WILHELM KORABIOWSKI

Gdynia po raz pierwszy

Poniżej zamieszczony feljeton pochodzi z pod pióra głośnego Strońcia z Lwowskiej fali, który to pseudonim kryje prawdziwe nazwisko p. Wilhelma Korabiowskiego. Jak widać z niego, wesoły i dowcipny Strońć, któremu tyle śmiechu zawdzięczamy, umie także spojrzeć na życie głębiej i poważniej.

Gdynia - lata trzydzieste XX wieku

Około ósmej nad ranem lunął deszcz. Dojeżdżaliśmy do Gdyni. Mokry, siwy poranek płókał szyby pociągu, kiedy pasażerowie z resztkami dorywczego męczącego snu na powiekach, młodzież, akademicy, fotogeniczni subjekci, dumni z szczęśliwie skleconych w drodze flirtów, dezerterzy z nad biurek, maszyn, bibularzy i pieczątek, władcy oficynowych zakamarków, zapluskwionych łóżek, skrzypiących mebli, tragiczne egzemplarze starych panien, z fenomenalnemi ilościami pożywnego i niepsującego się w drodze prowiantu, higjenicznie i fachowo popakowanego między ręcznikiem a smutnym kąpielowym kostjumem, cała ta masa rozmaitego ciasta ludzkiego, wygniecionego przy biurkach, stołkach i maszynach, oblepiła teraz szczelnie okna przedziałów w pilnem i niecierpliwem wyczekiwaniu – morza z za okien pociągu.

Już teraz właśnie rosła we mnie ta wyjątkowa temperatura wrażeń i zachwytów, jak wówczas w dniach pierwszych gimnazjalnych wakacyj, kiedy byle drobiazg, zapach peronu, gwizd lokomotywy… wszystko to było niebywale atrakcyjne i, kiedy na parę kilometrów za dworcem na pierwszym zakręcie drogi, objawiał się oczom najwspanialszy egzotyk. Tak teraz, prawie że z trwogą oczekiwało się tego pierwszego spotkania z morzem, kiedy młodość, która dotąd obijała się tylko po tej pierwszej jedynej ojczyźnie: po brukach lwowskich zaufanych ulic, napamięć znała każdy zakamarek zamiejskiej zieleni i trafiłaby do niej węchem zbudzona z najtwardszego snu na drugim końcu świata -teraz po raz pierwszy miała się zetknąć z tą nieledwie przeczuwaną, najwspanialszą przygodą: morzem.

Trochę się bałem o to, czy przez gotowe wyobrażenie morza, które nieraz zastygło przed oczami kolorowemi widokówkami, szablonem morskich kiczów – nie zgubi się to pierwsze przeżycie morza, najdokładniej własne, osobne, pierwsze i niepowtarzalne.

A o to właśnie chodzi – dziś już to wiem napewno – o to: morze po raz pierwszy. Chodzi o to, ażeby złapać na gorącym uczynku tę chwilę, jak się na morzu wymieniają światła poranku, południa i wieczoru, jak dzień nastaje, południe świeci i noc nadciąga, i znowu poranek, wczorajszemu niepodobny; ażeby o wczesnej godzinie, drugiej w nocy, w bocznej uliczce, jak szpieg zaczatować na tę chwilę, kiedy między ciosami kamienic na dalekiej kresce wody wstaje słońce; i trzeba znać gest, z jakim nieruchomo zastyga żagiel dalekiego statku, i sekret, jak codziennie zapala się wieczór na przeciwległem molo. Ale i to jeszcze zamało, jeżeli się to wszystko raz jeden o jakiejś porze dnia widziało. Trzeba tu wracać po wiele razy w rozmaitych porach, godzinach i oświetleniach, trzeba włóczyć się po przystani, buty zdzierać na spacerach po wybrzeżu, których się nigdy nie ma dość, trzeba się po ulicach obijać i autobusem tam i z powrotem najcudowniej tłuc się od przystanku do przystanku, trzeba godzinami wystawać przed wystawami sklepików i oknami kawiarń, przed gmachami banków i dworca i szkoły morskiej, trzeba do bram zaglądać, na schody wybiegać, ścian i poręczy rękami dotykać, ażeby wprost pod dotykiem palców dowiadywać się dziejów tego miasta, oczy mieć pełne morza i nieba, serce pełne dumy i zachwytu.

