List z Lipska (3)
Rewolucja wyszła na ulicę…

Lipsk, w marcu.

Skoczyłem na chwilkę do Saksonji. Ten wentyl wielkiego niemieckiego kotła chwilowo puszcza może najwięcej pary. Sądzę jednak, że najdalej za dzień – dwa zdystansuje go Bawarja. Ale na razie Saksonja gładko bierze rekord. Znalazłem się więc w Lipsku, gdzie także i teraz odbywa się wielka Völkerschlacht, może równie obfita w skutki, jak tamta z przed stu dwudziestu lat.

Naszego konsula, dra Brzezińskiego, nie zastałem. Wyjechał do Drezna, aby interwenjować w ministerstwie spraw zagranicznych w kwestji polskich obywateli-Żydów z Lipska, Chemnitz, Zwickau itd. Plądrowanie sklepów, aresztowania, awantury uliczne, a przedewszystkiem zupełna niepewność jutra, ba, niepewność, co przyniesie najbliższa godzina czy minuta. Przecież nawet w samem centrum Lipska przy Brühlstrasse, gdzie koncentruje się handel futrami, będący przeważnie w rękach polskich Żydów, powybijano szyby. Na prowincji sytuacja przedstawia się o wiele gorzej i groźniej. Tu, w Lipsku, krępuje do pewnego stopnia zjazd obcych, którzy zwiedzają targi. Ale w mniejszych miastach! W miasteczkach? Co chwila nadchodzą telefony i meldunki ustne z najrozmaitszych miejscowości Saksonji, Turyngii, Anhaltu. W trzech tych państwach mieszka zgóra 20.000 polskich Żydów. Można sobie wyobrazić ten gwałt w konsulacie! Wszyscy chcą regulować zaniedbane formalności paszportowe.

Mają dosłownie miecz na karku. Ustawodawstwo czy przepisy turyńskie albo saskie są na tym punkcie niesłychanie surowe. Wtedy gdy chcą. Dotychczas patrzano na wszystko przez palce, ponieważ ci obywatele polscy płacili solidnie podatki niemieckie. Nie myśleli zaś o odnowieniu paszportu polskiego. Teraz może być zapóźno. Władze chcą stosować przepisy o wysiedleniu tych cudzoziemców, którzy nie mają paszportów w porządku. Tymczasem ci właśnie ludzie, którzy obecnie masowo zapełniają hall konsulatu, szturmują do okienek, domagając się pomocy, obrony i interwencji – ci właśnie ludzie przez lata cale lekceważyli te sprawy. W wielu wypadkach pomoc konsulatu może okazać się spóźniona i bezskuteczna.

Sytuacia przedstawia się groźnie. Zresztą w chwili, gdy piszę te słowa, pogromy ogarnęły juz i stolicę Rzeszy. Trzeba widzieć, co dzieje się pod Tietzem, pod Wertheimem, nawet pod wielkiemi magazynami o nazwach amerykańskich czy angielskich! Przed chwilą, jadąc na obiad do znajomych, widziałem całe gromady przed sklepem Woolsworth’a. Przy dźwiękach Deutschlandslied zabarykadowano wejście. Tłum trzymał ręce wzniesione w górę. Wiadomo, że z ulicy teror zaczyna wdzierać się do mieszkań. Mówią o ciężkiem obiciu starego rabina Fränkla, o pobiciu Żydów nie tylko polskich, ale i amerykańskich. Obiegają jakieś głuche wieści o nocy św. Bartłomieja, która może nastąpić lada chwila.

Patrzę na to ze zgrozą, ale myślę sobie, że gdyby minimalny procent tych rozruchów miał miejsce w Polsce, interwenjowałby cały świat, obie półkule. Chwilowo zaś interwenjują tylko polskie konsulaty. Oby przynajmniej ze skutkiem!!!

Miarą sytuacji jest to, że Żydzi polscy zgłaszają obecnie gotowość przystąpienia do związków i stowarzyszeń, które mają na celu obronę interesów polskiej emigracji. Dzięki członkowi naszego konsulatu w Lipsku, p. Witkowskiemu, miałem możność zetknąć się z kilkoma wybitnymi działaczami na tem polu. Związków takich jest w Niemczech co niemiara. Na kopy, na setki. Rozdrabnia to i rozbija siły naszej emigracji na atomy. Powodów rozproszkowania wiele. Ale jest i jeden szczególnie zabawny, o którym dowiedziałem się z ust naszego posła w Berlinie, dra Wysockiego. Powodem jest… piwo. Lokal takich związków mieści się prawie z reguły w piwiarni. Każdy zaś prezes związku otrzymuje swoją bombę piwa gratis od właściciela szynku. To już idzie na benefis przewodniczącego… Naturalnie, to motyw nie jedyny. Są inne, polityczne, społeczne itd.

