Samotność Wielkiego Marszałka

W jednym z ostatnich numerów „Niepodległości” ukazało się bardzo ciekawe wspomnienie b. premiera sen. Artura Śliwińskiego o pewnej rozmowie jaką prowadził z Marszałkiem Piłsudskim. Rozmowa ta miała miejsce w dniu 23 listopada 1931 roku. Marszałek mówił w czasie niej o sobie, mówił w prosty, szczery sposób o tragedii wielkiego, samotnego człowieka. Ciekawą tę rozmowę przytaczamy dziś w skróceniu.

W pewnej chwili – pisze Artur Śliwiński – rozmowa zeszła na temat Napoleona.

– Napoleon – uczyniłem uwagę, – powiedział, że nosi w sobie dwóch ludzi: człowieka mózgu i człowieka serca.

Marszałek zamyślił się i milczał dłuższą chwilę, po czym odezwał się:

– No, powiem teraz, jakie są moje kreacje, towarzysze mojej samotności..

Zapalił papierosa i zaczął opowiadać:

– Tu – rzekł, ukazując miejsce między brwiami, – jest dziecko, które ma swoje dziecięce radości i dziecięcą figlarnosć. Dziecko, które nie ma trosk, które się bawi i na wiele sobie pozwala. Z tej strony (Marszałek wskazał miejsce za swoim lewym ramieniem) stoi inna postać. Nazywam ją paniczem z Zułowa. Jest to postać niezwykła. Pełna najdalej posuniętej względności w stosunku do ludzi, skłonna do przebaczenia, subtelna i delikatna, nie pamięta o sobie i niczego dla siebie nie pragnie. Znacie dobrze tę postać.

I Marszałek dodał tonem wyjaśnienia:

– Takim byłem do maja 1926-go roku.

– A dzisiaj?

– Panicz z Zułowa – rzekł surowo Marszałek – skończył swą rolę. W maju 1926-go roku zamknąłem go na klucz. Czasem wypuszczam go na krótką chwilę. Gdy staje przede mną, pogłaszczę go po głowie i znowu zamykam na klucz.

– Może jeszcze panicz z Zułowa odzyska całkowitą wolność.

Marszałek zmarszczył czoło.

– Nie nigdy! Już do samej śmierci będzie siedział pod kluczem. To się skończyło.

I po krótkiej pauzie dalej zaczął opowiadać:

– Obok panicza z Zułowa stoi mędrzec, którego nazywam Sakia-Muni. Jest to osobistość najzupełniej objektywna, nie znającą dobrego, ani złego, świadoma, że to, co jest złem, na jednej płaszczyźnie, staje się dobrem na płaszczyźnie innej. Jest to postać rozmyślająca o wszystkim bez namiętności, zimna, przenikliwa, nie dająca niczym zbić się z tropu. A z tej strony (Marszałek wskazał miejsce za swoim prawem ramieniem), stoi wódz naczelny, geniusz walki, wódz, który nie cofa się nigdy i gdy coś postanowi, idzie naprzód, wszystko na swej drodze druzgocze, zawsze ma na myśli zwycięstwo i zawsze zwycięża. Oto są towarzysze mojej samotności.

Panicz z Zułowa żyje jako wspommienie i nic już nie ma do powiedzenia. Natomiast Sakia-Muni nieraz prowadzi spór z naczelnym wodzem, geniuszem walki… Z dzieckiem najłatwiej obcować. Przypomina mi ono, że nie mam żadnych tendencji, że bardzo niewiele dla siebie potrzebuję, a bardzo dużo mogę zrobić i umiem zrobić. Dziecko prowadzi mnie drogą wspomnień i bawi się figlarnie. Mogę dużo zrobić, ale niektóre rzeczy są dla mnie absolutnie niedostępne… Nie mógłbym nic ukraść nie potrafiłbym nigdy nikogo przekupić. Obca mi jest wszelka protekcja, nie cierpię plotek i oszczerstw. Nie byłbym zdolny nikogo dla osobistych celów oszukać, nie umiałbym nikogo zdradzić.

Upomniałem się raz jeszcze o panicza z Zułowa.

Marszałek odparł:

– Już powiedziałem, że czasy jego na zawsze się skończyły. Dziwię się tylko, jak mogły trwać tak długo. Toż jeszcze gdy byłem Naczelnikiem Państwa, tkwił on we mnie i nieraz mi przeszkadzał. Ileż to względów przez niego okazywałem ludziom. Każdy mógł przyjść do Belwederu i wykłócić się z Komendantem. To się już nie powtórzy. Dziś jest inaczej. Dziś ma dostęp do mnie ten tylko, kogo sam chcę widzieć, a mówić może tylko o tym na co ja pozwalam. Sam dziwię się dzisiaj, jak mogłem w tamtych czasach żyć w takich warunkach, w jakich żyłem, nieustannie przezwyciężać siebie, a jednocześnie pracować i zrobić tyle, ile zrobiłem. Nie było to łatwe!

Marszałek wstrząsnął się i rzekł:

– Przecież miałem do czynienia z Polakami!

Coś groźnego poruszyło się w Komendancie, gdyż nagle uniósł się gniewem i wyrąbał kilka okropnych zdań o Polakach, zaznaczając jednak zaraz, że dobrze wie, co jest w Polakach dobrego.

– Polacy – mówił – mają w sobie instynkt wolności. Ten instynkt ma wartość, ja tę wartość cenię. W Polsce nie można rządzjć terorem. To nie pójdzie. Ja mogłem sobie na wiele
pozwolić i skorzystałem z tego, bo Polaków chciałem czegoś nauczyć. Tego nie potrafiłby nikt inny. Ale instynktu wolności nie można zabijać i zabić go się nie da. I to jest wartość, która ma dużą cenę.

Są i inne wartości. Polacy nie będą godzili na życie i nie będą przeciw swoim urządzali krwawych zamachów, choć może to uczynić jednostka. Warcholstwo polskie nie zna granic, ale zatrzyma się przed morderstwem. Instynkt morderstwa obcy jest naturze polskiej. Również obcy jest Polakowi instynkt zniszczenia. Polak raczej kradnie niż niszczy…

– Mają Polacy i dodatnie właściwości, a wśród nich szczególnie cenną i miłą właściwością jest: artyzm, cechujący ludzi, którzy z prawdziwym zamiłowaniem traktują swój zawód.

Marszałek pogrążył się w zamyśleniu. Po pewnej chwili odezwał się niespodzianie.

– Myślałem już nieraz, że umierając przeklnę Polskę. Dziś wiem, że tego nie zrobię. Lecz gdy po śmierci stanę przed Bogiem, będę Go prosił, aby nie przysyłał Polsce wielkich ludzi.

– Wielcy ludzie potrzebni są każdemu narodowi.

– Potrzebni – żachnął się Marszałek, – ale co naród polski daje wielkim ludziom i jak się do nich ustosunkowuje!…

Gdym żegnał się z Marszałkiem, twarz jego była zasępiona i gniewna, a w oczach płonęły groźne błyski. Odniosłem wrażenie, że jest mocno poruszony, że na wspomnienie tego, co dla Polski uczynił i co w Polsce przeżył, w duszy jego odezwały się najtajniejsze struny. Przyszło mi na myśl, że te struny nieraz muszą dźwięczeć w długich godzinach samotnych rozmyślań, ale że ich strasznej wymowy nikt prócz Piłsudskiego, nie słyszał i nie usłyszy nigdy.

Gazeta codzienna wydawana w Poznaniu w latach 1935 – 1939. Pismo o charakterze narodowo-katolickim.

Close