiecko – rosyjski i pokazałem w nim zdanie: „Czy możecie mnie ukryć.”

Skierowali mnie do domu, a dwaj ludzie zanieśli za mną mój sprzęt. Powiedzieli mi, że są Polakami. Kiedy przy pomocy słownika pytałem ich, gdzie są wojska rosyjskie – pokazali na południowy wschód, zaznaczając przytem ruchami, że bardzo daleko. Wojska rosyjskie były o 80 mil, jak się potem dowiedziałem od tłomacza. Natomiast, gdy zapytałem o wojsko polskie odpowiedziano mi, że oddziały polskie są blisko i zaraz tu będą. Jak z rozmowy na migi wywnioskowałem, że wojsko niemieckie było wszędzie dokoła.

Polacy odrazu zabrali się do nakarmienia mnie. Nie bardzo miałem apetyt po wstrząsie, jaki wywołało zestrzelenie nas i skok ze spadochronu. Niemal przemocą zmusili mnie bym zjadł jajecznicę, ser i czarny chleb, którego dotąd nie znałem, oraz abym się napił miodu.

Spotkanie z oddziałem A.K.

Wkrótce przybył podporucznik Hernandez, pilot samolotu, którego nakarmiono również. Zapytaliśmy się znowu czy możemy się ukryć. Dwóch ludzi zabrało koce i z nimi poszliśmy w pole. Tam nadjechał na rowerze Polak, jak się okazało kwatermistrz oddziału 34 pułku piechoty stojącego w lasach w pobliżu. Mówił dobrze po angielsku, był przed wojną kierownikiem kina w Warszawie i nosił pseudonim „Liniowiec”, które nam przetłomaczył na „dreadnought.” Doradzał nam on, aby czemprędzej uciekać z tej okolicy ponieważ Gestapo nas poszukuje. Tymczasem lekarz oddziału partyzantów opatrzył ppor. Hernandeza i około godz. 20 ruszyliśmy w dalsza drogę wozami. Lekarz był studentem 5-ego roku wydziału lekarskiego uniwersytetu warszawskiego. Radził on sobie doskonale mimo. że miał on stosunkowo niewiele lekarstw. W jego apteczce przeważały lekarstwa niemieckie, głównie preparaty Bayera.

Zanim ruszyliśmy wozami w dalszą drogę kilku ludzi pojechało naprzód na rowerach, aby sprawdzić, czy nie ma Niemców. Uderzyła nas ogromna ilość rowerów, będących w posiadaniu Armii Krajowej. Drogę bardzo starannie rozpoznawano naprzód według mapy a potem przez patrole rozpoznawcze rowerzystów. Jechaliśmy szybko. Po drodze dwa razy zmienialiśmy konie. Po domach, gdzie zatrzymywaliśmy się na wypoczynek otrzymywaliśmy napoje owocowe i mleko.

Wspaniała organizacja Armii Krajowej

Do wsi przybyliśmy około godz. 23.00. Znajdował się tam oddział polski liczący około 200 ludzi, w tym oddział rozpoznawczy kawalerii i kilka wozów. Oddział obozował w lesie, strzeżony przez straże i czujki. Dowódca miał szczegółowe wiadomości o położeniu Niemców i o własnych oddziałach. Łączność była zadziwiająca. Nastrój był bardzo dobry. Wśród żołnierzy Armii Krajowej uderzała duża dyscyplina, z takimi formami zewnętrznymi jak salutowanie, meldowanie się i t.p. W oddziele prowadzone było stale wyszkolenie oparte o przedwojenne polskie regulaminy i instrukcje, którch kilka egzemplarzy było w dowództwie oddziału. Umundurowanie żołnierzy Armii Krajowej nie było jednolite. Były dawne polskie mundury, brytyjskie battle dressy i mundury niemieckie z polskimi odznakami. Niektórzy mieli mundury funkcjonariuszy pocztowych. Dbałość o mundur i porządek zewnętrzny była duża. Wiek żołnierzy Armii Krajowej był różny. Najmłodszy z żołnierzy tego oddziału, 34 pułku piechoty miał lat 14. Chłopak stracił oboje rodziców, którzy zamordowani zostali przez Gestapo. Nazwano po „mały” – pomagał on przy koniach i przy kuchni. Najstarszy z partyzantów (nazwę „partyzanci” używali żołnierze tego pułku, mówiąc o sobie, zarówno po polsku jak i po angielsku przez tłomacza) miał lat 58. Był on oficerem i nazywano go „kapitanem.” Był on powszechnie lubiany. Zastępca dowódcy por. ” Wuj” miał lat 45 i znał się bardzo dobrze na wojsku.

Po wyjeździe z tej miejscowości lotnicy amerykańscy ruszyli w dalszą drogę. Do 3 czerwca udawało im się uniknąć spotkania z Niemcami, którzy wszędzie poszukiwali lotników.

Potyczka z Niemcami

Pod wieczór 30 czerwca zatrzymaliśmy się w jakimś domu. Kiedy spożywaliśmy posiłek nadeszła wiadomość, że zbliżają się Niemcy. Uciekliśmy wtedy do sadu. Niemcy (ścigające nas oddziały składały z żołnierzy Gestapo i oddziałów rosyjskich na służbie niemieckiej) dostrzegli nas. Musieliśmy wycofywać sie przez zboże pod ogniem nieprzyjaciela. Niemców było około 500 -oddział polski liczył około 200 ludzi. Niemcy uzbrojeni byli w broń maszynową, a nawet mieli lekki czołg. Większa część oddziału polskiego w lesie była otoczona i położenie wydawało się bardzo ciężkie. Po dłuższej walce Polacy zdołali się wymknąć z otaczającego ich pierścienia i małymi grupami przesunęli się gdzieindziej. Niemcy spalili wioskę, w której zatrzymali się lotnicy amerykańscy. Lotnikom udało się również uciec i dotarli oni do miejscowości, gdzie ukryli się w stodole, dokąd im przynoszono pożywienie. Niemcy krążyli w okolicy, szukając w dalszym ciągu lotników amerykańskich, jednak bezskutecznie.

Straty niemieckie w powyższej bitwie wyniosły 48 zabitych. Straty polskie jeden zabity i dwóch rannych.

D.c.n.

Najpopularniejszy dziennik emigracyjny w Wielkiej Brytanii. Powstał w wyniku połączenia londyńskiego „Dziennika Polskiego” (1940 – 1943) oraz wydawanego w Szkocji „Dziennika Żołnierza” będącego dziennikiem I Korpusu Polskiego. Wydawany w Londynie od stycznia 1944 roku. Do 1945 roku organ rządu polskiego na uchodźstwie. Pismo ukazuje się do dnia dzisiejszego. 

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close