Przygody lotników amerykańskich zestrzelonych nad Polską (cz. 2)

Defilada oddziałów A.K. na cześć Amerykanów

Lotnicy amerykańscy stwierdzają, że żołnierze Armii Krajowej bardzo dbali o nich i starali się nie tylko ich ochronić. ale także uprzyjemnić pobyt w oddziale. Któregoś dnia jeden z lotników amerykańskich poprosił o czapkę niemiecką. Na drugi dzień żołnierze Armii Krajowej dostarczyli Amerykanom trzech jeńców niemieckich i lotnik mógł sobie wybrać jedną z trzech czapek.

W dniu 4 lipca 1944 oddział 34 pp. Armii Krajowej, który opiekował się lotnikami amerykańskimi urządził na ich cześć defiladę oddziału z okazji święta narodowego Ameryki. Dowódca oddziału wygłosił krótkie przemówienie okolicznościowe, które zostało przetłomaczone na język angielski.

Sierż. Hutchinson. mechanik samolotu przytacza powiedzenie dowódcy 34 pp. Armii Krajowej, iż „Niemcy dostaną lotników amerykańskich w ręce dopiero wtedy, gdy zginie ostatni Polak.”

„To nie było mówione na wiatr” – oświadcza sierż. Hutchinson -„Gdybyśmy przez całe życie pracowali dla Polaków, to i tak nie odpłacimy im za to, co dla nas zrobili.”

Oddziały rosyjskie na służbie niemieckiej

Oddziały wojskowe formowane z jeńcow rosyjskich pochodzących ze wschodniej Rosji (” Mongołowie – jak ich określali Amerykanie, lub ” Kałmucy” – jak mówi o nich ludność polska) były plagą dla ludności. Nie pozwalali ludziom zbierać grzybów i jagód, rabowali bezbronna ludność polską, upijali się często i wtedy mordowali się wzajemnie. Polskie oddziały napadały na tych niemieckich „Mongołów” i zadawały im straty.

Pewnej nocy oddział Armii Krajowej zabrał znaczne zapasy żywności z farmy niemieckiej, pozostającej pod opieką i kierownictwem niemieckim. Zabrano m.inn. świnie, cielęta, worki z maką i t.p.

Około 10 lipca przyszła do obozu wiadomość, że niemieckie dzienniki doniosły o śmierci lotników amerykańskich. Dowódca oddziału Gestapo, który stał na czele ekspedycji, mającej na celu znalezienie lotników, został odznaczony krzyżem Żelaznym za tę „uwieńczoną powodzeniem” wyprawę.

Szczegóły organizacji Armii Krajowej

Sierż. Hutchinson opisuje, że przeciętny dzień pracy w oddziele 34 pp. Armii Krajowej wyglądał następująco:

O godz. 05.00 pobudka, poczem wspólna modlitwa całego oddziału połączona z odśpiewaniem pieśni. Po modlitwie odbywały się ćwiczenia sportowe (gimnastyka, bieg w lesie i t.p.). Po śniadaniu odbywało się czyszczenie rejonu zakwaterowania poczem do obiadu i po obiedzie po oddziałach przerabiano ćwiczenia wojskowe. Po zajęciach odbywało się czyszczenie broni. Oddział podzielony był na mniejsze grupy, które prowadziły samodzielną gospodarkę żywnościowa i wyznaczały codziennie dyżurnego. Dyżurny zajmował się nie tylko dostawą żywności, ale również i jej przyrządzeniem.

Z początkiem lipca dołączył się do oddziału A. K. kapelan, który odprawiał nabożeństwa. „Był on dla nas wszystkich bardzo dobry – opowiadają amerykańscy lotnicy – Otaczał nas opieką, cieszył się wśród żołnierzy wielkim mirem i zaufaniem i potrafił dostarczać żołnierzom najbardziej niespodziewanych rzeczy. Któregoś dnia np. kapelan przywiózł żołnierzom pudełko słodyczy.” Kapelan rozdał lotnikom amerykańskim krzyżyki i szkaplerze.

Żołnierze 34 pp. Armii Krajowej dostawali od czasu do czasu urlopy wypoczynkowe, a czasem zdrowotne. Jeden z żołnierzy dostał dwutygodniowy urlop na swój ślub. Żołnierz odjeżdżający na urlop zostawiał broń w oddziale; oddawano ją tym, którzy broni nie mieli. W Armii Krajowej nie było nadmiaru uzbrojenia.

Służba łączności w Armii Krajowej działała bardzo dobrze. Powstańcy mają jakiś dziwny, a niezawodny sposób podawania sobie wiadomości – opowiadają Amerykanie. Łączność między działającymi niezależnie oddziałami jest bardzo dobra. Mają także z góry wyznaczone miejsca zbiórek, tak, że na wypadek rozproszenia zawsze potrafią się odnaleźć.

