List z Berlina (4)
Circenses

Berlin, w marcu.

Właściwie to jest wielkie przedstawienie, spektakl, parada. Na pierwszy ogień idą circenses, chleb zaś stanowi treść dalszą, tonącą w gęstej mgle słów. Naturalnie, żadna jeszcze rewolucja nie obyła się bez aparatu teatralnego, bez cyrku nawet, ale ta właśnie rzekomo już skończona, a która podobno ma na celu po raz pierwszy w historji stopić w jedność wszystkie szczepy niemieckie i wyeliminować za jednym zamachem wszystko to, co nie jest niemieckie, odgrywa się ze szczególnem uwzględnieniem efektów scenicznych. Równocześnie – i to naprawdę dziwny zbieg okoliczności – w ubogim dzisiaj repertuarze berlińskich teatrów jedyny prawdziwie interesujący punkt stanowi misterjum Calderona p. t. „Wielki teatr świata”. Podobnie, jak w repertuarze kin uderza film p. t. „Pod znakiem krzyża”. Film nad wyraz odpowiedni: prześladowanie za wiarę, męczeństwo chrześcijan, dziwne praktyki policji rzymskiej, nadużycia, gwałty i t. d.

Natomiast zarówno przedstawienie Calderona w Deutsches Theater jak i sam, statystami mocno obsadzony spektakl uliczny, biją bogactwem. Miasto od tygodnia zgórą tętni od grzmotu obcasów po bruku. – Wszystko żyje, oddycha paradą. Wrodzony Niemcom sentyment do mundurów, do godnego a miłego sercu i uszom rytmu wojskowej muzyki, do maszerowania na komendę i t. d., znajduje dziś najpełniejszy wyraz. Igrzyska trwają w permanencji. Wczoraj, w sobotę, bengalskim ogniem zapłonął cały zamek. Potem nieprzejrzane tłumy ruszyły do Charlottenburga, gdzie w gigantycznej hali, mieszczącej 35.000 ludzi, mówił kanclerz. Początek przemówienia naznaczono w afiszach na pół do dziewiątej, „Einlass” już na piątą. I o szóstej nie było gdzie szpilki wsadzić. Starałem się o bilet na wszystkie strony. W jakiemś biurze zrobiłem nawet Włocha, ale i to nie pomogło. Powiedziano mi: „Dziś dla Niemców zabraknie miejsca, a cóż dopiero dla obcych”…

Z żalem odszedłem. Pragnąłem gorąco być świadkiem wielkiego misterjum słowa. Hitler ma prosty język, naiwność, a zarazem technikę proroków. Ma również ich rutynę. Ale są ludzie, którzy go porównują z… Goethe’m. W każdym ryzie musi to być magik. Kobiety mdleją, dostają ataku histerji. Całują szklankę, z której pił wodę… Zjawia się na estradzie, poprzedzony muzyką i pieśnią. To przygotowanie artyleryjskie. Stanąwszy przed audytorjum, umie wytrzymać wielką, nastrojowa pauzę. Włada tłumem. Hypnotyzuje i podnieca zarazem.

Przed czterema dniami w kapiącej od złota sali Kaiserhofu słyszałem odczyt b. ministra spraw zagranicznych Węgier, hr. Bethlena. Wytworny dyplomata w nienagannym fraku, mówił do wyfraczonej elity o niedoli swego kraju. O konieczności obalenia traktatu w Trianon i wersalskiego. Rzecz dziwna, że wspominając kilkakrotnie o Gdańsku, o Górnym Śląsku, nie użył ani razu słowa „Polska”, podczas gdy bez jakichkolwiek obsłonek mówił o Czechach, Rumunach, Jugosłowianach i Bułgarach. Widocznie, w stosunku do Polaków coś go jeszcze krępowało. Hr. Bethlen mówił doskonale. Jednakże w ten sposób mówić można z niejakim skutkiem do kilkuset wykwintnych pań i panów, oraz do chmary stenografujących dziennikarzy. – Ale jak mówić do trzydziestu pięciu tysięcy?! W tym wypadku wszystkie truc’i Demostenesa, gierki Cicerona zawiodą chyba. Mieć przed sobą rzekę, morze?! W każdym razie trzeba posiadać jakąś wyjatkową, tajemniczą siłę, ekspresję, której nie wolno lekceważyć. Tu wchodzi w grę fluid, siła nieczysta.

