Urzędomanja

Niedawno komisja budżetowa Sejmu zredukowała budżet personalny ministerstwa spraw wewnętrznych o 6% w centrali, zaś w województwach i starostwach o 5%. Łącznie z redukcją, przeprowadzoną przez ministerstwo spraw wewnętrznych niezależnie od komisji budżetowej, tysiąc z górą osób – urzędników tego ministerstwa podległo redukcji. Los tego tysiąca osób nie jest – oczywiście – do pozazdroszczenia. Są jednak pewne konieczności, z któremi, – choć z bólem serca – godzić się trzeba. Taką właśnie koniecznością jest znaczne obniżenie liczby pracowników w rozmaitych naszych urzędach państwowych.

Że urzędów tych mamy dużo, że ich mamy za dużo – o tem wie dobrze każdy, kto choć raz miał do załatwienia jakąś urzędową sprawę. Wszystko jedno, czy będzie to sprawa opłaty podatku, czy uzyskanie jakiegoś pozwolenia, zaświadczenia etc. Tygodnie całe trwające wędrówki od urzędowych Annaszów do urzędowych Kajfaszów zanadto dobrze dały się każdemu obywatelowi we znaki, byśmy mieli raz jeszcze o tem się rozwodzić.

Za dużo, stanowczo za dużo mamy rozmaitych urzędów państwowych, a więc – eo ipso – i za dużo urzędników. I ten właśnie nadmiar urzędników państwowych pobudzić musi każdego obserwatora życia publicznego do poważnego zastanowienia.

Skąd się te tłumy urzędników wzięły? Co ich w tak nadmiernej liczbie na posady państwowe pchnęło?

Jeżeli cofniemy się na chwilę myślą o kilkanaście lat wstecz, do tych „dobrych” przedwojennych czasów – przypomnimy sobie, że godność urzędnika państwowego była godnością znikomego odsetku obywateli polskich, tak zwanych „poddanych” zaborczych państw. W b. Galicji znaleźć można ich było stosunkowo sporo, w Poznańskiem i Królestwie prawie, że ich nie było. Obce rządy albo nie dopuszczały wcale polaków do urzędowych żłobów, albo pozostawiały im do objęcia najgorzej płatne i najmniej posiadające znaczenia posady.

W okresie długiej niewoli przyzwyczailiśmy się z pojęciem: urzędnik utożsamiać nie tylko naszego prześladowcę, ale przedewszystkiem człowieka o bardzo niskim poziomie etycznym, a więc wyzutego z poczucia sprawiedliwości łapownika, omal, że nie złodzieja.

Bączek, czy gwiazdka na czapce urzędniczej bynajmniej nie imponowały inteligientnemu, dobrze myślącemu obywatelowi polskiemu. To też, jeżeli któryś z nich piastował czasem godność urzędową, unikał tego urzędowego stempla na głowie, posługując się nim tylko w razach koniecznej potrzeby. Zdawało się, żeśmy poprostu nabrali wstrętu do samego pojęcia: urzędnik.

Skończyła się niewola, ożył pozostający w długim letargu organizm państwowy polski – i odrazu zaczęło się przewartościowywanie wszystkich wartości. Do gościnnie otwartych podwoi nowotworzących się urzędów państwowych polskich popłynęły zwartą lawą tłumy kandydatów na posady urzędnicze.

Odruch – zdawaćby się mogło – nie tylko zrozumiały, ale więcej nawet: bardzo chwalebny. Każdy, kto miał ku temu dane i kto ich wcale nie miał, pchał się do wrót urzędowych, zgłaszając w ten sposób gotowość swej pracy dla dobra odrodzonej ojczyzny.

Nie chcemy bynajmniej twierdzić, że w tym odruchu nie było dobrych chęci i najlepszej woli. Była niewątpliwie. Ale lata szły, a z latami szło doświadczenie. Znienawidzony w okresie niewoli tytuł urzędnika stał się bardzo wkrótce w odbudowanem państwie marzeniem, ideałem dla wielu, bardzo wielu.

Na czem oparło się to wspomniane przed chwilą przewartościowanie wartości?

Pchający się na posadę państwową przeciętny (podkreślamy ten wyraz) obywatel, widzi obecnie przedewszystkiem w upatrzonej posadzie – bądźmy szczerzy! – zapewnienie bytu: emeryturę na starość, najrozmaitsze ulgi i przywileje. Ideał służby dla dobra państwa i jego obywateli usuwa się na drugi plan. Rozwielmożniony w zastraszający sposób biurokratyzm i papieromanja zdają się być najlepszem potwierdzeniem prawdy tylko co wypowiedzianego poglądu.

Jesteśmy świadkami powrotu do tamtych „dobrych” przedwojennych czasów. Nie chcemy przez to powiedzieć, że dzisiejszy urzędnik polski staje się pod każdym względem podobnym do dawnego typu urzędnika z czasów zaborów. Uchowaj, Boże! Ani przez chwilę taka myśl w nas nie powstała!

Ale podobieństwa przecie są.

Znowu zaczął nas gnębić przedwojenny biurokratyzm, znowu jesteśmy świadkami ubiegania się i zabiegania o najrozmaitsze „kategorje”, znowu legitymacja urzędnicza lub (i tak bywa!) czapka z galonem podsuwane są przed oczy zwykłych, nieurzędujących śmiertelników, jako widomy znak przywileju i obywatelstwa pierwszej klasy. Znowu widzimy na różnych uroczystościach piersi dostojników, przepasane wstęgami i usypane krzyżami i gwiazdami.

Jak za dawnych „dobrych” czasów…

Trzeba sobie wyraźnie i otwarcie powiedzieć, że opanowani jesteśmy silnie przez urzędomanję, trapiącą nas, jak każda inna grypa. Na urzędowe posady mamy stanowczo za wielu amatorów. Na szczęście atmosfera po-majowa zaczęła sprzyjać uzdrowieniu panujących poprzednio zarażonych urzędomanją stosunków. Zaś redukcyjna fala niewątpliwie w pierwszym rzędzie usunie tych, dla których ideałem stała się godność urzędnika, nie zaś dobro państwa i jego obywateli.

N. Tewski

Podtytuł: Organ Radykalizmu Polskiego. Czasopismo polityczno-społeczne obozu piłsudczykowskiego wydawane w Warszawie w latach 1923-1929. Redaktorem naczelnym był Wojciech Stpiczyński

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close