ZYGMUNT LIBROWICZ

Wielkanoc w Polsce

(Ze wspomnień dawnych czasów)

Uderzmy w dzwon, zanućmy psalmy,
Weźmy do rąk zielone palmy,
Niech zabrzmi pieśń zmartwychpowstania…
W te wielkie dni już Polska cała,
W odświętny strój się przyodziała,
I ziemia niebu się kłania…

Tak śpiewał przed laty poeta polski, witając Wielkanoc…

Przed laty – bo dziś inaczej musi dźwięczyć pieśń poeta. Prawda, i dziś natura przyodziała się w odświętny strój, ale ten strój pokrywa zgliszcza pożarów, ruiny dworów i chat, zniszczone pola i smutne swą martwotą wioski kraju, który już tyle ucierpiał od wojny i dla którego jeszcze nie nastało dawno oczekiwane zmartwychwstanie…

I nigdy, nigdy, od czasu jak istnieje Polska, nie miano powodu życzyć sobie w święta Wielkanocne tak szczerze, tak gorąco „lepszych czasów”, jak teraz… I nigdy podczas świąt nie było tak smutno, tak ponuro – jak w tym i przeszłym roku…

„Polska żyje dziś wspomnieniami świetnej przeszłości i nadziejami na lepszą przyszłość…” – pisał przed laty Kraszewski. Słowa te mają jeszcze większe zastosowanie do naszych czasów.

O „nadziejach” piszą i mówią teraz ciągle. Podczas świąt uroczystych przyjemnie zwrócić się do „wspomnień…”

* * *

Żadnych świąt Polska nie obchodziła tak uroczyście, jak Wielkanocne.

Od najuboższej chaty wieśniaka do wspaniałych zamków, pałaców i dworów szlacheckich, stosownie do zamożności, starano się uświetnić te wielkie święto.

Oprócz obrzędów religijno-kościelnych, związane są z temi świętami liczne zwyczaje, poczęści zachowane dotąd troskliwie, poczęści zarzucone z biegiem czasu i zapomniane.

Tak, np., do końca XVIII wieku przedstawiano w Wielki tydzień nie tylko po miastach, ale i po wsiach dialogi i misterje, których treść stanowiły ostatnie chwile Zbawiciela, jego mękę i zmartwychwstanie. W Wielką Sobotę, po rezurekcji, strzelano na znak radości zarówno z ręcznej broni, jak i z dział mniejszych, które na ten cel – jak pisze Wójcicki – chowano po probostwach. W pierwszy dzień niedzielny zbierano się przy święconem.

Stary zwyczaj wymagał, aby na Wielkanoc stoły „uginały się pod ciężarem jadła i napoju”, aby wino stare, węgierskie lub miód polski lub litewski „lały się strumieniem”, aby na stołach były baby, placki, mazurki, leżały szynka i kiełbasy, prosię faszerowane, cielęcina, a stół zdobił baranek z masła z chorągiewką, różne pieczywo i jajka pięknie ozdobione, i starannie ułożone. W Wielką Sobotę kapłan zastawę takową poświęcał i od tej chwili przybierała ona nazwę „święconego”.

Kmiotek zastawiał skromne święcone, złożone jednak zawsze z placka pszennego lub żytniego, kiełbas i jaj; w bogatszych domach wysadzano się na przepych i okazałość. I huczna biesiada przeciągała się tam do dnia białego.

Podczas „święconego” bywało zawsze gwarnie, szumno i wesoło, i nikt nie myślał o tem, że może nastąpić czas, kiedy miljony narodu polskiego, rozprószone po obcych ziemiach, zmuszone będą spędzać święta z dala od ojczyzny, być może o suchym chlebie…

O polskiem święconem, o świetnych ciastach wielkanocnych, o talentach kulinarnych gospodyń polskich – pisano zagranicą dużo, chwalono gościnność polską, przepych stołu wielkanocnego, zachwycano się gustem zastawy stołu. Zwyczaj sutej zastawy był czysto polskim i w innych krajach nie był zupełnie znany.

Istniał też od dawna zwyczaj w Polsce zaraz po rezurekcji dzielić się jajkiem, życząc sobie przy tem długich lat i pomyślności, a potem kosztować święconych potraw. Później odłożono spożywanie święconego do niedzieli, t. j. pierwszego dnia świąt Wielkanocnych, po mszy porannej.

Szczególniej wysadzali się na wspaniałe święcone królowie polscy, magnaci dworscy i zamożna szlachta. Lubił sute święcone nawet Stanisław August Poniatowski, chociaż wogóle nie hołdował staropolskim zwyczajom.

Przy wielkanocnym stole pisze Gloger – najzawziętsi nieprzyjaciele podawali sobie ręce na znak zgody i pojednania. Nieraz sąsiedzi i przyjaciele wybierali umyślnie tę chwilę, aby zawistnych pogodzić wrogów. I okrzykiem „Alleluja!” przy butelce starego miodu lub wina kończyły się często podczas świąt wielkanocnych wieloletnie waśnie, spory i kłótnie, do których tak ochocza była ongi szlachta polska.

Według zwyczaju, przyjmowano za stołem ze święconem nie tylko krewnych, blizkich i znajomych, ale i zupełnie obcych ludzi: gospodarz przybyłego gościa musiał przyjąć, podać mu jajko święcone, udzielić braterskiego pocałunku i prosić gościa, aby sprobował baby. A obowiązkiem gościa było – pochwalić babę, wyrazić podziw dla gosposi.