A teraz jesteśmy już w Gdyni. Olbrzymie masy pasażerów, które wyroiły się z wycieczkowego popularnego pociągu z walizkami u nogi, uciekają z peronu na dworzec. Przewodnicy z „Orbisu” scedzają je w grupy po kilkanaście osób i odwożą autobusami do etapu emigracyjnego na Grabówku. Mycie się, śniadanie przełknięte naprędce (fenomenalne ilości herbaty w bufecie domu emigracyjnego budzą przerażenie i entuzjazm) i – na miasto.

Za chwilę z przystani mamy odpłynąć na zwiedzenie portu. Publiczność trochę zdezorjentowana i spłoszona, zgarnięta z rozmaitych środowisk i miast zaczyna się teraz zrastać i komponować w poszczególne całości, dobierać w grupy. Jakiś starszy pan, wylękniony i przerażony rozsypuje dokoła siebie kolorowe konfetti przerozmaitych kwitków, kuponów, biletów wstępu, kart uczestnictwa, ciągle niepewny, czy się nie zgubił, nie spóźnił, nie przylepił do nie swojej grupy, informuje się czy „zielony kupon” będzie jeszcze ważny na jutro i czy na podstawie „białego kuponu” będzie można rzeczywiście zjeść tańszy obiad.

Statek odpływa. Przy dziobie jakieś sto kilo żywej wagi – pozuje się do fotografji. Cyniczny fotograf proponuje jej zdjęcie w czapce marynarskiej i z papierosem. Projekt został przyjęty z entuzjazmem. Uwaga! Koszmarny podlotek w marynarskiej czapce i z niezapalonym papierosem w lewej ręce, z prawą złożoną na biodrze a la Greta Garbo – zastyga w tej chwili na tej epokowej, historycznej fotografji: „Pamiątka z Gdyni, lipiec, 1936”.

Na morzu leży zieleń głęboka, pochmurna i gniewna. Niebo jest ciężkie. Horyzont zamyka sierpem plątanina dźwigów, lin, masztów, kranów i żagli, bloki składów i magazynów. Dokoła opływa nas powoli coraz nowy pejzaż wybrzeża, zatrzymuje się, cofa, wraca i znika. Czytamy łakomie nazwy francuskich, finlandzkich i norweskich statków. Pachną wiatrem i dalekiemi przygodami. Pod nami buczy motor i głos przewodnika, który przez tubę odcedza objaśnienia, łamie się i wyczerpuje na wietrze. Pejzaż uwalnia się powoli z sierpu wybrzeża, rozciąga się, otwiera coraz szerszem półkolem, zabudowania portu zapadają się za nami, i jesteśmy już teraz sami między niebem i morzem.

Koszmarny podlotek poprawia się na ławce i wzdycha: „Nic tylko niebo i morze”. Znowu z mlecznego horyzontu wyjawiają się szerokie płaty mgły, która gęstnieje, krzepnie, nasiąka kolorami, łamie się i ugniata twardo w coraz bliższe kształty, w zarysy statków w dzioby okrętów, kominy, maszty i żagle. Znowu żelazne gałęzie drabin i dźwigów, nito wątłe niteczki piórkowego rysunku tuszem – wikłają się na niebie. Już zamknięci szczelnie w ściany portowego pejzażu – szerokiem kołem wracamy do brzegu.

Była godzina druga. Miałem całe popołudnie wolne i nareszcie mogłem się sam powłóczyć po mieście. Niskie i przez całe rano pochmurne niebo wypogodziło się, zbłękitniło i uniosło się wysoko. Trafiłem na żyły kilku głównych ulic, szerokich wystaw sklepowych, efektownych dancingów kawiarń i barów. I wtedy szczególna rzecz narzuciła się uwadze.

