• Głos Polski
  • / 21.05.1916 (08.05.1916)
  • / Piotrogród
  • / Rok 3, Nr 19

W. BARANOWSKI

Ku pocieszeniu serc

Były to smutne czasy… czasy ponure i szare. Coś urwało się jakgdyby w duszy polskiej, coś w niej zagasło. Urwał się ów pęd bohaterski, który miała ona w chwilach najcięższych walk, pęd – szwoleżerów, przekazywany przez ojców – synom, przez synów – wnukom. Zagasł ów promień, który nazywa się nadzieją. Przyszły dni straszne, gdy na bohaterstwo i nadzieję zabrakło miejsca. Naród-bojownik stał się narodem-więźniem. Przedtem krwawił się w boju, teraz zgnębiony i spętany – za mocną kratą w rozpamiętywaniach posępnych skłonny był bić się w pierś tylko i czynić rachunek sumienia. Pojawili się nawet mędrcy, w tem jednem widzący uzdrowienie, jakgdyby w sercach chorych przyjść ono mogło z żalów pokutnych i udręki. Nawoływali wprawdzie także do pracy, do pracy nieustającej, mrówczej, ale praca ta zamieniała się w pracę Danaid, bo co człowiek posiał w mozole, to rozpraszał złowrogi wiatr. Przytem praca w niewoli ciężkiemi robotami się staje. W owocność jej odbiega wiara i w doczekanie się jej skutków. A jednak nie ustawano w pracy. W dusze wstąpił zacięty upór. I trwały one tym uporem… Przyszło rozumowanie i zapłodniło go myślą. Ale to wszystko nie wystarczało, by żyć. By żyć, trzeba mieć choć trochę radości, bez tego wysiłki wszelkie nadaremne. Zmoże zmęczenie… Lecz skąd tu było wziąć radość, gdy łzy po ostatnich jeszcze pogrzebach nie oschły. Gdy poczucie zawodu i krzywdy było silniejsze nadewszystko. Gdy każdy dzień zdawał się być od poprzedniego gorszym, a każde jutro groziło nową klęską. Gdy od przyszłości nie śmiano prawie spodziewać się niczego, a zaś w przeszłości widziano tylko wielki dziejowy grzech. Położenie to było rozpaczne. Lęgła się już po cichu małoduszność i liche mędrkowanie zastępowało zwolna święte narodu sny.

W takich czasach przyszła na świat „Trylogja” Sienkiewicza. Dziś młodzi nie byli przy jej narodzinach, ale patrzyli na jej skutki, my starsi pamiętamy, jak to pewnego dnia rozbito okno w naszej celi i do półmroku i zaduchu wdarł się nagle świeżego powietrza prąd i fala światła. Skądże się wzięły? Z dawnych wieków, z wieków, które uczono nas potępiać, z wieków, które kazano nam przeklinać, to jedno odbierając nam, cośmy mieć mogli jeszcze – wspomnienia! I przyszedł On i uratował nas dla wspomnień, ukazał nam je bowiem w takim blasku, że olśniły największych nawet niedowiarków. Chcieliśmy się urokowi nie poddać, powstrzymywano nas, przestrzegano … Nic z tego… Od światła, skądkolwiek przybywało, odwrócić się, samobójstwem by było – to pojęliśmy instynktem wszyscy. I poczęliśmy piersią całą jasność dziwną wchłaniać i pić… Jasność – powiedziałem. I nie umiałbym inaczej nazwać tego, co wniósł do życia narodowego Sienkiewicz. Jest to największy w Polsce mistrz pogody – pogody ducha i pogody myśli, otuchy i ufności w siebie. Takim dał nam go Bóg „ku pocieszeniu serc” tak właśnie i on sam określił swą rolę. Pocieszycielem narodu swego stał się, stał się nim wtedy, gdy znikąd nie mieliśmy pociechy.