Słynęły na całą Polskę szczególniej baby mazowieckie i krakowskie, mądremi zwane, z powodu, że suto miały w sobie rodzenków, migdałów, cukru, masła i trwały w swej świeżości od czterech do sześciu tygodni. Przepisy, czyli recepty takich bab, starannie chowano przez kilka pokoleń.

O zwyczaju urządzania na Wielkanoc święconego Polacy nigdy nie zapominali. Wiadomo, między innemi, że nawet w Hiszpanji, gdzie walczyli wojownicy polscy za Napoleona I, oddaleni od ojczyzny, nie chcieli odmówić sobie urządzenia święconego, bo ono przypominało im kraj rodzinny, gniazdo domowe, ziemię ojczystą, ukochaną rodzinę, lata dziecięce… Nie bez trudności znajdowali wtedy księży wśród hiszpanów, którzy zgodziliby się poświęcić zastawione stoły, bo, jak twierdzili ci księża, nie ma na to przepisanego obrzędu i modlitw.

Nie zapominali o święconem i na Syberji wygnańcy polscy, chociaż warunki urządzania święconego tam nie sprzyjały. W pamiętniku Kłokowskiego, znajdujemy opis, jak gromadka „katorżników w Nerczyńsku” z chleba porobiła baby i placki, jak ze szarej „kazionnej” koszuli, troskliwie wypranej, zrobili obrus, jak ceną wielkich starań dostali kilka jajek i urządzili święcone, które łzami swemi obleli, śpiewając po cichutku w więziennej celi „Alleluja!” i marząc o zmartwychwstaniu…

Z rozmaitych zwyczajów wielkanocnych w dawnej Polsce, dziś jeszcze zachowanych gdzie niegdzie na wsi, wspomnieć należy o kurku: w pierwsze święto Wielkiej Nocy młodzi parobcy obchodzili (zacząwszy od dworu) prawie wszystkich gospodarzy swojej i pobliższych wsi, z muzyką i pieśniami, opiewającemi śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa Pana. Obwozili przy tem tak zwanego kurka. Był to kogucik mały, urządzony dość zręcznie na jednem lub dwóch kółeczkach. Czasem też na postumenciku, na którym znajdował się kurek, stały postrojone jaskrawo figurki, które za pociągnięciem sznurka w takt muzyki wyskakiwały. Jeżeli pogoda sprzyjała, to późno w nocy – słyszeć można było rzewny akompaniament skrzypiec i głośne „Alleluja”, które na zakończenie każdej strofy pieśni dodawano.

Nie zapominano też nigdy o święconem dla biednych i patriarchalnym zwyczajem dobroczynne ręce zastawiały skromne stoły dla tych, co byli pozbawieni własnego święconego. Przychodzili na święcone i księża i witając gospodarzy ogłaszali Zmartwychwstanie Chrystusa słowami „Surrexit Dominus de sepulchro” – powstał Pan z grobu; na co im odpowiadano: „qui pro nobis pependit in ligno” – który za nas cierpiał na krzyżu.

Drugi dzień świąt – poniedziałek – nosił nazwę dyngusa albo szmigusa. W tym dniu, według starego zwyczaju, pogańskiego jeszcze pochodzenia, oblewano się wzajemnie wodą. W tym dniu dziewczęta wiejskie z uzbieranych ziół i gałązek zielonych układały wiązanki, chodziły z niemi od chaty do chaty, śpiewając pieśń odwieczną przywiązaną do tego obrzędu, który nazywa się gaikiem. W niektórych zaś miejscowościach kraju lud obchodził w tym dniu pamiątkę zgasłych ojców, zbierał się na cmentarzach i taczał po mogiłach zmarłych jaja ze święconego, malowane farbą lub białe.

Dużo się zmieniło w Polsce przez setki lat. Ale zwyczaje ludu są trwałe, więc można o nich powiedzić słowami poety:

Wszystko tak jak było
Tylko się ku starości nieco pochyliło…

I w tym roku, jak i dawniej – mimo wszelkie perswazje – będzie w Polsce, gdzie tylko jeszcze nie zrównano z ziemią wszystkiego armatami – święcone, będą i baby, i placki, i szmigusy, i gaiki; tylko dzwony nie będą tak wesoło dźwięczyć o zmartwychwstaniu. Inaczej brzmi w tym roku ich pieśń: w ich dźwiękach czuć hymn rozpaczy:

One wyją i skowyczą,
One syczą, huczą, ryczą,
To grom armat i kartaczy!

Ale ucho czuje:

Z tego jęku
Z tego szczęku,
Że ucicha klęska już
Ale ucho słyszy już
Z tego blasku
Z tego wrzasku
Że omdlewa klęska już…
Bo zemdlone, uciszone, rozgniewane dzwonią dzwony
Dzwony, dzwony – Dzwony, dzwony, dzwony, dzwony Dzwony!
Te huczące, te wyjące, te mosiężne dzwony!..

Tygodnik ilustrowany polityczny, społeczny i literacki. Czasopismo polskie wydawane początkowo w Moskwie a następnie w Piotrogrodzie. Ukazywało się w latach 1913 – 1917.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close