Uświadomiałem sobie zawsze, ile razy byłem w obcem mieście, że zatrzymuję się nie przy tem, czem dane miasto różni się od innych, w czem jest osobliwe i inne, ale właśnie przy tem, co w każdem mieście jest takie same i jednakowe. Poluję zawsze na takie ulice, zakamarki, zakąty i zaułki, które w każdem mieście podobne są do siebie jak dwie krople wody. Ile razy w obcem, pierwszy raz widzianem mieście zobaczę, że jakieś okno na piętrze zamyka się takim samym gestem, jak w pokoju, w którem zległo moje dzieciństwo – dostaję zawrotu głowy. Są to przeważnie owe dzielnice stare, zgęszczone atmosfery, pełne całych pokładów ludzkich istnień, owe piętra domów, które czas odmieniał przez lata i pokolenia, ojców i dzieci, owe pokoje, schody, piętra i ganki, pełne narodzin, ślubów, chorób i śmierci, owe narożniki, owe przeciwległe podwórza, które czas, jak małżonków, upodobnił do siebie.

Otóż tem przedewszystkiem ulice w Gdyni zwróciły moją uwagę, że nigdzie niema tu jeszcze tych zużytych, czcigodnych atmosfer, kłębiących się od długich, zawiłych dziejów, tych zakamarków, pełnych przeszłości wszystko tu jest nowe, ostre, chłodne, surowe i zuchwale młode. W niektórych bramach jeszcze charatają młotki i pachnie farba. A tu obok drugi, trzeci i czwarty dom, jeszcze cały opięty rusztowaniem, lada dzień będzie chyba gotów. A tu prawie na oczach pną się po rusztowaniach, po belkach, po drabinach coraz wyższe piętra i coraz wyżej rośnie od środka betonem, żelazem i szkłem. Niema ulicy, gdzieby, jakby na oczach, nie przybywało budowy. Tak, dzielnice i ulice, zdawałoby się, skończone i gotowe, jeszcze się wypełniają, wyrównują i uszczelniają.

I jeszcze jedno charakteryzuje – rzecby się chciało – genjusz tego miasta. Wydaje się jakgdyby temu genjuszowi, który niby jednym tchem wymiótł zawadzające lasy, zdmuchnął niewygodne wzgórza i wyrysował na nich równiutkie, prościutkie tory ulic, który zgasił oddech traw i wiejskiej drogi i przygniótł ją gładkim asfaltem – że temu genjuszowi, jakby na chwilę zabrakło odwagi, jakby na chwilę przystanął, przysapnął, zatrzymał się w drodze.

I oto co krok zatrzymuje się to miasto, cofa się, jakby zadumane nad odrobioną drogą. Oto nagle w śródmieściu między dwiema stromemi skałami żelaza i betonu – zapachnie nagle niedalekim lasem. Oto na wspaniałej ulicy Świętojańskiej, między blokami dwóch wysokich gmachów – garbi się zielone wzgórze. I to ciągłe sąsiedztwo wspaniałego, nowoczesnego miasta i wiejskiej zuchwałej zieleni, obok siebie: zapach drzew i wapna, chlorofilu i benzyny, a po nocy echa slowfox’u z nadbrzeżnego dancingu i ptaków zakochanych w mroku – to był dla mnie jeden z najcudowniejszych rysów tego miasta.

Jestem na ulicy Marszałka Piłsudskiego. W powietrzu pachnie zieleń, benzyna i mrok. W otwartych oknach śpiewają głośniki. Schodzę ulicą wdół. Po lewej stronie wysoko na stromej ścianie – piękny, bialutki gmach pensjonatu. Na końcu drogi – zielona interpunkcja drzew.

I nagle – morze!

Zatrzymuję się w miejscu, jakbym chciał odwlec te chwile, jakbym chciał się jeszcze cofnąć, wrócić niepewny, czy podołam temu najwspanialszemu, nieoczekiwanemu widokowi. Ale już przepadło. Do dziś daremnie szukam słów, ażeby nazwać smak tego wieczora. Droga nad morze zamyka się stromą ścianą, nakrytą dachem zieleni i drzew. Morze drobnemi krokami podchodzi do brzegu i wraca. W połowie drogi, między wybrzeżem a niebem, nieruchomo stoi statek; wieczornieje biały żagiel. Cicho spacerują łodzie.