Wartość pociechy tej po dziś dzień nie jest dość oceniona. A wartość to niezmierna. Kto wie, zali pociecha ta nie uchroniła nas od duchowego, nawet politycznego kalectwa. Byliśmy zaś kalectwa tego blizcy. Jednostronne doktryny ujmowały myśl narodową jak w kleszcze. Poczynała się ona zwolna zamykać w skorupie zadań praktycznych i rozumowań „pozytywnych”. Rozumowania te, jak i zadania, grzeszyły brakiem perspektywy. „Przezorny, trzeźwy, rozsądek” dreptał na miejscu, ubogi czyn, choć pożyteczny i mozolny, rozsiadał się na tronie życie – jak gdyby ów wysiłek wątły i blady mógł być wszystkiem. Polot i rozmach znikł. Przed nami zabrakło dlań przestrzeni stanowczo. Więc rozpoczynała się atrofja skrzydeł. Henryk Sienkiewicz rozwarł nam przestrzeń dla biegu myśli wstecz i w przeszłości wskazał ogniska, przy których ogrzać mogliśmy znów serca i myśli nasze. To było tak, jakby wpółomdlałemu świeżą krew w żyły tchnąć. Tej krwi utoczył dla współczesnych genjalny twórca z tych, co już dawno odeszli, ale którzy jej mieli wiele. Krwi, męstwa i animuszu… I stało się, iż poczuliśmy się im blizcy. Most niby wyrósł pomiędzy nami i nimi, most między teraźniejszością ówczesną i przeszłością. Po tym to moście mogliśmy odtąd od codziennych zniechęceń i trosk
uciekać tam, gdzie nie działały już zakazy, gdzie wolno było nam przeżywać wszelkie uniesienia, cieszyć się dawną narodu swego chwałą i męstwo przodków w dopustach losu, i dla nich wszak twardego, podziwiać. Nie było tu miejsca na zimne roztrząsania i krytykę, było miejsce na zespolenie się jedynie całym duchem z ową plejadą twardych mężów, stalowych serc i dusz gołębich, było miejsce na zachwyt tylko tem, co już nie wróci, ale co oto odżywało w przecudnych wizjach mistrza jako ucieleśniony byt.

I wizji tych wpływ na nastrój Polski, ginącej z braku tchu i woli, dał się wnet odczuć. Rozpromieniały się znękane twarze, rozpogadzały czoła i puls duchowy zmieniał swoje tempo. W wielkiej rodzinie, którą jest każdy naród -stało się coś pomyślnego nareszcie. Przybyło w niej niewiast cnotliwych i uroczych, dzielnych i obrotnych rycerzy, wesołych kompanów i doradców roztropnych, bezimiennych i sławnych bohaterów – a wszystkich ich wywołał z pomroki wieków zaklęciem twórcy pisarz, któremu zrobiło się żal swoich, który i sam dla siebie w porę wspomniał, że wszak jak była tak i jest „kraina taka, gdzie jeszcze trochę szczęścia dla polaka”. Z tą krainą zespoliwszy nasz padół łez – uczynił Sienkiewicz teraźniejszość przynajmniej bardziej znośną, bo dawał możność od niej odpocząć choć na moment: a zaś spoczynek ten przy dźwięku gawęd jego cudnych był taki, iż przybywało po nim nietylko sił, ale i tej śmiałości, która z uśmiechem odtąd spotykać będzie złą i dobrą dolę, gotowa w wszelkich przeciwnościach losu upatrywać nie więcej jak „przygodę’, w wielkiej niedoli – dopust Boży, który bez końca trwać nie może. Czytelnik Sienkiewiczowskiej trylogji zarażał się bezwiednie prostym na świat poglądem swych praojców i ich tężyzną niespożytą. Uczył się od nich w złem i dobrem niefrasobliwego uśmiechu, uczył się prostej naiwnej wiary, cierpliwości i spokoju, których tak bardzo brakło pokoleniom ostatnim. Czytelnik Sienkiewiczowskiej trylogji się odradzał -z neurastenika stawał się znów człowiekiem zdrowym, z gotowego do bluźnierstw zrozpaczeńca – dawnym jakimś, znów na wszystko gotowym rycerzem chrześcijańskim, w walce nietylko konieczność i obowiązek ale i treść żywota swego widząc. Że zaś czytelnikiem trylogji był z nas każdy – przeto fala nowych, jasnych nastrojów szła szeroko i zagarniała zwolna wszystkich. Po mękach, troskach, rąk łamaniu – pewnego dnia zbudziliśmy się jakgdyby wykąpani w jakimś przedziwnym zdroju, dającym niby nową postać. Zbudziliśmy się o parę wieków młodsi.