Z niezmierną przyjemnością zapuściłem się w długą rozmowę z p. Bujakiem, prezesem Związku Emigrantów Polskich w Niemczech (siedziba w Lipsku) oraz z p. Krawczyńskim, sekretarzem tegoż związku. Jest to organizacja ponadpartyjna, przyjmująca wszystkich obywateli polskich bez różnicy przekonań, wyznania, zawodu itd. Organizacja zupełnie legalna. Obejmuje około 700 członków, co wobec wspomnianego wyżej rozproszkowania naszej emigracji (w samej Kolonji dwa związki robotników rolnych) jest cyfrą poważną.

Uciąłem więc sobie interwjew z założycielem i prezesem p. Bujakiem w Domu Polskim, ergo właśnie w jakiejś piwiarni przy Karl Heine Strasse. Wysłuchałem niezmiernie skomplikowanego wywodu, w jaki sposób organizacja ta w ciągu długiej ewolucji wyzbyła się wszelkiego zabarwienia partyjnego, skutkiem czego dziś przy prześladowaniu zrzeszeń ściśle politycznych może spokojnie (jak dotąd…) rozwijać swą pożyteczną działalność. Doprawdy zaimponował mi p. Buujak! On i to, co o nim opowiadano w konsulacie. Jaka wytrawność! Jaka konsekwencja! I jaka bezinteresowność! Założył ośmnaście filij! Należałby mu się jakiś krzyż zasługi. Jeśli nie złoty, to przynajmniej żelazny, symboliczny… W dalszym ciągu skrupulatnie dba o nieangażowanie się partyjne, dzięki czemu dotychczas obyło się bez rewizyj. Oczywiście, obawa prowokacji istnieje, dlatego w ostatnich czasach odwołano kilka zgromadzeń. P. Bujak, Tarnowiak z pochodzenia, dawno przed wojną przywędrował do Niemiec. Zna stosunki na wylot. Pożegnaliśmy się serdecznie, a przy rozstaniu prosił o to, abym przesłał pozdrowienia dla „IKaCa”, co z przyjemnością czynię,

Rozmawiałem i z innymi robotnikami polskimi. Żalą się na to, że rząd nasz okazuje zbyt słaba rękę, że na represje nie odpowiada represjami. Domagają się, aby polskich emigrantów, wydalonych z Niemiec, osadzano tuz nad granica. Opowiadają o jaskrawych wypadkach wysiedlenia: robotnik Polak ożenił się z Niemką. I to z hakatystką. Mają czworo dzieci. On wyjeżdża do Polski, aby odbyć wojskowe ćwiczenia. Potem wraca bez paszportu. Nie dostaje pracy. Wysiedlenie. Z nim razem musi opuścić Niemcy żona i czworo dzieci, które już chodzą do szkoły. Władza odstawia ich przymusowo do granicy. Żona Niemka przeklina własny kraj i przysięga, że dzieci wychowa w nienawiści do Niemiec.

Satysfakcję sprawiła mi rozmowa także z innymi robotnikami, prowadzona już w innym lokalu. Są zdecydowani, twardzi. Z pogardą mówią o tych robotnikach-Niemcach, którzy opuszczają szeregi swych partyj i przyjmują odznaki hitlerowskie. -Naiwnie dopytują się, kiedy wreszcie będzie wojna. Co więcej, spotykam – raczej przypadkowo, posłyszawszy polską rozmowę – dwóch zdecydowanych komunistów. Powiadają, że dziś jest jedyna okazja do wojny. I że oni pójdą pierwsi. Że nie powinno się zwlekać, dopuścić do scementowania się Niemiec. Podobno właśnie wśród komunizujących robociarzy polskich najczęściej spotkać się można z tym wojennym zapałem. Charakterystyczne…

Wracam do konsulatu. Nowe meldunki o awanturach, aresztowaniach. Z Falkenstein, z Zwickau, z Chemnitz, z samego Lipska… Konsulat ma pełne ręce roboty. Nie chcę przeszkadzać. Składam wizytę profesorowi matematyki na uniwersytecie lipskim, p. Lichtensteinowi. Warszawiak. A dom jak Soplicowo. Na ścianach widoki Krakowa, Mickiewicz, fotografja Żeromskiego z autografem. Orle moje oko dostrzega na półce „Przylądek dobrej nadziei”. Obok „Start Sulimy”. Widać, znawcy prawdziwi. Smakosze. Pływam, jak pączek w najczystszem maśle. I równocześnie sam zajadam pączki. Na pożegnanie otrzymuję w prezencie pracę prof. Lichtensteina „La philisophie des mathematiques”. Próbuję czytać już w taksówce. Nie rozumiem ani jednego słowa. W matematyce nigdy nie byłem tęgi…

Przytrzymany na herbacie u pp. Lichtensteinów, spóźniam się o dobre pół godziny z wizytą u rektora Litta. Filozof pedagog. Niedawno wygłosił odczyt w Warszawie. Oczarowany jest przyjęciem w stolicy, kulturą towarzyską i umysłową. Mówi do mnie per „Herr Kollege”… Nie wyprowadzam chwilowo z błędu. Rozmowa toczy się oczywiście na temat trudności, jakie stoją przed uniwersytetami. Niestety, czekają inni zamówieni już goście. Trzeba pożegnać się i iść dalej.