Jest taka chwila, jak wówczas w dniach pierwszej sztubackiej młodości, kiedy pod wpływem bardzo pięknej książki, albo jakiejś bardzo dobrej i mądrej osoby stawaliśmy nagle zawstydzeni i skruszeni, naiwnie i gorąco przyrzekając poprawę. Tak, teraz bezsilny wobec tego piękna, które leży przedemną, stoję onieśmielony i bezradny w ten wieczór z wełny i gwiazd. W rytm wody wszystko uspukaja się w środku, ucisza, ustaje i milknie. Nie myślę już teraz, nie kalkuluję, nie czekam na słowa, któreby poradziły tej chwili. Nie bardzo już nawet odróżniam siebie od reszty tego wieczora. Na wodzie, w kątach drzew, w zakrętach brzegu gromadzą się cienie, gęstnieją zapasy ciemności i, noc wstaje z morza, jak ogromna czarna muszla, w której szumi wieczność.

Koło mnie przechodzi jakiś „miejscowy kretyn” z mandolinką w ręce. Tka w powietrze nikłe nutki, drobi przed siebie dźwięczne kolorowe koraliki mandolinowej arji.

Na niebie palą się neony reklam. Żółtym wężykiem jarzą się nazwy dancingu. Chyba jeszcze i tam mnie dziś licho poniesie.

Godzina, spędzona w mrocznym, natłoczonym dancingu, jakby obca, osobna, wykrojona z innego dnia, była właśnie potrzebna, ażeby zamknął się ten dzień, skomponowany na jakichś wyjątkowych, odświętnych prawach, ażeby tu właśnie najwyżej się wspiął i do ostatka się wypełnił, ukryty sens tego dnia.

Saksofon naszeptywał w powietrze ckliwe, słodkawe tango.

Z ciasnego, dusznego parkietu tanecznego między oblężonemi stolikami, wymykamy się na przestronny taras za salą dancingową, skąd donosi się głuche dukanie jazzbandu. Na stopniach – leży chłodna, pogodna noc.

Zbiegamy na miasto. Świecą się jeszcze okna nocnych kawiarń, klaskają po asfalcie splątane kroki, gonią się w powietrzu echa dalekiego dworca. Idziemy powoli, ażeby nie spłoszyć tej chwili, ażeby niczego nie przeoczyć.

Noc za ręce prowadzi nas oboje po swoich najtajniejszych, najpiękniejszych zakamarkach. W powietrzu zawiało chłodem. Byliśmy na wybrzeżu. Miałaś wtedy białą sukienkę i szeroki, biały kapelusz. Czuliśmy na twarzach bliskie, gorące oddechy i dłonie zwikłane razem, i gubiliśmy się pod nocą wysoką, nad pogodnem, gwiaździstem morzem, dwa śmieszne małe płazy człowiecze, kiedy nad nami w górze obracała się powoli podniebna oś świata.

Dnieje. Odszukujemy drogę na Grabówek. Wracając do siebie, odchylam drzwi zbiorowej sypialni, gdzie na siedemdziesięciu łóżkach gęsty, pożywny sen skleił zmęczone powieki. Idę do siebie, ale przed drzwiami wracam z drogi. Nie zasnę chyba tej nocy. Bezwładne kroki poniosły mnie jeszcze nad morze.

Kiedy dziś próbuję odważyć walor tej mojej pierwszej, gdyńskiej eskapady, kiedy w tej chwili ślęczę nad tem nieudolnem wspomnieniem, ażeby poza opisami rzeczy, które się widziało i zwiedziło – dobrać się do sedna całego zdarzenia, pochwycić smak owych chwil – nie umiem powiedzieć, jak to się stało, że morze po raz pierwszy widziane, i jego wspomnienie tak silnie, tak głęboko we mnie zapadło, tyle zajęło miejsca, przysłoniło sobą wszystko inne.

To może dlatego, że dopiero tu nad morzem… dojrzała najpełniej i najwyżej się wspięła świadomość urody świata i radości życia, że tu w jednym dniu udało się świat przeżyć w najradośniejszym, zmysłowym zachwycie, a zarazem poczuć, jak na tej ziemi dopala się powoli i mija nasza doczesna wieczność; że tu, na widok portu i przystani, statków polskich i każdego spotkanego w mieście marynarza – rosła taka duma i taka radość, jaką jeszcze nigdy chyba serce nasze nie biło. Jeżeli tedy ten dzień nazwaliśmy „Świętem morza” – to ta nazwa do końca życia będzie dla nas wypełniona najosobistszą, najrzetelniejszą, najuroczystszą treścią.

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Close