Wigilje polskich romantyków

Boże Narodzenie w życiu Słowackiego

Misterjum Narodzin Chrystusa, tajemniczy nastrój wigilijnego wieczoru, rzuconego na białe tło zimy, cała wiązanka obyczajów pradawnych, związanych z grudniowemi Godami – wszystko to wywiera od wieków głębokie wrażenie na czujących sercach ludzkich.

Jest to święto dziwnie białe. Przychodzi do nas w bieli śniegu i skrzydeł – anielskich, w bieli łamanego opłatka, nakrytego biało stołu wigilijnego i białych, rzęsistych świateł szopki i drzewka. Tą swoją białością i promiennością wraża się przedewszystkiem wigilja w pamięć ludzką, jako najrzewniejsze może wspomnienie dzieciństwa, na które potem, po latach, padają zwykle najczystsze łzy żalu za niepowrotnością rzeczy minionych. Znają je przecież najzagorzalsi sceptycy. O ile silniej reagują na ten cały kompleks białych, dziecięcych wspomnień natury uczuciowe, obdarzone niepospolitą wyobraźnią i pewną nerwową, nienormalną lotnością i sugestywnością sentymentu.

Dlatego to może Wigilja i Boże Narodzenie zajmują wprost wyjątkowe miejsce w kalendarzu naszych poetów, szczególnie romantyków. Dla Mickiewicza, mimo całej jego mocy i zwartości duchowej, niełatwej do roztkliwiania, dzień Wigilijny, zarazem święto jego imienin, był dniem o ogromnej sile działania. Przecież na tło wigilji i śpiewów kolendowych rzucił największą scenę, jaką stworzył, scenę przemiany Konrada.

U żadnego jednak z poetów romantycznych ten dziwny duchowy związek z misterjum i obyczajowością wigilji i Bożego Narodzenia nie objawia się tak często i głęboko, jak u Słowackiego. Niemal każdego roku, w czasie jego wygnańczych, samotnych lat, wraca, jak blask jarzący, wspomnienie o tem święcie rodzinnem, przynoszone na fali wyobraźni, wiecznie wędrującej z oddali ku matce, ku drogim ludziom i ojczystym stronom.

Geneza tego przywiązania do Świąt leżała niewątpliwie w obyczaju krzemienieckim, zapamiętanym z dzieciństwa.

„Zimę mamy tęgą – pisał poeta w grudniu 1834 r. z Genewy do matki. – Przed trzema dniami upadł śnieg, cieszyłem się, jak dziecko widokiem białych jodeł przed mojemi oknami… Różne wspomnienia cisnęły mi się do głowy, a nadewszystko wspomnienie ostatnich świąt Bożego Narodzenia… Teraz, przy zbliżającem się nowem Bożem Narodzeniu, chciałbym, żeby mi kto mógł zaśpiewać kolendę, taką, jaką słyszałem ostatniego roku, będąc w Krzemieńcu”…

A w parę tygodni potem marzył dalej: „O gdybym raz jeszcze usłyszał dziadunia mego, śpiewającego prostą kolendę w dzień Bożego Narodzenia, razem ze służącymi domu, zdaje mi się, żebym do dziecinnej wiary przeszłości mojej powrócił, bo czuję koło siebie jakąś dziwną czczość i samotność”.

Gdy siedział sam jeden w cichym pokoju w Paquis, u stóp ośnieżonych szczytów Alp, albo w małej izdebce paryskiej, a w przeciwległych oknach zapalono światła wigilijne, wtedy przychodziły do poety jasności i gwary krzemienieckie i kolenda dziadunia Januszowskiego i zapachy marcepanowych placków babuni i śmiechy z izby czeladniej staropolskiego dworku zarządcy dóbr licealnych w Krzemieńcu; w blasku świec samotnego wieczoru migotała słodka twarz matki, poczciwe oblicze dziadków, zacny uśmiech Fila Januszowskiego i wielkie oczy Hersylki Becu. I jak żywe stanęły przed nim te obrazy w scenach Bożego Narodzenia w „Złotej Czaszce”, gdy kreślił osobliwie rzewne obrazy przygotowań świątecznych w domu pana strażnika krzemienieckiego.

Miewał Słowacki wigilje rozmaite w czasie swej tułaczki. Raz zupełnie samotne, jak w Genewie, to znowu wśród ludzi obcych i odmiennych obyczajów, to nawet huczne – ale zawsze myśl jego wędrowała w ten wieczór pod dymami domów krzemienieckich, a w listach do matki płynęły najpiękniejsze wigilijne przeżycia, jakie ktokolwiek kiedy skreślił polskiem piórem.

Ale bywały i wigilje inne! Noc wigilijną 1836 roku spędza poeta daleko na Wschodzie, w pustyni El-Arish, na kwarantannie i wraz z dalekim szumem Śródziemnego Morza idą tęsknoty jego ku Polsce, a towarzysz wędrówki gra mu tej nocy na czekaniku wiejską, polską kolendę. Później w nocy, zrywa się ta najokropniejsza ze wszystkich burz, jakie poeta oglądał w życiu, a ulewa potworna i pioruny grożą wędrowcom polskim prawie że śmiercią…

Jakżeż zato przejmująca jest noc, spędzona potem przez poetę u Grobu Chrystusa i odwiedzenie Betleem, gdy słucha z dziecięcem nabożeństwem mszy św. odprawianej przy żłobku Chrystusowym, a serce jego „napełniło się jakąś prostotą i światłością”.

Tęsknota do wigilji polskiej nie opuszcza Słowackiego nigdy. Z jakiem nieprzepartem poczuciem szczęścia odnajduje w roku 1837 polską wigilję we Florencji w domu Hermana Potockiego, jak tam do tego pańskiego stołu przychodzą odrazu wszystkie zjawy krzemienieckie: twarze drogie, piekarnia babuni, wertep (szopka) wołyński, wróżenie ze źdźbła siana.

Radosna tylko potem była jeszcze jedna wigilja: słynna wigilja dwóch poetów z roku 1840 w Paryżu, gdy wzruszone ręce Słowackiego wyciągają się same do Mickiewicza, a obaj wielcy rywale, z płaczem padają sobie w objęcia. Pokój zstąpił z wysokości w ich dumne serca.

Niebawem zaszła w poecie wielka zmiana. Zrzucił z siebie szaty człowiecze i zapalony ogniami bożemi, gorejącemi nad jego głową, szedł naprzód odhartowany z wszelkiej rzewności i słabości ludzkiej.

W dni świąt Bożego Narodzenia wracał jednak i wtedy myślą do swoich: „W wieczór dnia wigilijnego – pisał do matki w 1848 roku – byłem samotny i myślałem o was w lepiance naszej, chciałem nawet pisać do was”. Ale nie napisał. Słał im tylko błogosławieństwa, jak prorok, wpatrzony w zwid swój jaśniejący.

W następną wigilję poczta krzemieniecka nie mogła czekającym przynieść już żadnego listu…

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close