Naturalnie, materjał wyjątkowo podatny. Taki, który lubi słuchać, iść pod komendę. Ma w sobie uległość, ma „den leidenden Gehorsam”, o którem niegdyś prawił Marcin Luter, a które to pojęcie wznawia obecnie jeden z teoretyków narodowego socjalizmu, Hielscher. – Jakikolwiek objaw krytyki czy wolnej woli zdeptany został twardym obcasem patetycznego koturnu. Wszystko zaś brane jest powabnie, bez śladu… humoru, który gdzieindziej wbrew wszelkim wysiłkom cenzury przecież zgłosiłby swoje veto.

Gdy patrzę, mimowoli myślę o Nietzschem. Na tle biustu Nietzschego dał się niedawno sfotografować Hitler. To dziwne! Z Zaratustry nie da się zrobić ojca chrzestnego tej właśnie rewolucji. Przeciwnie! Nikt tak nie walczył przeciw pojęciu owego cierpiętliwego posłuszeństwa, jak właśnie Nietzsche, wróg instynktu trzody. W Berlinie chwyta mnie astma, krew pulsuje w skroniach, jakby je chciała rozsadzić. I myślę o Polsce. Z tęsknotą i z dumą. Cokolwiek pisali inni i cokolwiek pisałem ja sam – jesteśmy wolni. Przynajmniej myśleć możemy, co chcemy. Tutaj zaś nietylko zgasło pisane czy żywe słowo, ale zgasła sama najtajniejsza myśl. Były u nas rzeczy, na na których wspomnienie wzdrygam się pełen niezapomnianego bólu i wstrętu, ale wiem że można oddychać swobodnie. Powtarzam, można myśleć. A tutaj?…

Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem skazany na obserwację powierzchni jedynie, bo nie mogę patrzeć tam, gdzie chciałem. Chyba niezmiernie rzadko. Zniszczyłem listy polecające, ponieważ nie chcę nikogo narażać, kompromitować. Ludzie żyją jak mysz pod miotłą. Byłem na obiedzie u pewnego Niemca. Tam właśnie m. in. gadaliśmy o Nietzschem. W ciągu rozmowy pytam gospodarza, czy jest zaangażowany w politykę…

– Nie do tego stopnia, abym już dzisiaj obawiał się aresztowania…

Gdy chciałem zrewanżować się i zaprosiłem na śniadanie do hotelu, odmówił. Powiada, że lepiej będzie, jeśli przyjdę do niego jeszcze raz. W hotelu będziemy skrępowani. I upomina mnie, abym mówiąc do niego przez telefon, był ostrożnym. I jakże w tych warunkach szukać osobistego kontaktu z ludźmi? Przecież każdy z nich może obawiać się prowokacji!

Na szczęście sama powierzchnia życia jest barwna, interesująca, choć nie przekonuje bynajmniej. „Wielki teatr świata”!… Misterjum! A może tylko prolog? Czy ja wiem? Mimo opowiadania o biedzie, miasto jest bogate, wspaniałe, pełne zbytku, świetnie zorganizowane i takie, że budzi we mnie… zazdrość. Gdy człowiek zwiedza wschodnią czy północną dzielnicę, mówią mu: „Tu mieszka sam proletarjat, największa nędza”. Tak, ale to są pojęcia bardzo, bardzo względne. Zwłaszcza dla kogoś, kto zna przedmieścia Warszawy, kto zna Łódź, kto widział mieszkania naszych robotników. Och, jakżebym pragnął, aby nasi mieszkali tak, jak tutejsi „nędzarze” których domy są jeszcze pałacami!

Weźmy taki drobiazg: na rogu ulicy zatrzymał się wózek pełen bananów. Kupiec, zanim rozpoczął sprzedawać, bierze wiązkę dojrzałych, pięknych owoców i rzuca kilkanaście sztuk w gromadę dzieci. Dla reklamy!… I nikt się temu nie dziwi! To rzecz zwykła, powszednia. Tylko ja jeden przystanąłem, nie mogąc oczu oderwać od tej sceny. Rzuca złote, wspaniałe banany dla reklamy! Coby się działo, gdyby taką reklamę urządził u nas!? Już nie na przedmieściu ale w centrum? A dodajmy, że w sprzedaży ulicznej za naszego złotego można dostać kilkanaście sztuk. To samo pomarańcze, jabłka…