Gdzie? No, chyba pokłonić się księciu Józefowi. I tu, w świetle wiosennego słońca, nad brzegiem pięknej Elstery, chwyta mnie nagła furja, cholera. Na wargi wypływa przekleństwo. Bo widzę stan, w jakim znajduje się pamiątkowy kamień. Nie mogę o tem pisać spokojnie i grzmocę tak o klawisze, aż jęczy wierny Underwoodek. Bo…

Zaraz, zaraz! Spokojnie! Właściwie są dwa kamienie. Jeden w tem miejscu, w którem ks. Józef miał skoczyć w nurty Elstery. I ten, otoczony opieką i pietyzmem magistratu (n. b. dzieci lipskie uczą się w szkołach o Poniatowskim), wygląda bardzo ładnie. Ale jest i drugi, mniejszy, na drugim brzegu, w miejscu, gdzie ks. Józef utonął. I ten drugi znajduje się na gruncie prywatnym. Właściciel zaś gruntu kpi sobie w żywe oczy z wszelkich poleceń magistratu, u którego ustawicznie interwenjuje nasz konsulat. Niemiec ma jakieś porachunki z Polską. Żona umarła mu właśnie w Polsce. Pojechał na jej grób. A nie miał wizy polskiej. Wylano go. Dziś całą złość wywiera na pamiątkowym kamieniu. Jest tam zlew, śmietnik, suszy się tam bielizna, rozwieszona na sznurach. Myślałem, że mnie djabli wezmą, gdy zobaczyłem te draperje koszul i t. d., zwieszające się bezpośrednio, ba, dotykające kamienia.

I cóż więcej o tym Lipsku? Ano, tak się zdarzyło, że właśnie w moich oczach zabłysnęła hitlerowska flaga na lipskim „Volkshausie”. Widziałem ją zresztą na wszystkich budynkach. Tak, jak w Berlinie czy gdzieindziej. Przedstawiciele rządu mówią sami wyraźnie o rewolucji. Wyszła już ona na ulicę. I zaczyna szumieć, jak powódź. Rewolucja jest w powietrzu, na bruku, wszędzie, wszędzie. Czuje się ją każdym nerwem. W tramwajach, omnibusach czy w wagonach kolejowych ludzie przestali rozmawiać ze sobą. Poprostu boją się. Pacyfiści idą do więzienia. Na stosach pali się niedozwolone książki i chorągwie. Patrzę na to wszystko, a widząc tłumy przed sklepami żydowskiemi, zadaję sobie pytanie, czy gdy zabraknie już tych sklepów, nie przyjdzie kolej na inne? Chrześcijańskie? Bo już jak się raz zacznie, trudno powstrzymać… Ano, zobaczymy jeszcze!

Leipzlger Messe nie zainteresowała mnie zanadto. Na stu dziewięćdziesięciu eksponentów czeskich jest polskich… pięciu. Te cyfry mówią…

Skwaszony jestem odrobinę. To też, gdy w Lipsku zobaczyłem dym, który buchał z komina miejscowego krematorjum, wstąpiłem tamże. Opisu oszczędzę wam, drodzy czytelnicy. Może będziecie czytali mnie przy śniadaniu, a nie chcę wam psuć apetytu. Na wszelki jednak wypadek poprosiłem o cennik. Można mieć taki interes już od stu dwudziestu marek. Przyzna każdy, że to cena niewygórowana.

– Sehr preiswert! – powiedziałem temu specowi z krematorium.

I oddaliłem się w zamyśleniu…

Największy, najważniejszy i jednocześnie pierwszy ogólnopolski dziennik dwudziestolecia międzywojennego. Wydawany w Krakowie w latach 1910 – 1939. Za­ło­ży­cie­lem, za­ra­zem wy­daw­cą i re­dak­to­rem na­czel­nym był Ma­rian Dą­brow­ski. Posiadał dodatki jak Kuryer Literacko-Naukowy, wydawany w latach 1924–1939, i Kuryer Kobiecy, wydawany w latach 1927–1939. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości IKC przekształcił się w najpotężniejszy w okresie międzywojennym koncern prasowy. Politycznie czasopismo reprezentowało opcję centrową a po zamachu majowym – prorządową. Od lat 20-tych był gazetą o najwyższym w Polsce nakładzie 150 tys. egzemplarzy. Z gazetą współpracowali czołowi polscy dziennikarze i publicyści a także ludzie kultury i nauki.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close