Ale nietylko psychicznie dźwignął z łoża niemocy w dużym stopniu naród swój – pisarz wielki. I politycznie oddał mu on olbrzymią usługę. Stał się arką przymierza między dawnemi i nowemi czasy. Pomiędzy tem, co było i co być musi… Ukazując przeszłość w całej jej stubarwnej krasie, bronił jej przed potwarcami. Rozbudzając umiłowanie i zrozumienie dawnej Polski, choć nie apoteozując jej bynajmniej, stawiał fundament, dla dążeń, bardziej konkretny, niż wszelkie najogólniejsze hasła. Rozszerzał zakres ambicji narodowych, ambicji, których nie można było zmieścić w… pracy u podstaw. I tak stopniowo przygotowywał grunt dla nowych wschodów, czyniąc duchowe pod chorągiew narodową zaciągi, i szczepiąc przykazania karności i męstwa Był bezwątpienia, choć może mimowoli, jednym z twórców polskiego aktywizmu, jako przeciwstawienia cichym cnotom jedynie i przezornej bierności. W poglądach, w dobie obecnej wschodzących, a tak od „pozytywnych ideałów” różnych – niemało jest jego zasługi niewątpliwej. Tym, którzy dziś nie mogą być widzami tylko, szeptał do ucha różne słowa Kmicic, Skrzetuski, Wołodyjowski i dlatego trudną robotę mają z nimi ci, co wciąż myślą, iż między życiem a sztuką winien być mur broniony przez czuwające nad narodem straże. Ktoś z tych ostatnich rzekł, iż tylko zdrowe życie może dać zdrową sztukę. Sienkiewicz nie był doktrynerem więc kwestję tę po swojemu rozwiązał. Zrobił wszystko, co mógł, by zdrowa sztuka zrodziła życie zdrowe. Podjął walkę szczególniej z wątlizną moralną i prowadził ją, na chwilę nie ustając. Pocieszał serca ale je opancerzał zarazem, to rozumiejąc iż żadne obejść się nie zdoła bez dogmatu, i że dogmat ten w dziedzinie politycznej, moralnej, czy społecznej nie może być bylejaki, miałki.

Ma jedną jeszcze nieskończoną i niedość dotąd podniesioną zasługę ten wielki, dobrotliwy, serdeczny swoich współczesnych wychowawca: uczył ich szczęścia, wiedząc, iż w niem tkwi też moc niespożyta. Nie odkrył Ameryki, wskazując, iż droga do szczęścia tego prowadzi przez miłość. Ale miłość tę tak uszlachetnił, tak podniósł tak wystylizował przepięknie, tak w intencjach najczystszych opłukał rozumnie, iż wyrastała ona dla strapionych i ze wszystkiego wyzutych naprawdę na jakieś panaceum, leczące wszystkie dolegliwości ducha. Sienkiewicz uwielbił miłość, lecz jednocześnie zaprzągł ją do narodowej i Bożej wprost służby i nadał jej w życiu polskiem treść nową, czyniąc z niej czynnik trwania wdzięczny i mocny. By dokonać owego serc pocieszenia, co było tak bardzo konieczne -nie wystarczało zahypnotyzować je przeszłości krasą i dostojeństwem – trza im było i teraźniejszość umilić. I tego też dokonał ów znawca ludzkich dusz, ich pragnień i utęsknień. Naoścież rozwarł on przed pokoleniem swem wrota świątyni kochania. Lecz ukazał nam w niej nie alkowę, sztucznych woni, przynęt lub podniet pełną – ale ołtarz, na którym w ciągłem złączeniu wysiłków, pragnień, dążeń – nietylko pocałunków i objęć – odbywa się ofiara nieustająca i przedziwna, z wielką modlitwą o lepsze jutro narodu i z jego odrodzeniem będąca w związku nierozłącznym.

Tygodnik ilustrowany polityczny, społeczny i literacki. Czasopismo polskie wydawane początkowo w Moskwie a następnie w Piotrogrodzie. Ukazywało się w latach 1913 – 1917.

Close