Ale za to warto przypatrzeć się tutejszym dzieciom, idącym w jakimś pochodzie! T. zn. wciąganie ich do polityki jest rzeczą nieobliczalną w skutkach, równie jak wcielenie do pacierza szkolnego modlitwy o wojnę. Ale te dzieci są duże, rosłe, tryskają zdrowiem i siłą. A jak zahartowane! Dzisiaj (niedziela) w słońcu nawet nie było więcej niż 10 stop. ciepła, chłopcy zaś maszerowali całemi kilometrami w koszulach tylko, mając gołe nogi i wszyscy bez kapeluszy. Przypomniały mi się dzieci naszych szkół wiejskich i miejskich, patrzyłem więc upokorzony, smutny i zły. Pełen zazdrości, której miejsce wreszcie zajęła irytacja. Czy naprawdę zawali się Polka, jeśli przełamiemy mur przepisów i wpuścimy trochę słońca w postaci złotych pomarańcz i bananów? Jeśli je damy dzieciom polskim biednym, nędznym i chronicznie bladym… Piszę to choć wiem, że nie pomoże nic a nic. Choćby się wypisało morze atramentu. Powiedział ktoś, że tak musi być i koniec!

Niesłychanie daleki jestem od bezkrytycznego kultu dla wszystkiego, co obce. Dałoby się zatem wiele powiedzieć o przysłowiowej czystości i higjenie tutejszej. Mówiłem z żonami naszych urzędników. Tęsknią do służących polskich. Nie mogą się nachwalić ich pracowitości, solidności, zamiłowania do porządku, do higjeny… Mówią mi o tem, że w sklepach nabiera obcego każdy kupiec, naciąga przy każdym rachunku. Równie jak szofer czy rzemieślnik. Ano zmieniło się wszystko powoli… Pogadamy jeszcze o tem kiedyindziej.

Wracam jednak do parad. Dzisiejsza niedziela ma ewangelję, zaczynającą się od słów „Reminiscere”… W Niemczech jest ona dniem kultu poległych w wojnie.

Z tej racji widziałem po raz pierwszy przejazd Hindenburga. Wspaniały starzec! Wszystkie dozwolone formacje z wieńcami, sztandarami ciągnęły znowu przez Unter den Linden. Jechały setki aut z delegacjami przeróżnych burszenszaftów i korporacyj studenckich. Przybrani we wszystkie możliwe kolory, ze szpadami, w wysokich rękawicach, i ugarnirowani całą serją pojedynkowych blizn, pokiereszowani na policzkach i nosach, ustrojeni w pióropusze, butni, pyszniący się, jak pawie blankiem przebarwnych kostjumów, gnali w stronę zamku coraz nowi i nowi. Ulica była od nich jak tęcza. Tęcza, ale nie na pogodę. Pomimo oficjalnego oświadczenia, że rewolucja została ukończona, jakoś nie bardzo chce mi się w to wierzyć.

Widocznie trochę zaczęło się to wszystko w rękach rozłazić. Od awantur przed żydowskiemi magazynami już niedaleko do rabunku. Stąd nawoływania do dyscypliny, do wstrzymania się od gwałtów. Chyba w razie szczególnie łagodzących okoliczności… I właśnie w niedzielę, w dniu wyborów komunalnych i wielkiego Trauertagu dane mi było ujrzeć wcale barwny epizodzik przy Kanistrasse: ciągnęła galopem sztafeta brunatnych motocyklistów. Przy jednym motocyklu była przyczepka. A na tejże przyczepce leżał przewieszony jakiś młody człowiek, z głową spuszczoną w dół i z wyraźnemi śladami… łagodzących okoliczności. Była to widocznie ta wyjątkową okazja, gdzie wolno…

Z tego wszystkiego wybrałem się do Reinhardt’a (n. b. ciekawy jestem, czy i jego też napędzą?) na misterjum Calderona. Sztuka, jak ulał, na dzisiejszy moment. Bóg urządza sobie przedstawienie, Świat zaś ma dostarczyć kostjumów. Po odegranej sztuce Świat zdziera z aktorów wspaniałe stroje i korony, mówiąc: „Ich zieh euch an und zieh euch aus!” i rzuca koronę do kosza. Z aktorów nikt nie chce grać roli żebraka, wolą rolę króla czy bogacza. Rozumują zaś w ten sposób: „Viel befehlen und anschaffen, herrisch und gut leben, das grosse Wort führen, andere seine Macht fühlen lassen: das ist eine gute Rolle”… Słusznie, zupełnie słusznie. Wielki teatr świata…

Jadąc nocą do Monachjum, nie mogłem usnąć w sleepingu. I czytałem sobie tekst Calderona. Kanclerz jechał aeroplanem i wyprzedził mnie o kilkanaście godzin…

Chorągwie wyprzedziły go o kilka dni…

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close