Służba radiowa w oddziale działała bardzo dobrze. Sprzęt radiowy w doskonałym stanie. Najczęściej słuchaliśmy z Londynu audycji po polsku. Bywało to albo o godz. 11.15 albo o 17.45, rzadziej o godz. 20.45. Tłomacz tłomaczył nam wiadomości. Kilka razy zdołaliśmy odebrać również wiadomości z Londynu w języku angielskim.

Oddział miał kilka kuchen polowych typu wojskowego, używanych w Polsce przed wojną. We wsiach w czasie przemarszów przyjmowano żołnierzy Armii Krajowej bardzo serdecznie i gościnnie. Żywności było dosyć, z wyjątkiem kilku dni podczas walk z Niemcami, kiedy o dowóz było trudno.

Lekarz dbał bardzo o stan zdrowotny oddziału. Żołnierze dostawali zastrzyki przeciw tyfusowi, przeciw czerwonce i t.p. Zastrzyki były wyrobu niemieckiego (preparaty Bayera). Amerykanie ze zdziwieniem i z wielkim uznaniem stwierdzają, że ciężej chorych żołnierzy Armii Krajowej posyłano do szpitali, skąd po wyleczeniu wracali do oddziału. „Jakim sposobem się to działo, nie wiemy” – mówią Amerykanie.

Poczta działała bardzo dobrze. Poszczególni żołnierze dostawali listy, oczywiście, niezbyt często, ale je dostawali.

Amerykanie wyrażają się z uznaniem o wyszkoleniu strzeleckim oddziału. W oddziale był rusznikarz, doskonały fachowiec. Żołnierze A.K. bardzo dbali o swą broń, utrzymywali ją we wzorowej czystości. „Polacy nie marnują amunicji -mówili Amerykanie – strzały, oddawane spokojnie, były niemal zawsze celne. Stąd też wynika, że w czasie bitew Niemcy ponosili duże straty, a Polacy stosunkowo nieznaczne.”

W oddziele była tylko jedna kobieta. Była to pielęgniarka Marta. Męża jej zabili Rosjanie w czasie okupacji Polski w roku 1939.

Pomysłowość żołnierzy

Pomysłowość żołnierzy Armii Krajowej jest zadziwiająca – opowiadali lotnicy amerykańscy. Ani jeden strzępek jedwabiu ze spadochronu nie zmarnował się. Z jedwabiu zrobiono bieliznę. Było to bardzo praktyczne, ponieważ robactwo, o które tak łatwo w warunkach życia polowego, nie trzyma się bielizny jedwabnej. Pasy z osprzętu spadochronowego przerobiono na uprząż dla koni pociągowych.

Ordynans lotników amerykańskich

Dowódca oddziału Armii Krajowej, który opiekował się nami. przydzielił nam ordynansa 14-to letniego chłopca. Nazywano go w oddziale żartobliwie „Szefem” lotników amerykańskich. „Szef” dbał o nas, dostarczał nam jedzenia i papierosów. Dostawaliśmy zwykle po 30 i 40 papierosów dziennie. Papierosy były niemieckie. Bywały jednak dnie, kiedy nie było co palić. W dniu bitwy straciliśmy naszego „Szefa” z oczu. Na drugi dzień nasz 14-to letni „Szef” dołączył do oddziału, przynosząc ze sobą duże pudło kartonowe, pełne amunicji. Pozatem obwieszony był taśmami amunicyjnymi do karabinu maszynowego. Opowiedział nam, że zabrał to wszystko z samochodu niemieckiego na szosie.

Amerykanom nic w tym czasie nie brakowało, prócz maszynek do golenia. choć nożyki mieli. Potem dostali również maszynki do golenia.

Propozycja zdobycia lotniska

Zaraz w pierwszych dniach po lądowaniu zaproponowano lotnikom amerykańskim ucieczkę samolotem. Dowódca oddziału Armii Krajowej planował zdobycie jakiegoś lotniska niemieckiego na kilka godzin, co umożliwiłoby lotnikom ucieczkę samolotem niemieckim. Amerykanie jednak nie zgodzili się na ten plan: uważali bowiem, że Armia Krajowa ponieść może w czasie takiej akcji duże straty a pozatym liczyli się z tym, że trudno jest podejmować lot nieznając dostatecznie sprzętu niemieckiego.

(d.c.n.)

Najpopularniejszy dziennik emigracyjny w Wielkiej Brytanii. Powstał w wyniku połączenia londyńskiego „Dziennika Polskiego” (1940 – 1943) oraz wydawanego w Szkocji „Dziennika Żołnierza” będącego dziennikiem I Korpusu Polskiego. Wydawany w Londynie od stycznia 1944 roku. Do 1945 roku organ rządu polskiego na uchodźstwie. Pismo ukazuje się do dnia dzisiejszego. 

1 komentarz

  • Iwona 10 kwietnia 2019 at 16:10

    I gdzie dalszy ciąg, pardon
    ?
    Dziekuję:-)

    Odpowiedz
  • Napisz komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

    Close